Opublikowany w #2, FACEtownik, Proza

Polowanie na jednorożca

Polowanie na jednorożcaA było to tak:

Nie tak dawno temu, nie za górami, nie za morzami, ale za mostem Poniatowskiego, licząc „za” od lepszej, lewobrzeżnej strony Warszawy…

Kaśka wybiegła z pracy i w ostatniej chwili wskoczyła do autobusu linii 158. Usiadła, zagarniając poły kremowego płaszcza. Spojrzała w okno, w szybie zobaczyła swoją twarz. Uśmiechnęła się do swego odbicia. „Ho, ho…” — pomyślała.  Po dziesięciu godzinach w pracy nadal wyglądała ładnie, a może nawet ślicznie. Oczy jej lśniły, a precyzyjnie namalowana nad górną powieką błękitna kreska dodawała dziewczęcego uroku.  Za oknem Warszawa jarzyła światłami i zwalniała tempo po całym dniu pracy. Kaśka założyła słuchawki na uszy i włączyła iPoda. W uszach zagrzmiały tamburyny, a zaraz potem rozbrzmiały słowa refrenu bollywoodzkiego przeboju. Spojrzała z zadowoleniem na błyszczące czerwienią paznokcie i przymknęła oczy. Autobus toczył się miarowo. Po tym, że jej ciało lekko leciało do przodu, poznawała, że mijają kolejne przystanki i jest coraz bliżej domu. W pewnej chwili poczuła na twarzy delikatne muśnięcie powietrza i obcy, ale miły zapach. Spojrzała spod rzęs. Na przeciwko niej zamajaczyła jakaś postać. Po ruchu warg można było się zorientować, że coś do niej mówi. Otworzyła szeroko oczy i wyciągnęła z ucha jedną słuchawkę. Jakiś chłopak przemawiał do niej nienaganną polszczyzną, ale bez maniery znanej z wykładów profesora Kotka…

Pan jak z reklamy

Wyglądał jak z reklamy ubezpieczeń. Wysoki, dobrze zbudowany — typ lekkoatlety, ale nie siłko-osiłka. Ogolony, ale nie tak zwaną „pupcię niemowlęcia”. Ubrany, trochę retro, w  sztruksy w kolorach jesieni i na pewno nie był to „tani Armani”. Z uśmiechem wprost od pana ortodonty… Z baczkami znanymi z rodzinnych albumów. Ach, och, ych… Jakiż on piękny panek!

Chór: Weź się w garść dziewczyno.

Mama: I mówię ci, przestań nosić te wysokie obcasy.

Kaśka zgarbiła się w sobie. Sama nie wiedziała, czy zgadzać się z mamą, czy nie. Takie kury na przykład są znacznie drobniejsze od kogutów, tygrysice od lwów, sarny od jeleni, czy  krowy od byków. Tymczasem ona była wyższa od większości facetów i jeszcze bezwstydnie zakładała szpilki. Pokręciła bezwiednie głową. Nie, to nie może chodzić o wzrost. Przecież Pan Z Innej Nie-bajki był od niej wyższy o pół głowy. I zachwycał się jej szpilkami od Gucciego. Co prawda, gdy się pierwszy raz spotkali zwrócił uwagę na jej rajstopy – w ostrym musztardowym kolorze… A potem, kiedy razem gdzieś wychodzili, zawsze dreptał trzy kroki za nią… Ale czerwona lampka w głowie Kaśki nie zapaliła się od razu.

…ciąg dalszy nastąpi!

dlugopisgrafika

* Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. 

Opublikowany w FACEtownik, Pilot #1, Proza

W poszukiwaniu jednorożca

psychoterapia
W poszukiwaniu jednorożca

W jaki sposób udało się Marcie złapać w swoje sidła Janka, długo pozostawało dla mnie tajemnicą. Nawet teraz, gdy piszę te słowa nie jestem pewna, czy rozwikłam tę zagadkę. Ale kto wie… Wierzę, podobnie jak Freud, że w życiu nie ma przypadków.

Marta trafiła właśnie do mojego gabinetu z jakiegoś powodu. Napisałabym – na moją kozetkę, ale mijałoby się to z prawdą. Jedyna kozetka, którą kiedykolwiek widziałam, to ta z gabinetu psychoanalityka w którymś z filmów Woody Allena. Zatem Marta przyszła do mnie na terapię. Opowiada mi o swoich małżeńskich problemach, a ja z każdej sesji robię notatki. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska, a jedyną osobą, z którą mogę się podzielić tymi rewelacjami jest mój superwizor. Jemu właśnie oraz kobietom, które nie opanowały sztuki polowania na męża dostatecznie dobrze, by przed trzydziestką wysłuchać marszu Mendelssohna… na własnym ślubie, dedykuję te notatki. Czytaj dalej „W poszukiwaniu jednorożca”

Opublikowany w Proza, Słowa

Okruchy nocy

Noszę tak wiele historii, które warte są opowiedzenia, ale nie umiem ich ubrać w słowa — zapisać, czy choćby głośno wypowiedzieć. Kłębią się w mojej głowie jak rój os, oblepiają umysł jak cukrowa wata. Wielobarwny kalejdoskop obrazów bez przerwy obraca się pod moimi powiekami, nie pozwalając zasnąć albo wprowadza mnie w sen transowy, męczący, nie przynoszący odprężenia. Wreszcie nad ranem budzą mnie pełne pretensji i żalu głosy bohaterów moich opowieści. Nigdy nie powołani do życia, zawodzą jak dusze czyśćcowe, nie będąc ani tu — w realnym świecie, ani tam — w książkowej fikcji, zawieszeni pomiędzy bytem i niebytem, moją ręką, a kartką papieru.

Dzisiaj obudziłem się przed wschodem słońca. Bezimienny szary gołąb spacerował po moim parapecie i głośnym gruchaniem dopominał się o swoją codzienną porcję okruchów. Było jednak zdecydowanie za wcześnie na wizytę ptasich gości. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni. Chciałem wypić szklankę wody i sprawdzić na zegarze, która jest godzina. Dawno już bowiem pozbyłem się elektronicznego zegara w sypialni. Widok zielonych jak oczy kota cyfr, które świeciły w ciemnościach, irytował mnie za każdym razem, kiedy wybudzałem się w środku nocy.  Budzik nie był mi do niczego potrzebny — otwierałem oczy na długo wcześniej, zanim zadzwonił.

Piąta rano

Usiadłem na drewnianym stołku, sączyłem chłodną wodę i gapiłem się bezmyślnie w fioletowy kwadrat okna. Szary gołąb przespacerował się wzdłuż parapetu kiwając na boki i po chwili odleciał, trzepocząc skrzydłami z impetem. Na jego miejsce przyfrunął wielki gawron, ale i on nie zabawił długo. Spojrzałem na duży ścienny zegar, który zamiast wskazówek miał widelec i nóż — ten ostatni przecinał czas z satysfakcją sadysty. Była piąta rano.

Gdyby to był normalny dzień tygodnia, po prostu zacząłbym swój poranny rytuał: długi prysznic i golenie, potem kompletowanie garderoby, skazane na porażkę poszukiwania skarpetek do pary i karkołomne ubieranie się w uniform luzaka. Ale to była niedziela — ten dziwny dzień nanizany na nitkę tygodnia między innymi szarymi kartkami z kalendarza. Dzień, z którym nie wiadomo, co począć, jeżeli nie świeci słońce.

Okruchy nocy

Nigdzie się więc nie śpieszyłem. Włączyłem ekspres, wrzuciłem do urządzenia kapsułkę wypełnioną kofeiną i nacisnąłem odpowiedni guziczek. Po chwili czarny strumień napełnił mój kubek pachnącą cieczą. Usiadłem z parującą kawą przed laptopem, chociaż dobrze wiedziałem, że na serwisach internetowych nie będzie żadnych newsów. Co się mogło wydarzyć w weekend? Jakieś rodzinne pikniki, demonstracje, może — nie daj Boże — gradobicie. Wchodziłem na różne strony, ale żadna się nie odpalała. Za każdym razem był ten sam komunikat — „error”. Podszedłem do routera, ale wszystkie diody paliły się prawidłowo. Na wszelki wypadek zresetowałem jednak urządzenie i wróciłem do komputera. Nadal żadna ze stron, które zwykłem przeglądać, nie działała. Sieć była jednak dostępna. Skype także działał, ale było zbyt wcześnie, żeby do kogoś o tej porze dzwonić. Napisałem więc wiadomość do Elizy: „Odezwij się, jak się obudzisz. Mam jakiś problem z komputerem”. Dopiłem zimną już kawę. Nie chciało mi się wchodzić pod prysznic. Bez większych ceregieli ubrałem się w dres i sportowe buty. Przepasałem się parcianym paskiem z saszetką, do której włożyłem telefon komórkowy i opakowanie herbatników. Przelotnie spojrzałem na ekran — było już w pół do szóstej. Zamknąłem drzwi mojego mieszkania na klucz, a potem dwa razy potrząsnąłem klamką, żeby się upewnić, że nikt niepożądany nie wejdzie do mojej fortecy. Wyszedłem na ulicę. Planowałem pobiegać nad Brdą.

Okruchy nocy
Okruchy nocy

Świat wyglądał zwyczajnie, przynajmniej na tyle, na ile może wyglądać o tej magicznej porze, kiedy noc przeistacza się w dzień. Powietrze było rześkie, przejrzyste i chłodne, ale zapowiadał się ładny, pogodny dzień. Teraz jednak, żeby nie zmarznąć musiałem zacząć biec. Truchtałem więc przed siebie, a fioletowa kurtyna powoli unosiła się w górę, odsłaniając solarny spektakl. Purpurowa łuna, która przez chwilę otulała miasto rozpłynęła się, ustępując miejsca młodemu słońcu poranka.

Po kilkunastu minutach nieśpiesznego truchtu dobiegłem na Stary Rynek. Szary prostokąt, wokół którego pyszniły się kolorowe kamienice sprawiał wrażenie większego niż zwykle. Pewnie dlatego, że oprócz mnie i gromady gołębi nie było tu o tej porze żywej duszy. Usiadłem na ławce. Po chwili otoczyła mnie skrzydlata szarańcza. Niektóre z gołębi przysiadły obok mnie, inne dreptały tuż pod moimi nogami, machając transowo głowami w przód i w tył. Wyciągnąłem paczkę herbatników, otworzyłem ją, pokruszyłem kilka ciastek i rzuciłem okruchy przed siebie. Chmara ptaków uniosła się na moment w powietrze, żeby po chwili opaść na brukową kostkę i rozpocząć wielką degustację. Nie pierwszy raz karmiłem tutaj gołębie, ale dziś musiałem przyznać, że było coś niepokojącego w tej hordzie ptaków.

Postanowiłem ruszyć dalej. Kierowałem się w stronę ulicy Mostowej i po chwili wbiegłem wprost na most. Spojrzałem w prawo, swoim zwyczajem chciałem pomachać ręką „Przechodzącemu przez rzekę”, ale nie dostrzegłem znajomej rzeźby. Jedynie jaskółka trwała w swym nieruchomym locie. Przystanąłem zdumiony, oparłem się o balustradę i spojrzałem w dół, ale oprócz zielonkawej tafli leniwie płynącej rzeki, nic tam nie ujrzałem. Przybiegłem most i skierowałem się stronę ulicy Stary Port. Kiedy byłem już na bulwarze, zwolniłem kroku. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że — jak dotąd —nie minąłem na swojej drodze żadnego człowieka. Tymczasem dawno już wybiła godzina szósta, a o tej porze miasto zawsze tętniło już życiem. Bulwary o świcie upodobali sobie miejscowi żule, którzy wraz z ze wschodem słońca wychodzili ze swoich miejskich kryjówek i rozpoczynali codzienną pielgrzymkę w poszukiwaniu zużytych puszek, czy plastikowych butelek. Dopiero bliżej południa mościli się na ulicach w centrum miasta, żebrząc o jedzenie albo pieniądze. Dzisiaj jednak nie spotkałem żadnego ze znanych mi z widzenia żuli. Nie dostrzegłem też głośno hałasujących śmieciarek, samochodów dostawczych, czerwonych tramwajów, autobusów czy samochodów. Miasto było puste i przypominało teatralne dekoracje.

Skrzydła gawrona

Dotarłem do budynku Poczty Głównej i z przerażeniem odkryłem, że po Trzech Gracjach pozostał jedynie cokół. Co się z nimi stało? Czy trwająca wiele lat pogawędka, tak bardzo je znudziła, że postanowiły się rozejść i wrócić do swoich domów? Czy zamiast nieśmiertelności jaką dawał im odlew z brązu, wybrały zwyczajne, proste, ale prawdziwe życie? Złapałem się na tym, że wiodę zupełnie bezsensowne rozważania w świecie, który został sprowadzony do absurdu.

Nad moja głową zatrzepotał skrzydłami gawron — byłem pewien, że ten sam, który nad ranem przysiadł na moim parapecie. W słońcu, na jego czarnej nodze, zaskrzyła srebrna obrączka. Sprawiał wrażenie jakby chciał mi coś powiedzieć albo po prostu pokierować. Zrobił kilka kółek w powietrzu i zaczął lecieć przed siebie, a ja posłusznie zawróciłem i pobiegłem za nim. Skręciłem w ulicę Pocztową, potem w Jagiellońską, żeby po chwili skręcić w Gdańską. Nie minął kwadrans, gdy dotarłem na Słowackiego, skręciłem w lewo i po skosie wbiegłem w zadrzewioną uliczkę Parku Kochanowskiego. Gawron zniknął wśród drzew. Zwolniłem kroku i odruchowo zacząłem iść w kierunku posągu Łuczniczki. Miałem jednak przeczucie, że cokół będzie pusty. I rzeczywiście, Łuczniczka przepadła podobnie jak Trzy Gracje i Przechodzący przez wodę.

Miasto opustoszało z ludzi i posągów. Ptaki opanowały Bydgoszcz. To do nich należały ulice, skwery i parki. Miałem nadzieję, że Przechodzący przez wodę odnalazł Łuczniczkę i wiedzie u jej boku szczęśliwe życie. Sam byłem niewolnikiem, który za cenę iluzorycznego poczucia wolności wybrał starokawalerski stan. O nikogo dotąd nie zabiegałem, nie walczyłem. Byłem tchórzem i zakładnikiem własnych przekonań i uprzedzeń. Kiedy tak stałem pośrodku parku i zastanawiałem się nad miałkością mojego życia, usłyszałem znajomy trzepot skrzydeł nad głową. Stary poczciwy gawron musnął swoim skrzydłem moją czterdziestoletnią twarz.

Okruchy nocy
Okruchy nocy
Opublikowany w Katowice, Miejsca

Trzynaście metrów pod ziemią

Pisałam Wam niedawno, że wybieram się do Katowic na plener fotograficzny. W tym mieście byłam wcześniej kilka razy, ale zawsze przelotnie i znałam je jedynie z perspektywy dworca oraz hali lotniska. Tym razem miałam okazję lepiej poznać ten szczególny punkt na mapie Polski, jego mieszkańców oraz odnaleźć kolejne dopieszczone kulturalnie miejsce — Muzeum Śląskie. Na dodatek byłam w Katowicach w wyjątkowym czasie, bo w Barbórkę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W poszukiwaniu samego siebie… Muzeum Śląskie

Wyprawa po dobre kadry zamieniła się więc w pielgrzymowanie po katowickich zakątkach oraz w… poszukiwanie samej siebie. Okazało się, że Muzeum Śląskie to wymarzone miejsce nie tylko do poznania historii tego regionu, ale także do konfrontacji ze sztuką i… własną jaźnią. Zarówno ja jak i Pan Alter Ego byliśmy zachwyceni. Towarzyszył nam także mój kolega ze studiów podyplomowych – dr Tomasz Michalik, archeolog i kognitywista w jednym. Każde z nas – w swoim tempie i własnymi ścieżkami – przemierzało podziemne sale Muzeum Śląskiego, żeby w końcu ulec całkowitemu szaleństwu – najpierw przy dziwnej lustrzanej konstrukcji (na zdjęciu obok), a potem doznaliśmy prawdziwej iluminacji w Galerii jednego dzieła – ale o tym za chwilę.

Zacznijmy od tego, że do Muzeum trafiliśmy późnym popołudniem, po wielu perturbacjach i dobrych radach mieszkańców Katowic, którzy bezskutecznie próbowali nam wytłumaczyć, jak dotrzeć z osiedla Nikiszowiec do śródmieścia. Najlepiej sprawę ujął kontroler z miejskiej kolejki, który sugerował, żebyśmy szli „na przestrzał bloków”. Niestety, nie posłuchaliśmy jego dobrej rady. W końcu jednak na miejsce dotarliśmy i od razu byliśmy mile zaskoczeni. Po pierwsze Muzeum Śląskie pod osłoną nocy wygląda zjawiskowo. Przed oczami najpierw pojawiła się pięknie iluminowana wieża wyciągowa szybu kopalnianego oraz podświetlone szklane konstrukcje. Te ostatnie są świetlikami, dzięki którym za dnia wpada światło do umieszczonych pod ziemią muzealnych pomieszczeń. Czytaj dalej „Trzynaście metrów pod ziemią”

Opublikowany w Proza

Sezon na gumowe kamaszki

notesW telewizorze prognoza pogody. Prezenter – oszołom zakochany w Indiach – wskazuje zamaszystym ruchem ręki na przedziwne mapy, którymi oklejone są prostopadłościany. Małe pudełka, podobne do tych po butach, to kraje, zaś wielkie kartony po sprzęcie AGD – kontynenty. Zanurza dłoń w emaliowanym kubku i chlapie wodą miejsca, gdzie według niego będzie padać.

Sen rozmywa się pod powiekami. Boże jak mnie boli głowa… Tak, świat jest wielkim kartonem – kanciastym, szarym, o niepewnych ścianach, łatwo palnych, łatwo się rwących i zbyt szybko namiękających wodą.

Ten kubek… Coś mi jednak przypomniał… Ach tak, mieliśmy kiedyś taką kwartę do nabierania wody. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy wodę przynosiło się wiadrami do domu. Wiadra były cynowe, a kwarta pokryta kremową emalią, która w kilku miejscach zdążyła już odprysnąć. Nie jestem zresztą pewna, czy wiem to wszystko z autopsji, bo to ja towarzyszyłam dziadkowi w wyprawach po wodę? A może z rodzinnych opowiadań, bo to moja babka chodziła ze swoim ojcem po wodę? Wiem, że wiadra były w domu dwa, a nawet trzy – wliczając to, które przeznaczone było na – jak to ująć – zlewki, czy odpady. Dzieciństwo w ogóle kojarzy mi się z emalią.

Emaliowane były garnki, miski, a nawet nocniki. Mieliśmy też emaliowaną wannę – stała na podwórku i służyła do „łapania” deszczówki, w której potem myło się włosy. Włosy myło się wówczas rzadko, żeby się nie zaziębić. Najlepiej latem właśnie, tuż po burzy. Nosiło się końskie ogony i potrząsało głową na lewo i prawo, trzepiąc włosami po oczach chłopców, siedzących obok w ławce. Chłopców waliło się też po głowie workami ze strojem na W-F, za co się stało potem w kącie. Dziś te męsko-damskie sprawy załatwia się już zupełnie inaczej.

Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: jadę tramwajem, za oknami pada deszcz. Dojeżdżamy do przystanku. Patrzę przez okno, a tam, po przeciwnej stronie ulicy, na podwórku biegają – ubrani w kolorowe gumiaki – moi rówieśnicy. Bawią się, wbiegając z impetem w wielką otchłań kałuży. Jakaś kobieta – może ich matka – stoi na progu i je woła, ale one wcale nie reagują. Co jakiś czas, te pogańskie dzieci wyciągają w górę ręce, jakby chciały nałapać w dłonie wody. Wyglądają jak młodzi szamani, wspaniali zaklinacze deszczu, którzy świętują, bo bogowie wysłuchali ich nabożnych próśb. Patrzę i zazdroszczę im – tak bardzo chciałabym się do nich przyłączyć. Świętować razem z nimi w moich nowych czerwonych kamaszkach.

***

Dziś nie masz humoru. Wyczuwam to na odległość. I dziś wyglądasz na swoje lata. Twoje usta zaokrąglają się w przypływie nagłego ziewania, które i mnie się udziela. Czuję zmęczenie twoich mięśni po nieprzespanej nocy. Próbujesz skupić się na pracy, ale nie potrafisz ujarzmić myśli zalewających twoją głowę powodzią, nad którą nie masz żadnej władzy. Synoptycy ostrzegali: „Warunki biometeorologiczne niekorzystne dla meteopatów”. Drży ci nie tylko głos, ale i ręka. To niebezpieczne w twoim fachu. Jeden nieprzewidziany ruch… Przepraszasz więc ostatniego klienta, petenta, pacjenta, że musisz wyjść -nagła sprawa. Nagła sprawa zawsze jest nagła, co dopiero miłość?

Sezon na gumowe kamaszki

Możliwe, że słowo „miłość” jest zbyt podniosłe, zbyt skończone, ale dobrze się komponuje, a jednocześnie nadaje dramatyzmu całej scence. Mamy bowiem blisko pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który zaliczył już program obowiązkowy: dom, drzewo, no cóż… mała wpadka – córka. Mężczyznę, który słucha teraz już tylko wiatru w kominie i ogląda liście pod słońce – a jakże! Dba o rodzinę i rabatki w przydomowym ogródku, a od czasu do czasu, uprawia zdrowy hedonizm, trenując pod okiem instruktora. Mężczyznę, który zamiast stu lat samotności wybrał – z pełną premedytacją – sto lat obowiązku.

W jego uporządkowanym świecie pojawia się ona. Zjawia się nagle i z takim impetem, że wraz z jej przybyciem wszystkie kartki na jego biurku podrywają się do lotu jak spłoszone ptaki i po chwili lękliwie przysiadają na podłodze. Ona wygląda tak, jakby targała ze sobą wiatr na smyczy.

Czytaj dalej „Sezon na gumowe kamaszki”

Opublikowany w Proza

Wolność

notesPrawie wcale nie wychylam nosa spod ich legowiska. Nie wiem, która to doba. Szósta, może siódma? Najgorsze były pierwsze trzy dni. Chciało mi się jeść, pić, ale nie miałem odwagi stąd wyjść. Wszystko jest tu obce, zwłaszcza zapach. Jedynie ich legowisko pachnie znajomym mi miejscem. I nimi, ale to akurat mnie nie wzrusza. Siedzę więc tutaj i obserwuję, co się dzieje wokół. Widzę ich stopy. Łażą, szurają butami, wnoszą kartonowe pudła, przesuwają meble. Tak bardzo chciałbym wskoczyć do takiego pudła. To dopiero byłaby zabawa! Kiedy się nudzę, kładę się na grzbiecie i przesuwam, odpychając łapkami od materaca. Ona wtedy zagląda pod łóżko i mówi: „A nie mówiłam, że żyje”. I śmieje się jak szalona. Nie lubię tego. Jej głos potem jeszcze długo wibruje mi w uszach.

Czwartej nocy, kiedy oni spali, wymknąłem się i obwąchałem teren. To bardzo interesujące miejsce. Jest tu wiele zakamarków, schowków, schodków, skrytek i tajemnych przejść. Pamiętam, jak go przekonywała do przeprowadzki: „To będzie istny raj na ziemi” – mówiła. I miała rację. Szczególnie zainteresowały mnie strome schody, które prowadzą na jakąś niższą kondygnację. Kiedy się po nich sturlałem, okazało się, że na ich końcu znajdują się drzwiczki zbite z desek, zamknięte jedynie na haczyk. Na dole jest w nich spora szpara. Udało mi się nawet wcisnąć w nią głowę. Niestety, w moim przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że jak głowa przejdzie to i cała reszta się zmieści. Jestem tym nieszczęsnym wyjątkiem, który potwierdza regułę. W każdym razie, kiedy tak niuchałem, co jest za tymi drzwiczkami, wyczułem specyficzną woń. Taki wyrafinowany bukiet może dawać tylko wilgoć, stęchlizna, starzyzna i… myszy. To na pewno nie jest moja ostatnia tam wyprawa!

Któregoś dnia wreszcie zostałem w nowym domu sam. Ona wróciła do pracy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego, bo często mówi, że „nienawidzi tej roboty”.  Albo go straszy, że sobie wyjedzie do Mediolanu, albo Paryża, bo — jak mówi — tam jest jej miejsce. Nie chciałabym, żeby wyjechała. Daje mi rano dużo większe porcje paszteciku, niż on, który na tym smakołyku zawsze skąpi. Zatem — ona wróciła do pracy, a on wyjechał na kilka dni na jakieś sympozjum naukowe. Mogłem więc spokojnie eksplorować dom także za dnia. Niestety, drzwi do kilku pomieszczeń były zamknięte. Zaniepokoiło mnie to nieco, bo w poprzednim miejscu mogłem zaglądać we wszystkie kąty. Tylko jedne drzwi pozostawały dla mnie niedostępne — te „na świat” — jak je nazywali. Kiedy on skądś wracał, poznawałem odgłos jego kroków na klatce i szedłem w kierunku drzwi, żeby go powitać. Jak tylko zamek zachrzęścił w zamku i on pojawiał się w progu, przybiegała ona i zaraz piskliwie krzyczała: „Uważaj, żeby ci nie uciekł”. Nie mogłem znieść tych wysokich tonów i wkrótce przestałem przychodzić, żeby się z nim powitać. Ale nie żałuję, że ona pojawiła się w naszym życiu. Ma to wiele dobrych stron. Daje mi większe porcje jedzenia, a czasem podrzuci mi jakiś kawałek  surowego,  więc niedozwolonego dla mnie mięsa. A wtedy mówi: „Jedz szybko, żeby pan nie zobaczył”. Z tym „panem” to jednak przesadza. Raz na nią syknąłem, ale tak się wystraszyła, że więcej już tego nie próbowałem.

Kiedy oglądałem nowe lokum za dnia, zbadałem też przydatność parapetów. Są kamienne i miło chłodzą skórę — będzie z nich pożytek. Ale to, co zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie, to widok za oknem — zupełnie dla mnie nowy. Nie było tu żadnych wysokich zabudowań, tylko otwarta przestrzeń. Znowu zamarzyłem o wolności.

***

Czasem śni mi się, że dostojnie kroczę po czerwonym dachu jakiegoś domu. Wróble uciekają przede mną w popłochu. Ale ja mam czas. Jeszcze zdążę je przydybać. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama — na pierwszym planie jest prostokątne podwórko w kocich łbach, nieco dalej różany ogród, na środku którego stoi rozłożysty orzech.  Na jego konarach przysiadają ptaki. Teren ten okala wysoki mur z cegły obrośnięty winem. To jest mój rewir. Dalej widać szarą ulicę, a równolegle do niej leniwą rzekę, która niczym salamandra zmienia swój kolor, przystosowując się do odcienia nieba. Tam, za ten czerwony mur, zapędzam się rzadko. Czytaj dalej „Wolność”