Opublikowany w Proza, Słowa

Subiektywna mapa Warszawy opowiadanie, część 2

Subiektywna mapa Warszawy - opowiadanieMalwina w kreacji w kolorze fuksji wyglądała po prostu zjawiskowo. Sukienka miała odkryte plecy, amerykański dekolt i mocno rozkloszowany dół spod którego filuternie wyglądała kobaltowa, tiulowa halka. Do tego dobrała granatowe wysokie szpilki z atłasu i małą lakierowaną srebrną kopertówkę. Witek wreszcie zrozumiał dlaczego tak bardzo upierała się, żeby kupić mu tak pretensjonalny garnitur. Kiedy przed wyjściem z domu przeglądali się w dużym lustrze, nie mógł zaprzeczyć, że oboje wyglądają jak wycięci z żurnala. Czytaj dalej „Subiektywna mapa Warszawy opowiadanie, część 2”

Opublikowany w Proza

Opowiadanie: Subiektywna mapa Warszawy

Witek czaił się za rogiem. Jak kot albo ktoś ścigany. Jak zawsze przyczajony i gotowy do skoku lub ucieczki. Ale wyglądał inaczej niż dawniej. Miał krótsze włosy ufryzowane jakąś błyszczącą pomadą i jasną, idealnie odprasowaną koszulę w kobaltową kratkę. Tak, widać ingerencję kobiety. Żadnych śladów olejnych farb na spodniach, skórzanych bransoletek na nadgarstkach, czy spranej bandany na szyi. Witek doszorowany, wymuskany i wystylizowany. Jakby wysterylizowany. Artystyczny nieład zamienił na stonowaną, zapożyczoną elegancję. Ale widać było, że dobrze się czuje w tym nowym uniformie. Alina poczuła coś w rodzaju zawodu, rozczarowania, ale szybko przywołała się do porządku. Czytaj dalej „Opowiadanie: Subiektywna mapa Warszawy”

Opublikowany w #4, FACEtownik

Opowiadania o miłości – FACEtownik

Doktorek miał na sobie zbyt duży kitel. Kiedy wstawał, długie białe rękawy zupełnie zakrywały mu dłonie. Stanął przed Kaśką w bezpiecznej odległości i świsnął przed oczami drewnianą szpatułką. Poły fartucha pofrunęły do góry. Wyglądał jak dyrygent, ale zamiast batuty miał… patyk od lodów.

— Proszę otworzyć usta i powiedzieć „a” — rozbujał się i stanął na palcach. Przechylił głowę i wydał kolejną komendę: — Teraz „i”. Taaa… Czerwone! — zawyrokował. I dodał: — Rozpinamy bluzeczkę. A teraz staniczek, żeby można było swobodniej oddychać.

Kaśka pomyślała, że może w ogóle nie powinna nosić stanika, skoro tak bardzo utrudnia oddychanie. Kiedy rozpinała guziczki, jego telefon komórkowy zaczął kręcić się po blacie biurka w rytm latynoskiej muzyki. Czytaj dalej „Opowiadania o miłości – FACEtownik”

Opublikowany w #3, FACEtownik

Gdzie są te jednorożce?

Gdzie są te jednorożce?— Najlepiej się to robi palcami. Można sobie, co prawda, skórę rozciąć, jak się trafi na jakiś ostry kant… Ale palcówka, mówię pani, to jest to co lubię najbardziej — powiedział pan Mietek.  I wskazującym palcem — o tym – zademonstrował pokryty białą mazią opuszek… o tym najszybciej się trafia do rowka. I fuga pierwsza klasa wychodzi – dokończył wykład z wysiłkiem i maznął porcję białej fugi między wrzosowymi kafelkami. Oczy wychodziły mu na wierzch i widać było, że jest już bardzo tym wszystkim zmęczony. Asmatyk, który podejmuje się położenia terakoty i zrobienia gładzi na ścianach sporego mieszkania wykazuje się prawdziwym heroizmem. Kaśka patrzyła na niego i czuła się podle. Jeżu! Bardzo podle. A wszystko dlatego, że chciała wyremontować mieszkanie prawie za darmoszkę i mieć jeszcze kasę na wyjazd na Kretę. Tymczasem on chciał parę groszy dorobić, więc raz dziennie, po totalnym zapyleniu organizmu, jechał do szpitala po dawkę hydrokortyzonu. Otrząsnęła się z zamyślenia i ryknęła: Czytaj dalej „Gdzie są te jednorożce?”

Opublikowany w #2, FACEtownik, Proza

Polowanie na jednorożca

Polowanie na jednorożcaA było to tak:

Nie tak dawno temu, nie za górami, nie za morzami, ale za mostem Poniatowskiego, licząc „za” od lepszej, lewobrzeżnej strony Warszawy…

Kaśka wybiegła z pracy i w ostatniej chwili wskoczyła do autobusu linii 158. Usiadła, zagarniając poły kremowego płaszcza. Spojrzała w okno, w szybie zobaczyła swoją twarz. Uśmiechnęła się do swego odbicia. „Ho, ho…” — pomyślała.  Po dziesięciu godzinach w pracy nadal wyglądała ładnie, a może nawet ślicznie. Oczy jej lśniły, a precyzyjnie namalowana nad górną powieką błękitna kreska dodawała dziewczęcego uroku.  Za oknem Warszawa jarzyła światłami i zwalniała tempo po całym dniu pracy. Kaśka założyła słuchawki na uszy i włączyła iPoda. W uszach zagrzmiały tamburyny, a zaraz potem rozbrzmiały słowa refrenu bollywoodzkiego przeboju. Spojrzała z zadowoleniem na błyszczące czerwienią paznokcie i przymknęła oczy. Autobus toczył się miarowo. Po tym, że jej ciało lekko leciało do przodu, poznawała, że mijają kolejne przystanki i jest coraz bliżej domu. W pewnej chwili poczuła na twarzy delikatne muśnięcie powietrza i obcy, ale miły zapach. Spojrzała spod rzęs. Na przeciwko niej zamajaczyła jakaś postać. Po ruchu warg można było się zorientować, że coś do niej mówi. Otworzyła szeroko oczy i wyciągnęła z ucha jedną słuchawkę. Jakiś chłopak przemawiał do niej nienaganną polszczyzną, ale bez maniery znanej z wykładów profesora Kotka…

Pan jak z reklamy

Wyglądał jak z reklamy ubezpieczeń. Wysoki, dobrze zbudowany — typ lekkoatlety, ale nie siłko-osiłka. Ogolony, ale nie tak zwaną „pupcię niemowlęcia”. Ubrany, trochę retro, w  sztruksy w kolorach jesieni i na pewno nie był to „tani Armani”. Z uśmiechem wprost od pana ortodonty… Z baczkami znanymi z rodzinnych albumów. Ach, och, ych… Jakiż on piękny panek!

Chór: Weź się w garść dziewczyno.

Mama: I mówię ci, przestań nosić te wysokie obcasy.

Kaśka zgarbiła się w sobie. Sama nie wiedziała, czy zgadzać się z mamą, czy nie. Takie kury na przykład są znacznie drobniejsze od kogutów, tygrysice od lwów, sarny od jeleni, czy  krowy od byków. Tymczasem ona była wyższa od większości facetów i jeszcze bezwstydnie zakładała szpilki. Pokręciła bezwiednie głową. Nie, to nie może chodzić o wzrost. Przecież Pan Z Innej Nie-bajki był od niej wyższy o pół głowy. I zachwycał się jej szpilkami od Gucciego. Co prawda, gdy się pierwszy raz spotkali zwrócił uwagę na jej rajstopy – w ostrym musztardowym kolorze… A potem, kiedy razem gdzieś wychodzili, zawsze dreptał trzy kroki za nią… Ale czerwona lampka w głowie Kaśki nie zapaliła się od razu.

…ciąg dalszy nastąpi!

dlugopisgrafika

* Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. 

Opublikowany w Proza

Miłość?

 

notesNagość widziana w mętnym blasku świecy. Pokój podzielony poziomo na dwie strefy — po podłodze, łóżku, nogach krzeseł pełzają pojedyncze ogniki, a sufit, ściany, zarys szafy toną w mroku. Prababka nieboszczka gapi się z portretu.

Niby nie ma pośpiechu, cała noc przed nimi. Dlaczego jednak noc, a nie dzień? Niby nie ma wstydu. Wnętrze nie patrzy na nich beznamiętnym okiem przypadkowego obserwatora. Prześcieradło nie parzy hotelowym chłodem. Żaden szelest, oprócz odgłosu wiatru w polu, nie zakłóca im spokoju. Dlaczego więc jest tylko woda, jeśli mogłoby być wino? Niby nie ma rozczarowania. Trzeźwość serca i kryształowa przejrzystość zmysłów. Źrenice rozszerzone w ciemnościach. Milczenie, które kłamie, że mówi więcej niż słowa. Alchemia miłości.

Miłość?

Dlaczego zatem ona milczy, a on bez przerwy mówi. Dlaczego ona zapamięta kolor ścian, deseń na dywanie, krążek po zbyt gorącej szklance z herbatą odciśnięty na ławie, nierealnie zdziwioną świętą familię na obrazie, pstrą makatę, zepsuty kurek z ciepłą wodą, szufladę pełną szpargałów i to jego nieustanie powracające pytanie: o czym mylisz, kochanie?

Uśmiech mądrości, który wyrósł tuż obok zęba mądrości, zagadkowe spojrzenia aseksualnej Mona Lisy i jej lapidarna odpowiedź w kształcie mini-pigułki: o niczym.

On mruży oczy, jakby zaciągał się papierosem, siada głębiej w fotelu, odsuwając się od niej o całe lata świetlne, wydmuchuje dymek niewypowiedzianych słów i strząsa niewidzialny popiół. Czego się spodziewał? Przemienienia wody w wino? Słów słodszych niż karmelki? Nagości większej niż sama nagość?

Po chwili jednak pochyla się do przodu i pyta pauzując każde słowo: Jak sądzisz, co dalej będzie z nami, co się wydarzy?

Nic – mówi ona i dodaje:

I to bez podtekstów znanych z dzieł Szekspira.

 

Opublikowane drukiem w 2006 roku.

Miłość?
Miłość?
Opublikowany w Proza

Zaślubiny

notesLudzie przesuwali się wolno — noga za nogą, lelum polelum. Powłóczyli nogami, szorując butami po wypolerowanym na błysk parkiecie. Kolorowy korowód postaci ospale dreptał wkoło sali. Przechodzili kilka metrów i przystawali, przesuwali się dalej, i znów przystawali, pokonywali kolejny metr, i znów… Niektórzy otwarcie ziewali albo szeptali, inni przytakiwali przykładnie głowami. Nieliczni, ci szczerze zainteresowani, zadawali pytania, głośno się dziwili albo wyrażali zachwyt.

Tania odłączyła się od grupy, nie lubiła tłumu. Była jak kot, który zawsze chodzi swoimi drogami. I jak kot wolała się wszystkiemu przyglądać z pewnego oddalenia. Nieufnie. Spojrzenie też miała kocie — patrzyła jakby na przestrzał człowieka. Nieraz od swojej matki słyszała, że jej babka też ma taki nieprzenikniony wzrok. I nie był to komplement. Czytaj dalej „Zaślubiny”