Opublikowany w Proza, Słowa

Subiektywna mapa Warszawy opowiadanie, część 2

Subiektywna mapa Warszawy - opowiadanieMalwina w kreacji w kolorze fuksji wyglądała po prostu zjawiskowo. Sukienka miała odkryte plecy, amerykański dekolt i mocno rozkloszowany dół spod którego filuternie wyglądała kobaltowa, tiulowa halka. Do tego dobrała granatowe wysokie szpilki z atłasu i małą lakierowaną srebrną kopertówkę. Witek wreszcie zrozumiał dlaczego tak bardzo upierała się, żeby kupić mu tak pretensjonalny garnitur. Kiedy przed wyjściem z domu przeglądali się w dużym lustrze, nie mógł zaprzeczyć, że oboje wyglądają jak wycięci z żurnala. Czytaj dalej „Subiektywna mapa Warszawy opowiadanie, część 2”

Opublikowany w #4, FACEtownik

Opowiadania o miłości – FACEtownik

Doktorek miał na sobie zbyt duży kitel. Kiedy wstawał, długie białe rękawy zupełnie zakrywały mu dłonie. Stanął przed Kaśką w bezpiecznej odległości i świsnął przed oczami drewnianą szpatułką. Poły fartucha pofrunęły do góry. Wyglądał jak dyrygent, ale zamiast batuty miał… patyk od lodów.

— Proszę otworzyć usta i powiedzieć „a” — rozbujał się i stanął na palcach. Przechylił głowę i wydał kolejną komendę: — Teraz „i”. Taaa… Czerwone! — zawyrokował. I dodał: — Rozpinamy bluzeczkę. A teraz staniczek, żeby można było swobodniej oddychać.

Kaśka pomyślała, że może w ogóle nie powinna nosić stanika, skoro tak bardzo utrudnia oddychanie. Kiedy rozpinała guziczki, jego telefon komórkowy zaczął kręcić się po blacie biurka w rytm latynoskiej muzyki. Czytaj dalej „Opowiadania o miłości – FACEtownik”

Opublikowany w Proza, Słowa

Okruchy nocy

Noszę tak wiele historii, które warte są opowiedzenia, ale nie umiem ich ubrać w słowa — zapisać, czy choćby głośno wypowiedzieć. Kłębią się w mojej głowie jak rój os, oblepiają umysł jak cukrowa wata. Wielobarwny kalejdoskop obrazów bez przerwy obraca się pod moimi powiekami, nie pozwalając zasnąć albo wprowadza mnie w sen transowy, męczący, nie przynoszący odprężenia. Wreszcie nad ranem budzą mnie pełne pretensji i żalu głosy bohaterów moich opowieści. Nigdy nie powołani do życia, zawodzą jak dusze czyśćcowe, nie będąc ani tu — w realnym świecie, ani tam — w książkowej fikcji, zawieszeni pomiędzy bytem i niebytem, moją ręką, a kartką papieru.

Dzisiaj obudziłem się przed wschodem słońca. Bezimienny szary gołąb spacerował po moim parapecie i głośnym gruchaniem dopominał się o swoją codzienną porcję okruchów. Było jednak zdecydowanie za wcześnie na wizytę ptasich gości. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni. Chciałem wypić szklankę wody i sprawdzić na zegarze, która jest godzina. Dawno już bowiem pozbyłem się elektronicznego zegara w sypialni. Widok zielonych jak oczy kota cyfr, które świeciły w ciemnościach, irytował mnie za każdym razem, kiedy wybudzałem się w środku nocy.  Budzik nie był mi do niczego potrzebny — otwierałem oczy na długo wcześniej, zanim zadzwonił.

Piąta rano

Usiadłem na drewnianym stołku, sączyłem chłodną wodę i gapiłem się bezmyślnie w fioletowy kwadrat okna. Szary gołąb przespacerował się wzdłuż parapetu kiwając na boki i po chwili odleciał, trzepocząc skrzydłami z impetem. Na jego miejsce przyfrunął wielki gawron, ale i on nie zabawił długo. Spojrzałem na duży ścienny zegar, który zamiast wskazówek miał widelec i nóż — ten ostatni przecinał czas z satysfakcją sadysty. Była piąta rano.

Gdyby to był normalny dzień tygodnia, po prostu zacząłbym swój poranny rytuał: długi prysznic i golenie, potem kompletowanie garderoby, skazane na porażkę poszukiwania skarpetek do pary i karkołomne ubieranie się w uniform luzaka. Ale to była niedziela — ten dziwny dzień nanizany na nitkę tygodnia między innymi szarymi kartkami z kalendarza. Dzień, z którym nie wiadomo, co począć, jeżeli nie świeci słońce.

Okruchy nocy

Nigdzie się więc nie śpieszyłem. Włączyłem ekspres, wrzuciłem do urządzenia kapsułkę wypełnioną kofeiną i nacisnąłem odpowiedni guziczek. Po chwili czarny strumień napełnił mój kubek pachnącą cieczą. Usiadłem z parującą kawą przed laptopem, chociaż dobrze wiedziałem, że na serwisach internetowych nie będzie żadnych newsów. Co się mogło wydarzyć w weekend? Jakieś rodzinne pikniki, demonstracje, może — nie daj Boże — gradobicie. Wchodziłem na różne strony, ale żadna się nie odpalała. Za każdym razem był ten sam komunikat — „error”. Podszedłem do routera, ale wszystkie diody paliły się prawidłowo. Na wszelki wypadek zresetowałem jednak urządzenie i wróciłem do komputera. Nadal żadna ze stron, które zwykłem przeglądać, nie działała. Sieć była jednak dostępna. Skype także działał, ale było zbyt wcześnie, żeby do kogoś o tej porze dzwonić. Napisałem więc wiadomość do Elizy: „Odezwij się, jak się obudzisz. Mam jakiś problem z komputerem”. Dopiłem zimną już kawę. Nie chciało mi się wchodzić pod prysznic. Bez większych ceregieli ubrałem się w dres i sportowe buty. Przepasałem się parcianym paskiem z saszetką, do której włożyłem telefon komórkowy i opakowanie herbatników. Przelotnie spojrzałem na ekran — było już w pół do szóstej. Zamknąłem drzwi mojego mieszkania na klucz, a potem dwa razy potrząsnąłem klamką, żeby się upewnić, że nikt niepożądany nie wejdzie do mojej fortecy. Wyszedłem na ulicę. Planowałem pobiegać nad Brdą.

Okruchy nocy
Okruchy nocy

Świat wyglądał zwyczajnie, przynajmniej na tyle, na ile może wyglądać o tej magicznej porze, kiedy noc przeistacza się w dzień. Powietrze było rześkie, przejrzyste i chłodne, ale zapowiadał się ładny, pogodny dzień. Teraz jednak, żeby nie zmarznąć musiałem zacząć biec. Truchtałem więc przed siebie, a fioletowa kurtyna powoli unosiła się w górę, odsłaniając solarny spektakl. Purpurowa łuna, która przez chwilę otulała miasto rozpłynęła się, ustępując miejsca młodemu słońcu poranka.

Po kilkunastu minutach nieśpiesznego truchtu dobiegłem na Stary Rynek. Szary prostokąt, wokół którego pyszniły się kolorowe kamienice sprawiał wrażenie większego niż zwykle. Pewnie dlatego, że oprócz mnie i gromady gołębi nie było tu o tej porze żywej duszy. Usiadłem na ławce. Po chwili otoczyła mnie skrzydlata szarańcza. Niektóre z gołębi przysiadły obok mnie, inne dreptały tuż pod moimi nogami, machając transowo głowami w przód i w tył. Wyciągnąłem paczkę herbatników, otworzyłem ją, pokruszyłem kilka ciastek i rzuciłem okruchy przed siebie. Chmara ptaków uniosła się na moment w powietrze, żeby po chwili opaść na brukową kostkę i rozpocząć wielką degustację. Nie pierwszy raz karmiłem tutaj gołębie, ale dziś musiałem przyznać, że było coś niepokojącego w tej hordzie ptaków.

Postanowiłem ruszyć dalej. Kierowałem się w stronę ulicy Mostowej i po chwili wbiegłem wprost na most. Spojrzałem w prawo, swoim zwyczajem chciałem pomachać ręką „Przechodzącemu przez rzekę”, ale nie dostrzegłem znajomej rzeźby. Jedynie jaskółka trwała w swym nieruchomym locie. Przystanąłem zdumiony, oparłem się o balustradę i spojrzałem w dół, ale oprócz zielonkawej tafli leniwie płynącej rzeki, nic tam nie ujrzałem. Przybiegłem most i skierowałem się stronę ulicy Stary Port. Kiedy byłem już na bulwarze, zwolniłem kroku. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że — jak dotąd —nie minąłem na swojej drodze żadnego człowieka. Tymczasem dawno już wybiła godzina szósta, a o tej porze miasto zawsze tętniło już życiem. Bulwary o świcie upodobali sobie miejscowi żule, którzy wraz z ze wschodem słońca wychodzili ze swoich miejskich kryjówek i rozpoczynali codzienną pielgrzymkę w poszukiwaniu zużytych puszek, czy plastikowych butelek. Dopiero bliżej południa mościli się na ulicach w centrum miasta, żebrząc o jedzenie albo pieniądze. Dzisiaj jednak nie spotkałem żadnego ze znanych mi z widzenia żuli. Nie dostrzegłem też głośno hałasujących śmieciarek, samochodów dostawczych, czerwonych tramwajów, autobusów czy samochodów. Miasto było puste i przypominało teatralne dekoracje.

Skrzydła gawrona

Dotarłem do budynku Poczty Głównej i z przerażeniem odkryłem, że po Trzech Gracjach pozostał jedynie cokół. Co się z nimi stało? Czy trwająca wiele lat pogawędka, tak bardzo je znudziła, że postanowiły się rozejść i wrócić do swoich domów? Czy zamiast nieśmiertelności jaką dawał im odlew z brązu, wybrały zwyczajne, proste, ale prawdziwe życie? Złapałem się na tym, że wiodę zupełnie bezsensowne rozważania w świecie, który został sprowadzony do absurdu.

Nad moja głową zatrzepotał skrzydłami gawron — byłem pewien, że ten sam, który nad ranem przysiadł na moim parapecie. W słońcu, na jego czarnej nodze, zaskrzyła srebrna obrączka. Sprawiał wrażenie jakby chciał mi coś powiedzieć albo po prostu pokierować. Zrobił kilka kółek w powietrzu i zaczął lecieć przed siebie, a ja posłusznie zawróciłem i pobiegłem za nim. Skręciłem w ulicę Pocztową, potem w Jagiellońską, żeby po chwili skręcić w Gdańską. Nie minął kwadrans, gdy dotarłem na Słowackiego, skręciłem w lewo i po skosie wbiegłem w zadrzewioną uliczkę Parku Kochanowskiego. Gawron zniknął wśród drzew. Zwolniłem kroku i odruchowo zacząłem iść w kierunku posągu Łuczniczki. Miałem jednak przeczucie, że cokół będzie pusty. I rzeczywiście, Łuczniczka przepadła podobnie jak Trzy Gracje i Przechodzący przez wodę.

Miasto opustoszało z ludzi i posągów. Ptaki opanowały Bydgoszcz. To do nich należały ulice, skwery i parki. Miałem nadzieję, że Przechodzący przez wodę odnalazł Łuczniczkę i wiedzie u jej boku szczęśliwe życie. Sam byłem niewolnikiem, który za cenę iluzorycznego poczucia wolności wybrał starokawalerski stan. O nikogo dotąd nie zabiegałem, nie walczyłem. Byłem tchórzem i zakładnikiem własnych przekonań i uprzedzeń. Kiedy tak stałem pośrodku parku i zastanawiałem się nad miałkością mojego życia, usłyszałem znajomy trzepot skrzydeł nad głową. Stary poczciwy gawron musnął swoim skrzydłem moją czterdziestoletnią twarz.

Okruchy nocy
Okruchy nocy
Opublikowany w Proza

Miłość?

 

notesNagość widziana w mętnym blasku świecy. Pokój podzielony poziomo na dwie strefy — po podłodze, łóżku, nogach krzeseł pełzają pojedyncze ogniki, a sufit, ściany, zarys szafy toną w mroku. Prababka nieboszczka gapi się z portretu.

Niby nie ma pośpiechu, cała noc przed nimi. Dlaczego jednak noc, a nie dzień? Niby nie ma wstydu. Wnętrze nie patrzy na nich beznamiętnym okiem przypadkowego obserwatora. Prześcieradło nie parzy hotelowym chłodem. Żaden szelest, oprócz odgłosu wiatru w polu, nie zakłóca im spokoju. Dlaczego więc jest tylko woda, jeśli mogłoby być wino? Niby nie ma rozczarowania. Trzeźwość serca i kryształowa przejrzystość zmysłów. Źrenice rozszerzone w ciemnościach. Milczenie, które kłamie, że mówi więcej niż słowa. Alchemia miłości.

Miłość?

Dlaczego zatem ona milczy, a on bez przerwy mówi. Dlaczego ona zapamięta kolor ścian, deseń na dywanie, krążek po zbyt gorącej szklance z herbatą odciśnięty na ławie, nierealnie zdziwioną świętą familię na obrazie, pstrą makatę, zepsuty kurek z ciepłą wodą, szufladę pełną szpargałów i to jego nieustanie powracające pytanie: o czym mylisz, kochanie?

Uśmiech mądrości, który wyrósł tuż obok zęba mądrości, zagadkowe spojrzenia aseksualnej Mona Lisy i jej lapidarna odpowiedź w kształcie mini-pigułki: o niczym.

On mruży oczy, jakby zaciągał się papierosem, siada głębiej w fotelu, odsuwając się od niej o całe lata świetlne, wydmuchuje dymek niewypowiedzianych słów i strząsa niewidzialny popiół. Czego się spodziewał? Przemienienia wody w wino? Słów słodszych niż karmelki? Nagości większej niż sama nagość?

Po chwili jednak pochyla się do przodu i pyta pauzując każde słowo: Jak sądzisz, co dalej będzie z nami, co się wydarzy?

Nic – mówi ona i dodaje:

I to bez podtekstów znanych z dzieł Szekspira.

 

Opublikowane drukiem w 2006 roku.

Miłość?
Miłość?
Opublikowany w Proza

Między piętrami

notesDwoje ludzi uwięzionych w windzie. Dwoje bliskich sobie ludzi uwięzionych w windzie. Bez przesady: dwoje ludzi uwięzionych w windzie, których niegdyś połączył seks, nie mający wiele wspólnego z bliskością.

Teraz utkwili w wyłożonym lustrami prostopadłościanie, z błyszczącymi ozdobami z chromoniklu, gdzieś między 26 a 27 piętrem najwyższego hotelu w środkowowschodniej Europie.

Uwięzieni w zamkniętej przestrzeni nieskończoności, powieleni po tysiąckroć: ona, on, ona, on, ona, on, ona, on, ona, on, ona. Skazani na swoją obecność, oddechy, odbicia. Odwróceni plecami do siebie: widzą swoje twarze. Zwróceni przodem do siebie: widzą swoje plecy. Absurd przeznaczenie, logika luster.

miedzy_pietrami

Wymijali się przez całe życie. Krótkie spotkania. Przypływy, odpływy. Zadzwonię, napiszę, przyjadę – czas przyszły niedokonany. Teraz, proszę – ironia losu! Skazani na siebie bez możliwości ucieczki. Kwadrans, po długiej podróży. Podróży, która trwała dobę, a może rok, a może dziesięć lat. Kwadrans – zawieszony w czasie.

Tak musi wyglądać wieczność. Chwile, niczym krople gliceryny w pracowni nawiedzonego fotografa: le-ni-wie spadają na ziemię. Słowa pęcznieją, wypływają z ust niczym kasza gryczana, dochodząca w garnku owiniętym warstwami gazet. Ciepłe, miękkie, zwyczajne. Słowa ciemne i ciężkie jak brunatne niedźwiedzie. Próbują wymościć sobie miejsce, przygotować legowisko.

Jakieś monosylaby brzmią głucho i ciężko opadają na dno świadomości, niczym kamienie wrzucane do głębokiej studni. On potrząsa głową jak pies, który po wyjściu z rzeki chce się pozbyć kropel wody na sierści. Nagły deszcz na wysokości łydek.

Po chwili widzę, jak się pręży. Znam te kocie ruchy – powolne, ostrożne, nienaturalnie płynne. Koty boją się wody – ten spada bezgłośnie na wełnianą wykładzinę. Słowa toczą się jak kłębek anilany. Motek odbija się o ściany luster. Po głowie tłucze się jakiś psychologiczny wywód o drugiej stronie kilimu, a może makaty?

Między piętrami

Stoimy zaskoczeni nagłością zbiegu okoliczności. Mieliśmy zjechać na parter, uścisnąć sobie dłonie, pocałować w policzek i powiedzieć nic nie znaczące i jakże głupie: „Uważaj na siebie” i rozejść się w świat. Tymczasem stoimy ogłupiali – jak dwa słupy soli – między piętrami. Oniemiali jak żona Lota. I wiem już, że będę omijać z daleka ten hotel i to miasto.  I wiem już, że on będzie przychodził tu wielokrotnie, i z każdego miejsca tego miasta będzie szukać wzrokiem wieżowca z nogą.

Dziewięćset sekund między piętrami – bezgłośnych, milczących, lustrzanych, zastygłych. Bonus od losu. Aksamitne słowa, welurowe myśli wypowiedziane zbyt głośno, odbiły się o szkło i upadły na ziemię. Brunatne niedźwiedzie zamieniły się w polarne. Mówił wolno, uważnie przeżuwając słowa. Spojrzałam na jego ramię, potem uniosłam wzrok wyżej i ujrzałam swoje odbicie. Pomyślałam, że taką twarz musi mieć ktoś, kto słucha komunikatu o pogodzie.

Dwa srebrne

 psy husky

gwałtownie pociągnęły zaprzęg. Żołądek na wysokości gardła. Winda ruszyła w dół. Niedźwiedzie i psy rozpłynęły się podobnie jak jego słowa. Po chwili połyskliwe drzwi rozsunęły się i ujrzeliśmy jasny hol. Czas znowu ruszył.

Podał mi rękę, nachylił się do pocałunku, przytrzymał moje ramię, spojrzał jak pies, który domaga się pieszczot, a może jak wilk, który znalazł swą samicę.

Otrzepałam się z jego rąk, popatrzyłam jak srebrne iskry topnieją na jego karku. Kropelki słów wypadające z moich ust zamieniały się w kulki przejrzystego lodu i pojedynczo opadały na marmurową posadzkę holu:

„Zbyt późno zrozumiałeś, że mnie kochasz”.

Ostatnie słowo potoczyło się po podłodze i znikło gdzieś — porwane przez pęd obrotowych drzwi.