Opublikowany w Książki, Recenzje

Zawód: Powieściopisarz

Zawód: Powieściopisarz to książka, którą napisał Haruki Murakami – jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych na świecie japońskich pisarzy. Murakami należy do tych szczęściarzy, którzy nie tylko piszą prozę, ale także się z tego utrzymują. A jak wiecie nie jest to wcale takie oczywiste. Bardzo wiele osób marzy o tym, aby napisać książkę: powieść, poradnik, biografię… I nawet wielu się to udaje, ale mało kto z nich zostaje zawodowym pisarzem, czyli takim, który zarabia na swoim pisaniu i bez problemu może dzięki swej profesji płacić rachunki. Czytaj dalej „Zawód: Powieściopisarz”

Opublikowany w Książki, Recenzje

Urodzona pod modną gwiazdą

„Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka” Krzysztofa Tomasika to książka, którą się czyta nie tylko z zaciekawieniem, ale także z przyjemnością ogląda. Pięknie wydana publikacja, okraszona ogromną ilością archiwalnych zdjęć, wycinków z gazet, szkiców i rysunków przedstawiających projekty kreacji  – przypomina wielobarwny collage. Nie brakuje tu także zabawnych anegdot, miłosnych historii, mało znanych faktów z życia tytułowej bohaterki.

Z kart książki wyłania się silna kobieta urodzona pod szczęśliwą gwiazdą. Grażyna Hase przyszła na świat 12 stycznia 1939 roku, ochrzczona we wrześniu — miesiącu, w którym wybuchła wojna. Z wojennej zawieruchy jej najbliższa rodzina wyszła na szczęście cało.

Grażyna jako nastolatka wyróżnia się urodą i charakterem. Jest szczupła, zgrabna i bardzo fotogeniczna. Nieprzeciętna, wyróżnia się z tłumu dziewcząt. Od najmłodszych lat zwraca uwagę na stroje, lubi być ładnie i oryginalnie ubrana.   Nic dziwnego, że karierę modelki zaczyna już jako podlotek. Czytaj dalej „Urodzona pod modną gwiazdą”

Opublikowany w Proza

Zaślubiny

notesLudzie przesuwali się wolno — noga za nogą, lelum polelum. Powłóczyli nogami, szorując butami po wypolerowanym na błysk parkiecie. Kolorowy korowód postaci ospale dreptał wkoło sali. Przechodzili kilka metrów i przystawali, przesuwali się dalej, i znów przystawali, pokonywali kolejny metr, i znów… Niektórzy otwarcie ziewali albo szeptali, inni przytakiwali przykładnie głowami. Nieliczni, ci szczerze zainteresowani, zadawali pytania, głośno się dziwili albo wyrażali zachwyt.

Tania odłączyła się od grupy, nie lubiła tłumu. Była jak kot, który zawsze chodzi swoimi drogami. I jak kot wolała się wszystkiemu przyglądać z pewnego oddalenia. Nieufnie. Spojrzenie też miała kocie — patrzyła jakby na przestrzał człowieka. Nieraz od swojej matki słyszała, że jej babka też ma taki nieprzenikniony wzrok. I nie był to komplement.

Dziewczyna nie słuchała tego, co mówi kustosz. Była zbyt zajęta własnymi myślami. Sztuka sakralna jej nie interesowała, minęła więc zwiedzających i pewnym krokiem przeszła do sali obok. Rozejrzała się dookoła. Niedbale rzuciła okiem na ekspozycję. Ale coś przykuło jej uwagę na dłużej. Patrzyła przed siebie z osłupieniem, ale i zachwytem. Gdyby naprawdę była kotem to wpadłaby w mruczący trans.

Para stała pośrodku czerwonego prostokątnego dywanika. On trzymał jej dłoń w swojej dłoni, a drugą ręką ją obejmował. Ona stała z pochyloną głową. W tych ich wzajemnych gestach była delikatność, powściągliwość i pewna niepewność. A jednak, choć mężczyzna sprawiał wrażenie nieśmiałego, a może raczej onieśmielonego, to zdecydowanym gestem obejmował kobietę, otaczał ramieniem, niczym płaszczem. Ich głowy otaczała jasna poświata, a ich samych złota przestrzeń. Nad tą nietypową parą dwa aniołki trzymały czerwoną wstęgę albo może trafniej — draperię. Jeszcze wyżej widniał napis cyrylicą.

Tania podeszła bliżej, przez chwilę przyglądała się nietypowej scence, potem przeczytała podpis, który znajdował się poniżej obrazu: „Ikona zaślubin Maryi i Józefa”. Wyciągnęła z kieszeni kurtki smartfon i cyknęła zdjęcie. Zrobiła krok do tyłu, żeby zrobić jeszcze jedno ujęcie, ale ktoś chwycił ją za ramię. „Proszę pani, tutaj nie wolno robić zdjęć” — powiedział grzecznie, ale stanowczo strażnik.  Dziewczyna wycofała się z sali, wyszła na świeże powietrze i przysiadła na ławce, która stała tuż obok wejścia do muzeum.

Odwróciła twarz w kierunku zachodzącego majowego słońca, które nieśmiało obracało się na niebie. Przymknęła oczy, ale nie mogła przestać myśleć o tym, co zobaczyła przed chwilą — pod powiekami jakaś niewidoczna ręka cały czas szkicowała scenkę z ikony. Wyobrażała sobie, że zmazuje ją gumką, ale po chwili scenka znów się pojawiała.

„Nie ruszaj tego, dziecko. Nie ruszaj tego, dziecko” — głos babki robił się bardziej skrzeczący zawsze wtedy, gdy strofowała Tanię. A strofowała ją często, bo ruszać nie można było właściwie niczego, co znajdowało się w jej domu, a już szczególnie w jej sypialni. Tymczasem właśnie tam były najbardziej frapujące przedmioty — porcelanowe bibeloty, kasetki z biżuterią, okrągłe pudła z kapeluszami, przycisk do papieru, który wyglądał jak wyspa i malutki, drewniany obrazek z parą, która trzymała się za ręce, stojąc na tle złotości. Tak, „złotości”, właśnie tak mówiła na to wtedy Tania. Czytaj dalej „Zaślubiny”

Opublikowany w Katowice, Miejsca

Trzynaście metrów pod ziemią

Pisałam Wam niedawno, że wybieram się do Katowic na plener fotograficzny. W tym mieście byłam wcześniej kilka razy, ale zawsze przelotnie i znałam je jedynie z perspektywy dworca oraz hali lotniska. Tym razem miałam okazję lepiej poznać ten szczególny punkt na mapie Polski, jego mieszkańców oraz odnaleźć kolejne dopieszczone kulturalnie miejsce — Muzeum Śląskie. Na dodatek byłam w Katowicach w wyjątkowym czasie, bo w Barbórkę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W poszukiwaniu samego siebie… Muzeum Śląskie

Wyprawa po dobre kadry zamieniła się więc w pielgrzymowanie po katowickich zakątkach oraz w… poszukiwanie samej siebie. Okazało się, że Muzeum Śląskie to wymarzone miejsce nie tylko do poznania historii tego regionu, ale także do konfrontacji ze sztuką i… własną jaźnią. Zarówno ja jak i Pan Alter Ego byliśmy zachwyceni. Towarzyszył nam także mój kolega ze studiów podyplomowych – dr Tomasz Michalik, archeolog i kognitywista w jednym. Każde z nas – w swoim tempie i własnymi ścieżkami – przemierzało podziemne sale Muzeum Śląskiego, żeby w końcu ulec całkowitemu szaleństwu – najpierw przy dziwnej lustrzanej konstrukcji (na zdjęciu obok), a potem doznaliśmy prawdziwej iluminacji w Galerii jednego dzieła – ale o tym za chwilę.

Zacznijmy od tego, że do Muzeum trafiliśmy późnym popołudniem, po wielu perturbacjach i dobrych radach mieszkańców Katowic, którzy bezskutecznie próbowali nam wytłumaczyć, jak dotrzeć z osiedla Nikiszowiec do śródmieścia. Najlepiej sprawę ujął kontroler z miejskiej kolejki, który sugerował, żebyśmy szli „na przestrzał bloków”. Niestety, nie posłuchaliśmy jego dobrej rady. W końcu jednak na miejsce dotarliśmy i od razu byliśmy mile zaskoczeni. Po pierwsze Muzeum Śląskie pod osłoną nocy wygląda zjawiskowo. Przed oczami najpierw pojawiła się pięknie iluminowana wieża wyciągowa szybu kopalnianego oraz podświetlone szklane konstrukcje. Te ostatnie są świetlikami, dzięki którym za dnia wpada światło do umieszczonych pod ziemią muzealnych pomieszczeń. Czytaj dalej „Trzynaście metrów pod ziemią”

Opublikowany w Lekcja pisania

Akcja redakcja

stalowkaNa dzisiejszej lekcji pisania chciałam Wam opowiedzieć o jednym z bardzo ważnych – końcowych etapów pracy nad książką, ale nie byle jaką, tylko historyczną i faktograficzną. Nie chcę w ten sposób umniejszać walorów beletrystyki, tylko pokazać, że praca nad taką publikacją jest wyjątkowo żmudna. Nawet wówczas, gdy jest to pozycja, która nie aspiruje do miana podręcznika uniwersyteckiego, a jedynie książki popularno-naukowej.

Przykładem takiej książki są „Wysokie progi. Opowieści z wyższych sfer” Krystyny Wasilkowskiej-Frelichowskiej. Tak, ta pani to moja rodzina 😉

Akcja redakcja

Wydanie tej książki poprzedziły miesiące żmudnych przygotowań. Opracowanie tematu, research, zbieranie materiałów, wyjazdy, wywiady, godziny nagrań na dyktafonie, tygodnie spędzone w bibliotekach i Archiwach Akt Dawnych. A potem kolejne tygodnie pisania, autoryzowania, poprawiania. Uf… Wreszcie wydawało się, że książka została ukończona i gotowa, aby zaprezentować ją wydawcy. I tutaj dopiero zaczęły się schody.

Autorka na skraju załamania nerwowego! Na całe szczęście w odpowiednim momencie wkroczyła córka-redaktorka.

Moja mama miała pecha albo szczęście, że byłam pierwszą czytelniczką tej książki. Pecha, bo znalazłam w tekście mnóstwo nieścisłości i niestaranności. I nie mam tu na myśli warstwy faktograficznej, bo ta była bezbłędna, ale – jakby to nazwać – technicznej.

Nie będę Wam opisywać jak wygląda stylistyczna i językowa redakcja takiego tekstu, bo to temat na zupełnie oddzielny post, ale podzielę się moimi spostrzeżeniami na temat technicznych aspektów pracy nad literaturą faktograficzną. I po raz kolejny okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach… Czytaj dalej „Akcja redakcja”