Opublikowany w Proza

Zaślubiny

notesLudzie przesuwali się wolno — noga za nogą, lelum polelum. Powłóczyli nogami, szorując butami po wypolerowanym na błysk parkiecie. Kolorowy korowód postaci ospale dreptał wkoło sali. Przechodzili kilka metrów i przystawali, przesuwali się dalej, i znów przystawali, pokonywali kolejny metr, i znów… Niektórzy otwarcie ziewali albo szeptali, inni przytakiwali przykładnie głowami. Nieliczni, ci szczerze zainteresowani, zadawali pytania, głośno się dziwili albo wyrażali zachwyt.

Tania odłączyła się od grupy, nie lubiła tłumu. Była jak kot, który zawsze chodzi swoimi drogami. I jak kot wolała się wszystkiemu przyglądać z pewnego oddalenia. Nieufnie. Spojrzenie też miała kocie — patrzyła jakby na przestrzał człowieka. Nieraz od swojej matki słyszała, że jej babka też ma taki nieprzenikniony wzrok. I nie był to komplement. Czytaj dalej „Zaślubiny”

Opublikowany w Proza

Między piętrami

notesDwoje ludzi uwięzionych w windzie. Dwoje bliskich sobie ludzi uwięzionych w windzie. Bez przesady: dwoje ludzi uwięzionych w windzie, których niegdyś połączył seks, nie mający wiele wspólnego z bliskością.

Teraz utkwili w wyłożonym lustrami prostopadłościanie, z błyszczącymi ozdobami z chromoniklu, gdzieś między 26 a 27 piętrem najwyższego hotelu w środkowowschodniej Europie.

Uwięzieni w zamkniętej przestrzeni nieskończoności, powieleni po tysiąckroć: ona, on, ona, on, ona, on, ona, on, ona, on, ona. Skazani na swoją obecność, oddechy, odbicia. Odwróceni plecami do siebie: widzą swoje twarze. Zwróceni przodem do siebie: widzą swoje plecy. Absurd przeznaczenie, logika luster.

miedzy_pietrami

Wymijali się przez całe życie. Krótkie spotkania. Przypływy, odpływy. Zadzwonię, napiszę, przyjadę – czas przyszły niedokonany. Teraz, proszę – ironia losu! Skazani na siebie bez możliwości ucieczki. Kwadrans, po długiej podróży. Podróży, która trwała dobę, a może rok, a może dziesięć lat. Kwadrans – zawieszony w czasie.

Tak musi wyglądać wieczność. Chwile, niczym krople gliceryny w pracowni nawiedzonego fotografa: le-ni-wie spadają na ziemię. Słowa pęcznieją, wypływają z ust niczym kasza gryczana, dochodząca w garnku owiniętym warstwami gazet. Ciepłe, miękkie, zwyczajne. Słowa ciemne i ciężkie jak brunatne niedźwiedzie. Próbują wymościć sobie miejsce, przygotować legowisko.

Jakieś monosylaby brzmią głucho i ciężko opadają na dno świadomości, niczym kamienie wrzucane do głębokiej studni. On potrząsa głową jak pies, który po wyjściu z rzeki chce się pozbyć kropel wody na sierści. Nagły deszcz na wysokości łydek.

Po chwili widzę, jak się pręży. Znam te kocie ruchy – powolne, ostrożne, nienaturalnie płynne. Koty boją się wody – ten spada bezgłośnie na wełnianą wykładzinę. Słowa toczą się jak kłębek anilany. Motek odbija się o ściany luster. Po głowie tłucze się jakiś psychologiczny wywód o drugiej stronie kilimu, a może makaty?

Między piętrami

Stoimy zaskoczeni nagłością zbiegu okoliczności. Mieliśmy zjechać na parter, uścisnąć sobie dłonie, pocałować w policzek i powiedzieć nic nie znaczące i jakże głupie: „Uważaj na siebie” i rozejść się w świat. Tymczasem stoimy ogłupiali – jak dwa słupy soli – między piętrami. Oniemiali jak żona Lota. I wiem już, że będę omijać z daleka ten hotel i to miasto.  I wiem już, że on będzie przychodził tu wielokrotnie, i z każdego miejsca tego miasta będzie szukać wzrokiem wieżowca z nogą.

Dziewięćset sekund między piętrami – bezgłośnych, milczących, lustrzanych, zastygłych. Bonus od losu. Aksamitne słowa, welurowe myśli wypowiedziane zbyt głośno, odbiły się o szkło i upadły na ziemię. Brunatne niedźwiedzie zamieniły się w polarne. Mówił wolno, uważnie przeżuwając słowa. Spojrzałam na jego ramię, potem uniosłam wzrok wyżej i ujrzałam swoje odbicie. Pomyślałam, że taką twarz musi mieć ktoś, kto słucha komunikatu o pogodzie.

Dwa srebrne

 psy husky

gwałtownie pociągnęły zaprzęg. Żołądek na wysokości gardła. Winda ruszyła w dół. Niedźwiedzie i psy rozpłynęły się podobnie jak jego słowa. Po chwili połyskliwe drzwi rozsunęły się i ujrzeliśmy jasny hol. Czas znowu ruszył.

Podał mi rękę, nachylił się do pocałunku, przytrzymał moje ramię, spojrzał jak pies, który domaga się pieszczot, a może jak wilk, który znalazł swą samicę.

Otrzepałam się z jego rąk, popatrzyłam jak srebrne iskry topnieją na jego karku. Kropelki słów wypadające z moich ust zamieniały się w kulki przejrzystego lodu i pojedynczo opadały na marmurową posadzkę holu:

„Zbyt późno zrozumiałeś, że mnie kochasz”.

Ostatnie słowo potoczyło się po podłodze i znikło gdzieś — porwane przez pęd obrotowych drzwi.

Opublikowany w Proza

Sezon na gumowe kamaszki

notesW telewizorze prognoza pogody. Prezenter – oszołom zakochany w Indiach – wskazuje zamaszystym ruchem ręki na przedziwne mapy, którymi oklejone są prostopadłościany. Małe pudełka, podobne do tych po butach, to kraje, zaś wielkie kartony po sprzęcie AGD – kontynenty. Zanurza dłoń w emaliowanym kubku i chlapie wodą miejsca, gdzie według niego będzie padać.

Sen rozmywa się pod powiekami. Boże jak mnie boli głowa… Tak, świat jest wielkim kartonem – kanciastym, szarym, o niepewnych ścianach, łatwo palnych, łatwo się rwących i zbyt szybko namiękających wodą.

Ten kubek… Coś mi jednak przypomniał… Ach tak, mieliśmy kiedyś taką kwartę do nabierania wody. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy wodę przynosiło się wiadrami do domu. Wiadra były cynowe, a kwarta pokryta kremową emalią, która w kilku miejscach zdążyła już odprysnąć. Nie jestem zresztą pewna, czy wiem to wszystko z autopsji, bo to ja towarzyszyłam dziadkowi w wyprawach po wodę? A może z rodzinnych opowiadań, bo to moja babka chodziła ze swoim ojcem po wodę? Wiem, że wiadra były w domu dwa, a nawet trzy – wliczając to, które przeznaczone było na – jak to ująć – zlewki, czy odpady. Dzieciństwo w ogóle kojarzy mi się z emalią.

Emaliowane były garnki, miski, a nawet nocniki. Mieliśmy też emaliowaną wannę – stała na podwórku i służyła do „łapania” deszczówki, w której potem myło się włosy. Włosy myło się wówczas rzadko, żeby się nie zaziębić. Najlepiej latem właśnie, tuż po burzy. Nosiło się końskie ogony i potrząsało głową na lewo i prawo, trzepiąc włosami po oczach chłopców, siedzących obok w ławce. Chłopców waliło się też po głowie workami ze strojem na W-F, za co się stało potem w kącie. Dziś te męsko-damskie sprawy załatwia się już zupełnie inaczej.

Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: jadę tramwajem, za oknami pada deszcz. Dojeżdżamy do przystanku. Patrzę przez okno, a tam, po przeciwnej stronie ulicy, na podwórku biegają – ubrani w kolorowe gumiaki – moi rówieśnicy. Bawią się, wbiegając z impetem w wielką otchłań kałuży. Jakaś kobieta – może ich matka – stoi na progu i je woła, ale one wcale nie reagują. Co jakiś czas, te pogańskie dzieci wyciągają w górę ręce, jakby chciały nałapać w dłonie wody. Wyglądają jak młodzi szamani, wspaniali zaklinacze deszczu, którzy świętują, bo bogowie wysłuchali ich nabożnych próśb. Patrzę i zazdroszczę im – tak bardzo chciałabym się do nich przyłączyć. Świętować razem z nimi w moich nowych czerwonych kamaszkach.

***

Dziś nie masz humoru. Wyczuwam to na odległość. I dziś wyglądasz na swoje lata. Twoje usta zaokrąglają się w przypływie nagłego ziewania, które i mnie się udziela. Czuję zmęczenie twoich mięśni po nieprzespanej nocy. Próbujesz skupić się na pracy, ale nie potrafisz ujarzmić myśli zalewających twoją głowę powodzią, nad którą nie masz żadnej władzy. Synoptycy ostrzegali: „Warunki biometeorologiczne niekorzystne dla meteopatów”. Drży ci nie tylko głos, ale i ręka. To niebezpieczne w twoim fachu. Jeden nieprzewidziany ruch… Przepraszasz więc ostatniego klienta, petenta, pacjenta, że musisz wyjść -nagła sprawa. Nagła sprawa zawsze jest nagła, co dopiero miłość?

Sezon na gumowe kamaszki

Możliwe, że słowo „miłość” jest zbyt podniosłe, zbyt skończone, ale dobrze się komponuje, a jednocześnie nadaje dramatyzmu całej scence. Mamy bowiem blisko pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który zaliczył już program obowiązkowy: dom, drzewo, no cóż… mała wpadka – córka. Mężczyznę, który słucha teraz już tylko wiatru w kominie i ogląda liście pod słońce – a jakże! Dba o rodzinę i rabatki w przydomowym ogródku, a od czasu do czasu, uprawia zdrowy hedonizm, trenując pod okiem instruktora. Mężczyznę, który zamiast stu lat samotności wybrał – z pełną premedytacją – sto lat obowiązku.

W jego uporządkowanym świecie pojawia się ona. Zjawia się nagle i z takim impetem, że wraz z jej przybyciem wszystkie kartki na jego biurku podrywają się do lotu jak spłoszone ptaki i po chwili lękliwie przysiadają na podłodze. Ona wygląda tak, jakby targała ze sobą wiatr na smyczy.

Czytaj dalej „Sezon na gumowe kamaszki”

Opublikowany w Proza

Wolność

notesPrawie wcale nie wychylam nosa spod ich legowiska. Nie wiem, która to doba. Szósta, może siódma? Najgorsze były pierwsze trzy dni. Chciało mi się jeść, pić, ale nie miałem odwagi stąd wyjść. Wszystko jest tu obce, zwłaszcza zapach. Jedynie ich legowisko pachnie znajomym mi miejscem. I nimi, ale to akurat mnie nie wzrusza. Siedzę więc tutaj i obserwuję, co się dzieje wokół. Widzę ich stopy. Łażą, szurają butami, wnoszą kartonowe pudła, przesuwają meble. Tak bardzo chciałbym wskoczyć do takiego pudła. To dopiero byłaby zabawa! Kiedy się nudzę, kładę się na grzbiecie i przesuwam, odpychając łapkami od materaca. Ona wtedy zagląda pod łóżko i mówi: „A nie mówiłam, że żyje”. I śmieje się jak szalona. Nie lubię tego. Jej głos potem jeszcze długo wibruje mi w uszach.

Czwartej nocy, kiedy oni spali, wymknąłem się i obwąchałem teren. To bardzo interesujące miejsce. Jest tu wiele zakamarków, schowków, schodków, skrytek i tajemnych przejść. Pamiętam, jak go przekonywała do przeprowadzki: „To będzie istny raj na ziemi” – mówiła. I miała rację. Szczególnie zainteresowały mnie strome schody, które prowadzą na jakąś niższą kondygnację. Kiedy się po nich sturlałem, okazało się, że na ich końcu znajdują się drzwiczki zbite z desek, zamknięte jedynie na haczyk. Na dole jest w nich spora szpara. Udało mi się nawet wcisnąć w nią głowę. Niestety, w moim przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że jak głowa przejdzie to i cała reszta się zmieści. Jestem tym nieszczęsnym wyjątkiem, który potwierdza regułę. W każdym razie, kiedy tak niuchałem, co jest za tymi drzwiczkami, wyczułem specyficzną woń. Taki wyrafinowany bukiet może dawać tylko wilgoć, stęchlizna, starzyzna i… myszy. To na pewno nie jest moja ostatnia tam wyprawa!

Któregoś dnia wreszcie zostałem w nowym domu sam. Ona wróciła do pracy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego, bo często mówi, że „nienawidzi tej roboty”.  Albo go straszy, że sobie wyjedzie do Mediolanu, albo Paryża, bo — jak mówi — tam jest jej miejsce. Nie chciałabym, żeby wyjechała. Daje mi rano dużo większe porcje paszteciku, niż on, który na tym smakołyku zawsze skąpi. Zatem — ona wróciła do pracy, a on wyjechał na kilka dni na jakieś sympozjum naukowe. Mogłem więc spokojnie eksplorować dom także za dnia. Niestety, drzwi do kilku pomieszczeń były zamknięte. Zaniepokoiło mnie to nieco, bo w poprzednim miejscu mogłem zaglądać we wszystkie kąty. Tylko jedne drzwi pozostawały dla mnie niedostępne — te „na świat” — jak je nazywali. Kiedy on skądś wracał, poznawałem odgłos jego kroków na klatce i szedłem w kierunku drzwi, żeby go powitać. Jak tylko zamek zachrzęścił w zamku i on pojawiał się w progu, przybiegała ona i zaraz piskliwie krzyczała: „Uważaj, żeby ci nie uciekł”. Nie mogłem znieść tych wysokich tonów i wkrótce przestałem przychodzić, żeby się z nim powitać. Ale nie żałuję, że ona pojawiła się w naszym życiu. Ma to wiele dobrych stron. Daje mi większe porcje jedzenia, a czasem podrzuci mi jakiś kawałek  surowego,  więc niedozwolonego dla mnie mięsa. A wtedy mówi: „Jedz szybko, żeby pan nie zobaczył”. Z tym „panem” to jednak przesadza. Raz na nią syknąłem, ale tak się wystraszyła, że więcej już tego nie próbowałem.

Kiedy oglądałem nowe lokum za dnia, zbadałem też przydatność parapetów. Są kamienne i miło chłodzą skórę — będzie z nich pożytek. Ale to, co zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie, to widok za oknem — zupełnie dla mnie nowy. Nie było tu żadnych wysokich zabudowań, tylko otwarta przestrzeń. Znowu zamarzyłem o wolności.

***

Czasem śni mi się, że dostojnie kroczę po czerwonym dachu jakiegoś domu. Wróble uciekają przede mną w popłochu. Ale ja mam czas. Jeszcze zdążę je przydybać. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama — na pierwszym planie jest prostokątne podwórko w kocich łbach, nieco dalej różany ogród, na środku którego stoi rozłożysty orzech.  Na jego konarach przysiadają ptaki. Teren ten okala wysoki mur z cegły obrośnięty winem. To jest mój rewir. Dalej widać szarą ulicę, a równolegle do niej leniwą rzekę, która niczym salamandra zmienia swój kolor, przystosowując się do odcienia nieba. Tam, za ten czerwony mur, zapędzam się rzadko. Czytaj dalej „Wolność”