Opublikowany w Proza, Słowa

Subiektywna mapa Warszawy. Opowiadanie cz.3 Dlaczego nie zadzwoniłeś?

Alina nie miewa wątpliwości. Jak kocha to całym sercem, jak nienawidzi to całą sobą. Jeżeli coś jej nie pasuje, to mówi to bez ogródek. Jest szczera jak dziecko. Nie kalkuluje, po prostu robi swoje. Nonkonformistka w każdym calu. Jest transparentna — nie nosi masek. Czytaj dalej „Subiektywna mapa Warszawy. Opowiadanie cz.3 Dlaczego nie zadzwoniłeś?”

Opublikowany w Proza, Słowa

Subiektywna mapa Warszawy opowiadanie, część 2

Subiektywna mapa Warszawy - opowiadanieMalwina w kreacji w kolorze fuksji wyglądała po prostu zjawiskowo. Sukienka miała odkryte plecy, amerykański dekolt i mocno rozkloszowany dół spod którego filuternie wyglądała kobaltowa, tiulowa halka. Do tego dobrała granatowe wysokie szpilki z atłasu i małą lakierowaną srebrną kopertówkę. Witek wreszcie zrozumiał dlaczego tak bardzo upierała się, żeby kupić mu tak pretensjonalny garnitur. Kiedy przed wyjściem z domu przeglądali się w dużym lustrze, nie mógł zaprzeczyć, że oboje wyglądają jak wycięci z żurnala. Czytaj dalej „Subiektywna mapa Warszawy opowiadanie, część 2”

Opublikowany w Proza

Opowiadanie: Subiektywna mapa Warszawy

Witek czaił się za rogiem. Jak kot albo ktoś ścigany. Jak zawsze przyczajony i gotowy do skoku lub ucieczki. Ale wyglądał inaczej niż dawniej. Miał krótsze włosy ufryzowane jakąś błyszczącą pomadą i jasną, idealnie odprasowaną koszulę w kobaltową kratkę. Tak, widać ingerencję kobiety. Żadnych śladów olejnych farb na spodniach, skórzanych bransoletek na nadgarstkach, czy spranej bandany na szyi. Witek doszorowany, wymuskany i wystylizowany. Jakby wysterylizowany. Artystyczny nieład zamienił na stonowaną, zapożyczoną elegancję. Ale widać było, że dobrze się czuje w tym nowym uniformie. Alina poczuła coś w rodzaju zawodu, rozczarowania, ale szybko przywołała się do porządku. Czytaj dalej „Opowiadanie: Subiektywna mapa Warszawy”

Opublikowany w #2, FACEtownik, Proza

Polowanie na jednorożca

Polowanie na jednorożcaA było to tak:

Nie tak dawno temu, nie za górami, nie za morzami, ale za mostem Poniatowskiego, licząc „za” od lepszej, lewobrzeżnej strony Warszawy…

Kaśka wybiegła z pracy i w ostatniej chwili wskoczyła do autobusu linii 158. Usiadła, zagarniając poły kremowego płaszcza. Spojrzała w okno, w szybie zobaczyła swoją twarz. Uśmiechnęła się do swego odbicia. „Ho, ho…” — pomyślała.  Po dziesięciu godzinach w pracy nadal wyglądała ładnie, a może nawet ślicznie. Oczy jej lśniły, a precyzyjnie namalowana nad górną powieką błękitna kreska dodawała dziewczęcego uroku.  Za oknem Warszawa jarzyła światłami i zwalniała tempo po całym dniu pracy. Kaśka założyła słuchawki na uszy i włączyła iPoda. W uszach zagrzmiały tamburyny, a zaraz potem rozbrzmiały słowa refrenu bollywoodzkiego przeboju. Spojrzała z zadowoleniem na błyszczące czerwienią paznokcie i przymknęła oczy. Autobus toczył się miarowo. Po tym, że jej ciało lekko leciało do przodu, poznawała, że mijają kolejne przystanki i jest coraz bliżej domu. W pewnej chwili poczuła na twarzy delikatne muśnięcie powietrza i obcy, ale miły zapach. Spojrzała spod rzęs. Na przeciwko niej zamajaczyła jakaś postać. Po ruchu warg można było się zorientować, że coś do niej mówi. Otworzyła szeroko oczy i wyciągnęła z ucha jedną słuchawkę. Jakiś chłopak przemawiał do niej nienaganną polszczyzną, ale bez maniery znanej z wykładów profesora Kotka…

Pan jak z reklamy

Wyglądał jak z reklamy ubezpieczeń. Wysoki, dobrze zbudowany — typ lekkoatlety, ale nie siłko-osiłka. Ogolony, ale nie tak zwaną „pupcię niemowlęcia”. Ubrany, trochę retro, w  sztruksy w kolorach jesieni i na pewno nie był to „tani Armani”. Z uśmiechem wprost od pana ortodonty… Z baczkami znanymi z rodzinnych albumów. Ach, och, ych… Jakiż on piękny panek!

Chór: Weź się w garść dziewczyno.

Mama: I mówię ci, przestań nosić te wysokie obcasy.

Kaśka zgarbiła się w sobie. Sama nie wiedziała, czy zgadzać się z mamą, czy nie. Takie kury na przykład są znacznie drobniejsze od kogutów, tygrysice od lwów, sarny od jeleni, czy  krowy od byków. Tymczasem ona była wyższa od większości facetów i jeszcze bezwstydnie zakładała szpilki. Pokręciła bezwiednie głową. Nie, to nie może chodzić o wzrost. Przecież Pan Z Innej Nie-bajki był od niej wyższy o pół głowy. I zachwycał się jej szpilkami od Gucciego. Co prawda, gdy się pierwszy raz spotkali zwrócił uwagę na jej rajstopy – w ostrym musztardowym kolorze… A potem, kiedy razem gdzieś wychodzili, zawsze dreptał trzy kroki za nią… Ale czerwona lampka w głowie Kaśki nie zapaliła się od razu.

…ciąg dalszy nastąpi!

dlugopisgrafika

* Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. 

Opublikowany w FACEtownik, Pilot #1, Proza

W poszukiwaniu jednorożca

psychoterapia
W poszukiwaniu jednorożca

W jaki sposób udało się Marcie złapać w swoje sidła Janka, długo pozostawało dla mnie tajemnicą. Nawet teraz, gdy piszę te słowa nie jestem pewna, czy rozwikłam tę zagadkę. Ale kto wie… Wierzę, podobnie jak Freud, że w życiu nie ma przypadków.

Marta trafiła właśnie do mojego gabinetu z jakiegoś powodu. Napisałabym – na moją kozetkę, ale mijałoby się to z prawdą. Jedyna kozetka, którą kiedykolwiek widziałam, to ta z gabinetu psychoanalityka w którymś z filmów Woody Allena. Zatem Marta przyszła do mnie na terapię. Opowiada mi o swoich małżeńskich problemach, a ja z każdej sesji robię notatki. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska, a jedyną osobą, z którą mogę się podzielić tymi rewelacjami jest mój superwizor. Jemu właśnie oraz kobietom, które nie opanowały sztuki polowania na męża dostatecznie dobrze, by przed trzydziestką wysłuchać marszu Mendelssohna… na własnym ślubie, dedykuję te notatki. Czytaj dalej „W poszukiwaniu jednorożca”

Opublikowany w Proza, Słowa

Okruchy nocy

Noszę tak wiele historii, które warte są opowiedzenia, ale nie umiem ich ubrać w słowa — zapisać, czy choćby głośno wypowiedzieć. Kłębią się w mojej głowie jak rój os, oblepiają umysł jak cukrowa wata. Wielobarwny kalejdoskop obrazów bez przerwy obraca się pod moimi powiekami, nie pozwalając zasnąć albo wprowadza mnie w sen transowy, męczący, nie przynoszący odprężenia. Wreszcie nad ranem budzą mnie pełne pretensji i żalu głosy bohaterów moich opowieści. Nigdy nie powołani do życia, zawodzą jak dusze czyśćcowe, nie będąc ani tu — w realnym świecie, ani tam — w książkowej fikcji, zawieszeni pomiędzy bytem i niebytem, moją ręką, a kartką papieru.

Dzisiaj obudziłem się przed wschodem słońca. Bezimienny szary gołąb spacerował po moim parapecie i głośnym gruchaniem dopominał się o swoją codzienną porcję okruchów. Było jednak zdecydowanie za wcześnie na wizytę ptasich gości. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni. Chciałem wypić szklankę wody i sprawdzić na zegarze, która jest godzina. Dawno już bowiem pozbyłem się elektronicznego zegara w sypialni. Widok zielonych jak oczy kota cyfr, które świeciły w ciemnościach, irytował mnie za każdym razem, kiedy wybudzałem się w środku nocy.  Budzik nie był mi do niczego potrzebny — otwierałem oczy na długo wcześniej, zanim zadzwonił.

Piąta rano

Usiadłem na drewnianym stołku, sączyłem chłodną wodę i gapiłem się bezmyślnie w fioletowy kwadrat okna. Szary gołąb przespacerował się wzdłuż parapetu kiwając na boki i po chwili odleciał, trzepocząc skrzydłami z impetem. Na jego miejsce przyfrunął wielki gawron, ale i on nie zabawił długo. Spojrzałem na duży ścienny zegar, który zamiast wskazówek miał widelec i nóż — ten ostatni przecinał czas z satysfakcją sadysty. Była piąta rano.

Gdyby to był normalny dzień tygodnia, po prostu zacząłbym swój poranny rytuał: długi prysznic i golenie, potem kompletowanie garderoby, skazane na porażkę poszukiwania skarpetek do pary i karkołomne ubieranie się w uniform luzaka. Ale to była niedziela — ten dziwny dzień nanizany na nitkę tygodnia między innymi szarymi kartkami z kalendarza. Dzień, z którym nie wiadomo, co począć, jeżeli nie świeci słońce.

Okruchy nocy

Nigdzie się więc nie śpieszyłem. Włączyłem ekspres, wrzuciłem do urządzenia kapsułkę wypełnioną kofeiną i nacisnąłem odpowiedni guziczek. Po chwili czarny strumień napełnił mój kubek pachnącą cieczą. Usiadłem z parującą kawą przed laptopem, chociaż dobrze wiedziałem, że na serwisach internetowych nie będzie żadnych newsów. Co się mogło wydarzyć w weekend? Jakieś rodzinne pikniki, demonstracje, może — nie daj Boże — gradobicie. Wchodziłem na różne strony, ale żadna się nie odpalała. Za każdym razem był ten sam komunikat — „error”. Podszedłem do routera, ale wszystkie diody paliły się prawidłowo. Na wszelki wypadek zresetowałem jednak urządzenie i wróciłem do komputera. Nadal żadna ze stron, które zwykłem przeglądać, nie działała. Sieć była jednak dostępna. Skype także działał, ale było zbyt wcześnie, żeby do kogoś o tej porze dzwonić. Napisałem więc wiadomość do Elizy: „Odezwij się, jak się obudzisz. Mam jakiś problem z komputerem”. Dopiłem zimną już kawę. Nie chciało mi się wchodzić pod prysznic. Bez większych ceregieli ubrałem się w dres i sportowe buty. Przepasałem się parcianym paskiem z saszetką, do której włożyłem telefon komórkowy i opakowanie herbatników. Przelotnie spojrzałem na ekran — było już w pół do szóstej. Zamknąłem drzwi mojego mieszkania na klucz, a potem dwa razy potrząsnąłem klamką, żeby się upewnić, że nikt niepożądany nie wejdzie do mojej fortecy. Wyszedłem na ulicę. Planowałem pobiegać nad Brdą.

Okruchy nocy
Okruchy nocy

Świat wyglądał zwyczajnie, przynajmniej na tyle, na ile może wyglądać o tej magicznej porze, kiedy noc przeistacza się w dzień. Powietrze było rześkie, przejrzyste i chłodne, ale zapowiadał się ładny, pogodny dzień. Teraz jednak, żeby nie zmarznąć musiałem zacząć biec. Truchtałem więc przed siebie, a fioletowa kurtyna powoli unosiła się w górę, odsłaniając solarny spektakl. Purpurowa łuna, która przez chwilę otulała miasto rozpłynęła się, ustępując miejsca młodemu słońcu poranka.

Po kilkunastu minutach nieśpiesznego truchtu dobiegłem na Stary Rynek. Szary prostokąt, wokół którego pyszniły się kolorowe kamienice sprawiał wrażenie większego niż zwykle. Pewnie dlatego, że oprócz mnie i gromady gołębi nie było tu o tej porze żywej duszy. Usiadłem na ławce. Po chwili otoczyła mnie skrzydlata szarańcza. Niektóre z gołębi przysiadły obok mnie, inne dreptały tuż pod moimi nogami, machając transowo głowami w przód i w tył. Wyciągnąłem paczkę herbatników, otworzyłem ją, pokruszyłem kilka ciastek i rzuciłem okruchy przed siebie. Chmara ptaków uniosła się na moment w powietrze, żeby po chwili opaść na brukową kostkę i rozpocząć wielką degustację. Nie pierwszy raz karmiłem tutaj gołębie, ale dziś musiałem przyznać, że było coś niepokojącego w tej hordzie ptaków.

Postanowiłem ruszyć dalej. Kierowałem się w stronę ulicy Mostowej i po chwili wbiegłem wprost na most. Spojrzałem w prawo, swoim zwyczajem chciałem pomachać ręką „Przechodzącemu przez rzekę”, ale nie dostrzegłem znajomej rzeźby. Jedynie jaskółka trwała w swym nieruchomym locie. Przystanąłem zdumiony, oparłem się o balustradę i spojrzałem w dół, ale oprócz zielonkawej tafli leniwie płynącej rzeki, nic tam nie ujrzałem. Przybiegłem most i skierowałem się stronę ulicy Stary Port. Kiedy byłem już na bulwarze, zwolniłem kroku. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że — jak dotąd —nie minąłem na swojej drodze żadnego człowieka. Tymczasem dawno już wybiła godzina szósta, a o tej porze miasto zawsze tętniło już życiem. Bulwary o świcie upodobali sobie miejscowi żule, którzy wraz z ze wschodem słońca wychodzili ze swoich miejskich kryjówek i rozpoczynali codzienną pielgrzymkę w poszukiwaniu zużytych puszek, czy plastikowych butelek. Dopiero bliżej południa mościli się na ulicach w centrum miasta, żebrząc o jedzenie albo pieniądze. Dzisiaj jednak nie spotkałem żadnego ze znanych mi z widzenia żuli. Nie dostrzegłem też głośno hałasujących śmieciarek, samochodów dostawczych, czerwonych tramwajów, autobusów czy samochodów. Miasto było puste i przypominało teatralne dekoracje.

Skrzydła gawrona

Dotarłem do budynku Poczty Głównej i z przerażeniem odkryłem, że po Trzech Gracjach pozostał jedynie cokół. Co się z nimi stało? Czy trwająca wiele lat pogawędka, tak bardzo je znudziła, że postanowiły się rozejść i wrócić do swoich domów? Czy zamiast nieśmiertelności jaką dawał im odlew z brązu, wybrały zwyczajne, proste, ale prawdziwe życie? Złapałem się na tym, że wiodę zupełnie bezsensowne rozważania w świecie, który został sprowadzony do absurdu.

Nad moja głową zatrzepotał skrzydłami gawron — byłem pewien, że ten sam, który nad ranem przysiadł na moim parapecie. W słońcu, na jego czarnej nodze, zaskrzyła srebrna obrączka. Sprawiał wrażenie jakby chciał mi coś powiedzieć albo po prostu pokierować. Zrobił kilka kółek w powietrzu i zaczął lecieć przed siebie, a ja posłusznie zawróciłem i pobiegłem za nim. Skręciłem w ulicę Pocztową, potem w Jagiellońską, żeby po chwili skręcić w Gdańską. Nie minął kwadrans, gdy dotarłem na Słowackiego, skręciłem w lewo i po skosie wbiegłem w zadrzewioną uliczkę Parku Kochanowskiego. Gawron zniknął wśród drzew. Zwolniłem kroku i odruchowo zacząłem iść w kierunku posągu Łuczniczki. Miałem jednak przeczucie, że cokół będzie pusty. I rzeczywiście, Łuczniczka przepadła podobnie jak Trzy Gracje i Przechodzący przez wodę.

Miasto opustoszało z ludzi i posągów. Ptaki opanowały Bydgoszcz. To do nich należały ulice, skwery i parki. Miałem nadzieję, że Przechodzący przez wodę odnalazł Łuczniczkę i wiedzie u jej boku szczęśliwe życie. Sam byłem niewolnikiem, który za cenę iluzorycznego poczucia wolności wybrał starokawalerski stan. O nikogo dotąd nie zabiegałem, nie walczyłem. Byłem tchórzem i zakładnikiem własnych przekonań i uprzedzeń. Kiedy tak stałem pośrodku parku i zastanawiałem się nad miałkością mojego życia, usłyszałem znajomy trzepot skrzydeł nad głową. Stary poczciwy gawron musnął swoim skrzydłem moją czterdziestoletnią twarz.

Okruchy nocy
Okruchy nocy
Opublikowany w Proza

Miłość?

 

notesNagość widziana w mętnym blasku świecy. Pokój podzielony poziomo na dwie strefy — po podłodze, łóżku, nogach krzeseł pełzają pojedyncze ogniki, a sufit, ściany, zarys szafy toną w mroku. Prababka nieboszczka gapi się z portretu.

Niby nie ma pośpiechu, cała noc przed nimi. Dlaczego jednak noc, a nie dzień? Niby nie ma wstydu. Wnętrze nie patrzy na nich beznamiętnym okiem przypadkowego obserwatora. Prześcieradło nie parzy hotelowym chłodem. Żaden szelest, oprócz odgłosu wiatru w polu, nie zakłóca im spokoju. Dlaczego więc jest tylko woda, jeśli mogłoby być wino? Niby nie ma rozczarowania. Trzeźwość serca i kryształowa przejrzystość zmysłów. Źrenice rozszerzone w ciemnościach. Milczenie, które kłamie, że mówi więcej niż słowa. Alchemia miłości.

Miłość?

Dlaczego zatem ona milczy, a on bez przerwy mówi. Dlaczego ona zapamięta kolor ścian, deseń na dywanie, krążek po zbyt gorącej szklance z herbatą odciśnięty na ławie, nierealnie zdziwioną świętą familię na obrazie, pstrą makatę, zepsuty kurek z ciepłą wodą, szufladę pełną szpargałów i to jego nieustanie powracające pytanie: o czym mylisz, kochanie?

Uśmiech mądrości, który wyrósł tuż obok zęba mądrości, zagadkowe spojrzenia aseksualnej Mona Lisy i jej lapidarna odpowiedź w kształcie mini-pigułki: o niczym.

On mruży oczy, jakby zaciągał się papierosem, siada głębiej w fotelu, odsuwając się od niej o całe lata świetlne, wydmuchuje dymek niewypowiedzianych słów i strząsa niewidzialny popiół. Czego się spodziewał? Przemienienia wody w wino? Słów słodszych niż karmelki? Nagości większej niż sama nagość?

Po chwili jednak pochyla się do przodu i pyta pauzując każde słowo: Jak sądzisz, co dalej będzie z nami, co się wydarzy?

Nic – mówi ona i dodaje:

I to bez podtekstów znanych z dzieł Szekspira.

 

Opublikowane drukiem w 2006 roku.

Miłość?
Miłość?