Opublikowany w Co Wy na to?

Internet – złapani we własne sieci

W czasach mojego dzieciństwa, czyli trzydzieści lat temu, rysowaliśmy w szkole, na lekcjach plastyki, naszą futurystyczną wizję świata. Większości z nas wydawało się, że – w nie tak odległej przyszłości – loty w kosmos będą tak samo trywialne i powszechne jak podróż PKS-em.

Podróż do gwiazd? Tylko w kinie

Sądziliśmy, że będziemy podbijać inne galaktyki, kolonizować odległe planety. I oczywiście spotkamy ufoludki. Pamiętacie kultową piosenkę zespołu Fasolki?

Mój brat wciąż czyta o kosmitach,
Gwiazdach, planetach i orbitach.

(…)

Zielone włosy, zielone butki, 
Całe zielone są ufoludki

Przesadą byłoby twierdzić, że był to hymn mojego pokolenia. Wiedzeni jednak jakąś dziecięcą naiwnością naprawdę sądziliśmy, że będziemy wieść życie pełne międzygalaktycznych przygód, samochody zastąpimy poduszkowcami, a humanoidalne roboty będą nas wyręczać w różnych domowych pracach.

Złapani we własne sieci

Tymczasem, stała się rzecz, która nie śniła się filozofom, a nawet większości autorom powieści SF. Okazało się, że skonstruowanie robota, który do złudzenia przypominałby człowieka, a na dodatek bez problemu chodziłby na dwóch nogach, udało się na masową skalę tylko… scenarzystom serialu Westworld. Zamiast podróżować w kosmos, ludzkość eksploruje internet. Daliśmy się złapać w sieć, którą sami utkaliśmy.

Internet rządzi naszym życiem. Stąd czerpiemy informacje o świecie, tu szukamy rad jak żyć, jak się leczyć, gotować, szydełkować, fotografować itd. I nie ma w tym nic złego, bo internet bardzo ułatwia funkcjonowanie. Ale mam też gorzką refleksje. Internet tak bardzo zawładnął naszą codziennością, że odbija się na realnym życiu.

 

W internecie, czyli gdzie?

Kiedy wkraczałam na moją dziennikarską ścieżkę, internet raczkował. Oczywiste było, że każdą informację znalezioną w sieci trzeba dziesięć razy sprawdzić, bo… to tylko internet, zawodne źródło wiedzy. Gwiazdy niechętnie umawiały się na telefoniczne wywiady, wolały spotkania face to face. Dziś celebryci sami donoszą w mediach społecznościowych o swoich sukcesach i porażkach, nowych miłościach i życiowych zawodach, a nawet spierają się z fanami. Czasem są to prawdziwe wojny na słowa.

Wojna na słowa

Internetowe słowne potyczki – coraz częstsze na różnych forach, grupach, fanpage’ach, choć prowadzone są wirtualnie, podnoszą ciśnienie całkiem realnie, o czym się niedawno sama przekonałam. Na szczęście w porę się otrząsnęłam. Czy dyskusje w internecie z obcymi ludźmi, którzy mają odwagę w ferować oceny, tylko dlatego, że pewnie nigdy nie spojrzą swojemu rozmówcy w oczy mają jakiś sens? Mój przyjaciel zapytany o to, dlaczego tak chętnie debatuje na pewnej grupie z osobami, które mają od niego zupełnie odmienne poglądy, odpowiedział, że poszerza to jego horyzonty.  A przy okazji się czegoś nowego uczy o świecie, sobie i innych ludziach. Jego argumenty mnie przekonują, ale wiem, że podchodzi do życia z dystansem i nie przejmuje się docinkami swoich internetowych adwersarzy. Ja jeszcze tej sztuki nie opanowałam i daleko mi do mistrza Yody, choć zgadzam się z tym, co powiedział w Ataku klonów, że…

Wojna nikogo wielkim nie czyni.

Od siebie dodam, że również ta na słowa…

A Wy jakie macie zdanie na ten temat: warto wdawać się w internetowe dyskusje? 

 

Opublikowany w Co Wy na to?

Gdzie się kończy życzliwość, a zaczyna upierdliwość…

Uważam, że warto być życzliwym. Czasem wystarczy drobny gest, aby wywołać w kimś uśmiech albo uchronić go od towarzyskiej wpadki. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego nikt Wam nie powiedział, że macie natkę pietruszki między zębami, rozmazaną pomadkę, okruszek w kąciku ust, czy… niedopięty po wyjściu z toalety zamek w spodniach?

Słyszałam gorsze historie — jedna znajoma paradowała w pracy z wystają spod spódnicy wstążką papieru toaletowego, a pewien kolega spacerował z potężną dziurę w spodniach w miejscu, w którym na pewno jej być nie powinno. I ten kolega zastanawiał się potem, ile osób miało wątpliwą okazję przekonać się na własne oczy, jakie koloru nosi bokserki. Czytaj dalej „Gdzie się kończy życzliwość, a zaczyna upierdliwość…”

Opublikowany w Co Wy na to?

Coach waść, wstydu oszczędź

Pewnie niemal każdy zna słowa tej pięknej modlitwy, którą ułożył amerykański teolog i protestancki duchowny Reinhold Niebuhr.

Boże! Proszę, daj mi siłę, abym pogodził się z tym, czego zmienić nie mogę; odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę i mądrość, abym potrafił odróżnić jedno od drugiego.

Zapytacie, co ten cytat ma wspólnego z coachingiem? Moim zdaniem jest zaprzeczeniem jego idei, bo w poradnikach coachingowych ze świecą szukać rozsądku w podejściu do życia i mądrości odróżniania tego, co zmienić można, od tego czego zmienić się nie da. Czytaj dalej „Coach waść, wstydu oszczędź”

Opublikowany w Co Wy na to?

Jak odpowiadać na głupie pytania?

Podobno nie ma głupich pytań, ale… są wyjątki od reguły. No cóż, pewnie każdy z Was choć raz w życiu usłyszał pytanie, które wprawiło go w zakłopotanie. I nie mam tu na myśli jednej z tych zagadek, które zadaje Hubert Urbański w „Milionerach”, gdzie stawką są duże pieniądze, a telefon do przyjaciela zawodzi. Chodzi mi raczej o takie sytuacje, gdzie pytanie wprawia nas w prawdziwą konfuzję, bo jest nie na miejscu.

Co mam na myśli?

Podam przykład. Jestem wysoka, więc zdarza się, że ktoś obcy, na przykład na ulicy, pyta mnie, czy gram w koszykówkę. Kiedyś odpowiadałam „nie”, myśląc, że w ten sposób zamknę temat. Najczęściej jednak mój rozmówca kontynuował wątek, twierdząc, że „zmarnowałam talent”, „powinnam jednak spróbować” albo „choć pograć w siatkówkę”, bo mam do tego „warunki”. Zdarzało mi się wdawać w polemikę i tłumaczyć, że jednak nie mam natury sportsmenki. Ale właściwie, dlaczego wdawałam się w te dyskusje? Czasem oczywiście są to miłe spotkania, ale są ciekawsze tematy to rozmów. Czytaj dalej „Jak odpowiadać na głupie pytania?”