Opublikowany w Miejsca, Nieszawa, Proza, Wspieramy

Legenda na 560 urodziny Nieszawy

Krystyna Wasilkowska-Frelichowska

Jak słowiczy śpiew wabił wodniaków

Od 1423 roku, od chwili wskazania przez Władysława Jagiełłę lokacji ich nowego patrymonium (1) , byli solą w oku torunian! Mówiono o nich krótko: „ci z Nowej” i niemal zawsze niepochlebnie, nie wymawiając całej nazwy miasta ze strachu, że jeszcze gorsze licho to obudzi. A ci z Nowej na drugim brzegu Wisły w mig założyli swą siedzibę, budowali domy na potęgę. Wciąż dymiły piece do wypalania cegieł i wapna. Wytyczali równiutkie ulice prowadzące wprost na nabrzeże, które przez lata obrosło pojemnymi spichlerzami. Torunianie z drugiego brzegu tylko zerkali jednym okiem na wielki ruch w tym sąsiadującym z nimi przeklętym mieście. I jak na złość, jakby nie istniała oddzielająca ich rzeka, dochodził do nich perlisty śmiech mieszkających tam szczęśliwych ludzi, przedostawał się na sam toruński rynek, odbijał się o ratusz i rozchodził po całym mieście, aż ludziom uszy rozsadzało do bólu.

Nieraz mieli nadzieję, kiedy na wiosnę topniały śniegi, że ta nielubiana przez nich osada spłynie przy wielkiej wodzie. Ale gdzie tam! Woda ino podchodziła pod domy i zaraz wracała do głównego nurtu.

U tych z Nowej Nieszawy nawet kościół niespodziewanie wystrzelił w górę, pyszniąc się wysoką wieżą. Na domiar złego król Jagiełło za zgodą biskupa Szafrańca przeniósł tam kolegiatę (2) św. Wita z Kruszwicy. Torunianie podstępnie wzniecili pożar kościoła i kilku domostw, ale tam, jak tylko zgliszcza ostygły, natychmiast wszystko odbudowywano. A do tego, i jak na ironię, król dał im zgodę na pobór cła po jednym groszu, a dochodziły słuchy, że brali osiem, dziesięć, dwanaście groszy. Doniesiono torunianom, że w Nowej prawo składu mają za nic, bo zmówili się z kupcami z Gdańska na omijanie przepisów handlowych. Dodatkowo nadawali tym przybyszom obywatelstwo, aby mogli kupować grunty i domy. Gdańszczanie z wdzięczności naraili tanie piwo na handel w karczmach. Ale co najgorsze, właśnie tam dobijały barki z towarem, na które bezskutecznie oczekiwano w Toruniu. I to była zasadnicza kość niezgody!

Po śmierci króla Jagiełły jego syn Kazimierz Jagiellończyk też im wyjątkowo sprzyjał. Właśnie tam chętnie przebywał, gości na nieszawskim brzegu witał i do tamtejszego dybowskiego kasztelu  (3) zapraszał. O zgrozo, doszło do tego, że akta cerekwicko-nieszawskie właśnie tam spisywał. Na domiar złego na tamtejszym zamku wydał ważny dokument zwany statutami nieszawskimi. A czy nie lepiej by brzmiały… statuty toruńskie?

Żadne dalsze napady organizowane cichcem przez torunian, podpalenia, ani plądrowania miasta nie dawały rady ich potędze. Torunianie nie mogli pojąć też tego, dlaczego Żydzi ciągnęli tam jak pszczoły do ula, a wiadomo, że ludzie ze smykałką do handlu i lichwiarstwa powodowali, że kupiectwo w Nowej kwitło. I to ci przeklęci nieszawianie stawali się wielkimi handlowcami i zamożnymi ludźmi. Nawet w Toruniu liczono się z mieszczanami zza Wisły: Andrzejem Gruczem, Maciejem Bemem, Mikołajem Grzechem czy Jakubem Wolfem. Zdarzyło się, że torunianie chcieli zwabić ich i namawiali na przeniesienie do Torunia, to na ten przykład zarozumiały Beme odpalił: „wolę drewniany dom w Nieszawie niż wasze dwa murowane w Toruniu”. Tacy byli butni, że nawet najlepszy lekarz osiedlił się na kujawskim brzegu i sam mistrz krzyżacki zawierzył mu swoje życie. Kościelny od św. Jakuba złorzeczył, że dzwon zza Wisły zagłusza ten z jego świątyni. Torunianie bali się głośno przeklinać na tych z przeciwka, bo tak jakoś bywało, że wtedy rychło dosięgało ich jakieś nieszczęście. A to spichlerz się nie zapełniał zbożem jak kiedyś, a to komuś murowaną jatkę (4) zniszczono, a to kury przestawały znosić jaja albo niespodzianie pożar wybuchł i strawił całe domostwo. A co było najdotkliwsze, niewiasty w Toruniu traciły słuch od tych wysokich dźwięków w zaśpiewach dochodzących zza rzeki.

I jak na komendę, na dowód, o czym rozmawiali, zza Wisły usłyszano pieśń weselną:

Oj, chmielu, chmielu (5), ty przepyszne ziele
A gdzie ciebie nie ma, tam smutne wesele

Nu chmielu, nu nie boże
Tu zdrów, tu nie może
Nu chmielu, nu

Żebyś ty, chmielu, na tyczki nie lazł
Nie zrobiłbyś ty z panien niewiast

Ale ty, chmielu, na tyczki włazisz
Niejedną panienkę ze świata zgładzisz

Oj chmielu, chmielu, a na tobie rosa
A ty wyprowadzisz od trzosa (6) do grosza

Oj chmielu, chmielu, a na tobie jarka
A ty wyprowadzisz od spichrza do ziarnka

Oj chmielu, chmielu, a na tobie liście
A gdzie ciebie nie ma, tam smutne zajście (7).

– To wszystko jest nie do wytrzymania! Tam muszą działać jakieś praktyki magiczne! Oni rzucają na nas czary! I to wszystko musi się skończyć! – szeptali po cichu torunianie.

Wytrzymywali ten stan rzeczy trzydzieści parę lat i zgodnie powiedzieli: „koniec naszej poniewierki przez tych przeklętych z Nowej. Od tej pory, każde spotkanie w ratuszu kończyło się postanowieniem rajców, że trzeba położyć kres tamtym a Nowej Nieszawy. W każdej gospodzie o niczym innym nie rozmawiano, tylko dały się słyszeć utyskiwania na tych zza Wisły. Układano dziesiątki planów na ich zagładę. Swoje pretensje zanosili też królowi, ale on tylko słuchał, nabierał wody w usta i ani be, ani me, ale do czasu…

W 1459 roku zbiegły się dwa wydarzenia: król wreszcie włączył się w ostrą dysputę o tych złych z Nieszawy i głośno układał plany ukrócenia panoszenia ludności z Nowej, a równocześnie w odległym Krakowie Elżbieta Rakuszanka rodziła kolejne królewskie dziecko i okazało się, że dzieciątko o imieniu Olbracht urodziło się z wieloma wyrzutami na swoim malutkim ciałku. Wszyscy zgodnie orzekli, że małego dosięgnął zawiślański urok rzucany na dziecko. Królowi zapaliła się w głowie ostrzegawcza iskierka. Czary! Klątwy! Uroki!

Torunianie, którym najbardziej zależało na unicestwieniu Nowej, obrali swoją reprezentację dla umyślenia metody, aby raz na zawsze przeklęta Nieszawa przestała istnieć. Kupcy, rzemieślnicy, rybacy i inne gildie (8) przygotowali swoich wybrańców, by opracować dobrą i skuteczną strategię. Umówili się, że w najbliższą niedzielę, kiedy zamilkną poranne dzwony w kościele św. Jakuba, spotkają się w austerii (9) przy Bramie Mostowej. Przyszli wszyscy pokrzywdzeni i rozsiedli się przy wielgachnych stołach. Piwowar Jakub Kuś zarządził wtoczenie kilku beczek piwa na rozwiązanie języków i kiedy przed wszystkimi ustawiono garnce z perlistym trunkiem, to przez dłuższy czas, zapominając, po co tu przyszli, rozkoszowali się zapachem, klarownością i musowością trunku. Wycierali pianę spod nosa i ponownie pociągali duże łyki trunku. Kiedy w kuflu było już widać dno, to głos zabrał właściciel opustoszałych spichlerzy przy ulicy Piekary – Mikołaj Wojtul. Ubrany był starannie i z cudzoziemska w bławatną szatę z wąskim kołnierzem z rysia, wykończoną purpurą. Widać skopiował model, zapatrzywszy się na strój krakowskiego handlowca, z którym za dobrych czasów ubijał interes handlowy przy swoim spichlerzu. Trzeba dodać, że przybysze zawsze byli pięknie odstrojeni, gdyż często bywali w szerokim świecie. Wojtul podniósł rękę na znak, że chce mówić. Uciszyli się niechętni, bo piwo już cudownie szumiało w ich czuprynach, więc mocno wysilił głos i powiedział:

– Musimy niezwłocznie ukrócić ich samowolne – podkreślił dobitnie – bogacenie i uprzykrzanie nam życia. – Ze strachu nie używał nazwy miasta, szukał w pamięci delikatnych i odpowiednich określeń, bo wciąż wspominał pożar swojego największego spichlerza i był przekonany, że ci z Nowej spowodowali to nieszczęście swoimi tajnymi urokami. Po chwili zastanowienia dodał: – Niech każdy, jak tu siedzi, przedstawi choć jeden przykład swoich krzywd od tamtych zza Wisły.

Podniósł się Maciej Kostur, właściciel kilku baraków przeznaczonych na skład soli, obciągnął poły żupana (10) łyczakowego (11) z ciemną stebnówką, poprawił kołnierz wysoki i głośno rozpoczął:

– Ja z moim kuzynem Jakubem Starowolskim i z za płotem mieszkającym Maciejem Gromnickim upatrzyliśmy przez kilka kolejnych dni, jak tam odbywa się wabienie tych, co płyną z towarem w dół rzeki. Każdego dnia, na przedmieściu osady powyżej rzeki, zbierają się powabne nieszawskie dziewczęta, w barwnych wiankach kwiatowych, krasnych spódnicach, siadają na brzegu rzeki i śpiewają jak jaki chór słowików. Mimo że ich okrutnie nienawidzimy, to przyznaję, że śpiewają tak pięknie, że my nawet tracimy moc w nogach, wciąż stoimy i chcemy dalej słuchać ich canto (12)  – zawiesił głos i dopowiedział ciszej: – Razu pewnego taka niemoc w nas była, że ja z moim kuzynem i panem Maciejem Gromnickim pragnęliśmy słuchać tego pięknego brzmienia najdłużej. O naszych niewiastach zapomnieliśmy i o własnych dzieciskach… Fakt, że wszystko wracało do normy, jak przestawały na jakiś czas śpiewać.

Wtórował mu Starowolski, przedstawiając najcięższy argument:

– Nic więc dziwnego, że różności, które płyną rzeką: dubasy (13) ze zbożem, flis spławiający drewno, flisacy na komięgach (14) z łasztami (15) zboża, bekami śledzi czy solą zamiast do Torunia dopływają tam, gdzie tak pięknie śpiew słychać… I jest odpowiedź na to, jak to się dzieje, że ich składy i spichlerze zapełniają się, co daje im wielkie pieniądze i bogactwo.

Te słowa podobały się wszystkim, co gromkimi brawami potwierdzili.
Inny argumentował, że ostatni pożar jego domostwa to dowód na rzucony urok.

– Bo jak inaczej mogło być? – spytał zebranych. – Deszcz lał jak z cebra, a oni zza rzeki puścili błysk, huk i zarusieńko zapalił się dach mojego domu.

Inni też wtórowali, że huk, błysk dochodził zawsze właśnie od strony Nowej. I rychło ogień buchał i trawił chałupę.

Toruńscy kramarze, pokrzykując, złorzeczyli też na tamtych, że towar nie idzie, mięso się psuje i muszą zakopywać. Ubolewali, że stragany niszczeją opustoszałe. Przedstawiciel z cechu szewców wyłożył następne dowody, że szewcy nie sprzedają i nawet nie reperują już obuwia przyjezdnych płynących z góry rzeki. Piekarze, co dobry chleb wypiekali, wtórowali w swojej sprawie, a piernikarze ze łzami w oczach dowodzili, że w Nowej pierniki pieką i wabią na potęgę – dodają korzenne łakocie do każdego kufla piwa.

Główny lekarz Jan Maier, podpierający się laską dereniową z gałką u wierzchu, na chwiejnych nogach – czemu zawiniło morze piwa – podszedł do Mikołaja Wojtulasa, na znak solidarności poklepał go po ramieniu i cichym głosem zaproponował dostarczenie toksykantu (16), jedynego sposobu na wytrucie znienawidzonych tamtych. Ci z brzegu, co wszystko usłyszeli, mieli miny świadczące, że ta propozycja zdobędzie ogromny aplauz, ale za chwilę i na nich przyszło opamiętanie i wielki strach przed karą z niebios. Nawet doktor Maier zwątpił w swój genialny pomysł.

Ostatni przemawiał właściciel gospody murarskiej Michał Cera. Wyłożył swoje żale, że kiedyś to w jego gospodzie trudno było o miejsce przy stole i dowodził:

– Dzień w dzień połówki świnek przerabiałem dla miejscowych i dla wodniaków, całe połcie słoniny wędzonej kupowali flisacy, smalczyk ze skwarkami topiłem i w garnkach nastawiałem na stół. Beki ogórków kisiłem na zagrychę, a mój parobek nie nadążał donosić bochnów chleba. Serce mi rosło, jak w beczkach wina i piwa co rusz musiałem czopy (17) wybijać. A teraz co? Teraz to najliczniejszymi gośćmi są myszy, co bezkarnie się goszczą, ucztują, baraszkują i na nocleg na poddaszu się kładą…

Zebrani parsknęli gromkim śmiechem, każdy na swój sposób wyobrażał sobie te myszy za stołem i wyjadające wiktuały, albo też smacznie śpiące w wyrkach dla gości. Nagle uciszyło się i jak na komendę spoważnieli wszyscy.

Mikołaj Wojtulas podniósł się z ławy, zerwał czapkę z głowy i położył na stole.

– Jak widzę, to wszystkich żale już wysłuchaliśmy, więc teraz trzeba umyślić plan dalszego działania. Decydujemy i postanawiamy wysłać do króla tęgie poselstwo torunian na audiencję. Zgoda?

Wszyscy gromkim głosem potwierdzili ten plan. I tak też się stało! Torunianie, jakby przeczuwali pomyślne załatwienie sprawy, w podzięce nanosili do królewskiej komnaty paradnej moc najprzedniejszych towarów. Wielkie bele cudnej jakości kolorowych jedwabi i dziesiątki łokci (18) pięknych aksamitów (19). Skrzynie pierników lukrowanych i sucharków pszennych. Mięsa peklowane i wędzone, skrzynkę wielgachnych łososi. Na końcu kuferek z kilkoma parami butów na monarsze nogi i wiele innych różności. Ci najbardziej pokrzywdzeni osobiście stanęli przed monarchą, głosząc swoje krzywdy, których król z uwagą wysłuchał i przyjął wszystkie argumenty. Wszak przypomniał sobie swojego synka, niebożątko urodzone tamtej zimy – Olbrachcika popstrzonego pypciami na twarzy… I zestrachał się, również tym, że musi sprawę załatwić, bo w innym wypadku udział wściekłych torunian w wojnie z Krzyżakami też może być pod znakiem zapytania….

Poselstwo wyczuło moment zawahania i gromkim krzykiem dalej wymuszało:

– Królu, zniszcz Nieszawę. Zniszcz!
I tak po trzykroć zakrzyknęli.

Monarcha bez słowa wezwał pisarza królewskiego Tomasza Trompczyńskiego i wystawił dokument z rozkazem natychmiastowego unicestwienia Nowej Nieszawy! Pisarz pogrubił równiutkie litery: Miasto zrównać z ziemią, a ludzie niech idą precz!

Król dodał na zakończenie:
– Gdybym ja tego nie dopilnował, możecie sami pomścić swoje straty i zniszczyć to miasto!

Zabrzmiało to tak, jakby sam nie chciał mieć tego na sumieniu…

Kiedy Kazimierz Jagiellończyk został sam w komnacie, zdjął koronę, zrzucił wierzchnią szatę, buty zsunął z nóg, usiadł w fotelu i zamyślił się głęboko. I jakoś zrobiło mu się smutno, że wydał okrutny wyrok na całkiem, całkiem obrotnych, postępowych, pomysłowych i pracowitych ludzi z Nowej Nieszawy. Pomyślał, że sam chętnie popatrzyłby na urodę i posłuchał wabiącego śpiewu pięknych nieszawskich dziewcząt. Rozmarzył się, a że był zmęczony całym dniem to rychło dosięgnął go kamienny sen.

Świt nie przyniósł ulgi dla króla, nie jadł i nie pił wcale, choć stół był zastawiony smakowitościami. Nawet wspaniałe dary torunian nie cieszyły władcy. Dopiero koło południa nadeszła wspaniała wiadomość o kolejnym stanie błogosławionym jego małżonki, która rozjaśniła zasmuconą twarz. Ale wówczas, ponownie rozbłysła w królewskiej głowie ostrzegawcza iskierka.

– Co mi przyszło do głowy być takim niegodziwym? Kazać miasto zrównać z ziemią, a ludzi przepędzić na cztery wiatry? Źle zrobiłem, bardzo źle! Jeszcze urok jakiś rzucą…

***
Dwa dni później, to jest 24 września 1460 roku, ponownie wezwał pisarza i podyktował dokument określający konkretne dla nieszawian położenie – wskazał teren wyludnionej wsi królewskiej Rozkydalino i dużo korzystnych praw dla nowo zakładanego miasta.

Powstało ono cztery mile w górę Wisły i przybrało dumną nazwę: Nieszawa! Jak wieść niesie, ci z Nowej, jak na złość torunianom, ładowali swój dobytek na czółna i płynęli w górę Wisły przy wtórze perlistego śmiechu, śpiewów, w przeświadczeniu, że nowe miejsce stworzy im jeszcze lepsze warunki do założenia miasta, lepszego handlu, gdyż cztery mile to bardzo daleko od zazdrosnych sąsiadów.

Tekst został wyróżniony w konkursie literackim na „Nową legendę toruńską”, organizowanym przez Wojewódzką Bibliotekę Publiczną – Książnica Kopernikańska w Toruniu.

Przypisy

[1] Patrymonium – terytorialna jednostka feudalna, w której rolę właściciela i opiekuna sprawuje jedna osoba lub jej ród.

[2] Kolegiata – kościół niebędący katedrą z kapitułą kanoników.

[3] Kasztel – nieduża twierdza, warowny zamek, gród, który zajmował przedstawiciel władzy, lub warownia, forteca.

[4] Jatka – sklep mięsny.

[5] Chmiel – nie tylko roślina związana z browarnictwem, lecz także środek o cennych właściwościach leczniczych.

[6] Trzos – woreczek na pieniądze, sakwa, kiesa.

[7] Najstarsza ze znanych pieśni weselnych.

[8] Gildia – określenie średniowiecznych stowarzyszeń kupieckich i rzemieślniczych.

[9] Austeria – karczma

[10] Żupan – staropolski ubiór męski.

[11] Łyczakowy  – wyrób z włókien, czyli łyków konopnych.

[12] Canto – śpiew.

[13] Dubas – staropolski statek rzeczny wiosłowo-żaglowy do przewożenia towarów.

[14] Komięga – statek rzeczny do jednorazowego spływu z biegiem rzeki, głównie do spławiania zboża; używany do XIX wieku.

[15] Łaszt – dawna miara objętości ciał sypkich, zwłaszcza zboża.

[16] Toksykant – środek trujący.

[17] Czopy – zatyczki do beczek.

[18] Łokieć – jednostka miary. Tradycyjna europejska miara łokcia nawiązywała do średniej długości ręki od stawu łokciowego do końca palca środkowego. Dzielił się najczęściej na 2 stopy albo 24 cale.

[19] Aksamit – tkanina bawełniana lub jedwabna z krótką okrywą włosową.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.