Opublikowany w Miejsca, Nieszawa

Wszystkie drogi prowadzą do Nieszawy? Niekoniecznie.

– Dokąd ten autobus?

– Do Niszawy.

– Kiedy ma odjazd?

– Punkt dziesiąta[1].

Od kilku dni ta krótka wymiana zdań z „Całej jaskrawości” Edwarda Stachury odtwarza mi się w pamięci jak mantra. Książkowa „Niszawa”, moja Nieszawa, nigdy nie była zbyt dobrze skomunikowana z resztą świata. Może nie licząc zamierzchłych czasów, gdy Wisła była szlakiem handlowym i podróżniczym. Moje miasto,  które ominął trakt kolejowy (podobno okoliczni mieszkańcy bali się, że krowy przestaną dawać mleko), położona niespełna dwadzieścia kilometrów od autostrady A1, dziesięć od Ciechocinka, około 30 od Torunia jest dziś samotną enklawą odciętą od cywilizacji.

Przez Nieszawę przejeżdżają nieliczne autobusy. Jest pięć kursów do pobliskiego uzdrowiska, z czego trzy o bladym świcie, jeden do grodu Kopernika, trzy do Włocławka. Nie lepiej jest z połączeniami powrotnymi. Taki stan rzeczy nie podoba się mieszkańcom, którzy nie mogą swobodnie przemieszczać się po okolicy – choćby po to, żeby dojechać do pracy, zrobić zakupy w Ciechocinku, albo skorzystać z tamtejszych, słynnych na całą Polskę, walorów uzdrowiskowych czy rehabilitacji. Stratni są też potencjalni turyści, którzy nie mają, jak się dostać do Nieszawy, aby podziwiać urodę wędrującego miasta.

Oczywiście wielu mieszkańców jest zmotoryzowanych. Główna arteria miasteczka tak dokładnie zastawiona samochodami, że mam kłopot z zaparkowaniem pod rodzinnym domem, a w „godzinach szczytu” zdarza się, że ktoś robiący zakupy w jedynym w tej okolicy sklepie mięsnym zastawia nawet wjazd do „mojej” uliczki. Godzę się z tym milcząco, choć drażni mnie bezmyślność. Jestem przekonana, że komunikacyjne wykluczenie najbardziej dotyka w Nieszawie osób starszych, a tych jest przecież najwięcej.

Szare serce miasta

Rynek był obsadzony lipami. Lipowy kwiat dawno już zebrany i spadły, a więc nie od niego uderzające, mimo też bliskości rzeki – stało na rynku powietrze. Niezwyczajnie ciepło było jak na tę drugą połowę października. Upał wprost. Wręcz nic tylko upał. Jak mówi Witek słyszało się słoneczne zegary i rozmowy w ogrodach botanicznych. Których w tej okolicy nie było[2].

Bardzo lubię ten cytat z pierwszej powieści Stachury, bo oddaje magię nieszawskiego rynku. Jego słoneczną, zapomnianą dziś, stronę. Ryneczek, który urzekł poetę Steda, od zawsze zachwycał też filmowców. To w nieszawskich plenerach kręcono komedię „Wiosna panie sierżancie”, „Balladę o Piotrowskim” i „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy”.

Rynek

Niedługo zaczną się zdjęcia do najnowszego obrazu Wojciecha Smarzowskiego, okrytego nimbem tajemnicy, który ma być podobno kontynuacją jego kultowego „Wesela”. Na rynku od kilku tygodni wre praca – budowane są scenografie do filmu. Ekipa „górali” jak fachowców nazywają miejscowi, wzbudza ogóle zainteresowanie i sympatię. Pracujące od rana do wieczora elektryczne piły nikogo tutaj nie irytują, bo pierwszy raz od lat przecinają ciszę i marazm. Sfatygowane, nadszarpnięte zębem czasu, nieszawskie domy po raz kolejny okazują się idealnym tłem dla filmowców. Zdjęcia do filmu rozpoczną się już w połowie sierpnia. Z tego, że Nieszawa znów zostanie uwieczniona na taśmie, a do osady zjadą się znane z pierwszych stron gazet gwiazdy, cieszą się mieszkańcy. Słychać jednak głosy, że pewnie to chwilowe zainteresowanie filmowców, niewiele w miasteczku zmieni.

Nieszawa -plan filmowy.
Nieszawski rynek – budowa scenografii do najnowszego filmu Wojciecha Smarzowskiego.

– Nakręcą, zabiorą dekoracje, które teraz zakrywają burotę i tyle będzie tej sławy – mówi mi jeden z mieszkańców. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Rzeczywiście, poprzednie produkcje nie przyniosły Nieszawie rozgłosu. Ale i w miasteczku ani śladu po tych przedsięwzięciach – nazwy ulicy nawiązującej do któregoś z filmów, pamiątkowej tablicy, czy choćby symbolicznej ławeczki. Tymczasem w pobliskim Ciechocinku wmurowana jest w deptak gwiazda „Excentryków” – tak niewiele, a cieszy. Kiedy próbuję sprzedać pomysł z promocją miasta, słyszę od znajomego: – Taką ławeczkę to zaraz ktoś zepsuje. Nie daję temu wiary, ale rozmowy nie chce mi się już kontynuować.

Ci co zostali, ci co wyjechali…

Tutaj jestem, gdzie byłem, gdzie się urodziłem. Tu się wychowałem i tutaj zostałem. Mogłem jechać, wyjechać i stąd się oddalić, ale jednak zostałem z tymi, co zostali. (Michał Zabłocki)

Nie mogę się podpisać pod słowami poety i autora piosenek, dlatego staram się nie oceniać dzisiejszej Nieszawy. Powstrzymywanie się od osądów to od jakiegoś czasu moja codzienna praktyka w każdej dziedzinie życia. Nie zawsze mi to wychodzi, ale się staram. Obserwując dyskusje Nieszawian choćby na facebookowych stronach widać polaryzację. Wypowiadają się ci, którzy wyjechali, z oddali tęsknią za Arkadią dzieciństwa czy lat młodości, niektórzy zachowali piękne, wyidealizowane wspomnienia i to im wystarcza, inni narzekają, że „ich” Nieszawa popadła w ruinę. Są też głosy mieszkańców – jedne pełne zrozumienia dla trudnej sytuacji miasteczka, inne pełne goryczy. Ci pierwsi mają pretensję, do tych, co zostali, że za mało robią dla osady, z kolei niektórzy miejscowi mają żal do tych, co wyemigrowali za innym, ciekawszym, może lepszym życiem. – Wracajcie, jak tacy jesteście mądrzy – czytam na jednym z fanpage’ów.

Sama wyjechałam z Nieszawy jakieś 17 lat temu. Był we mnie ogromny imperatyw, żeby to zrobić. Miałam poczucie, że nie pasuję do tego miejsca, ale dostawałam też sygnały, że tak jest w istocie. W jakiś sposób odstawałam od tej społeczności. Kiedy zaczęłam moją przygodę z dziennikarstwem, pisząc swoje pierwsze teksty dla Gazety Pomorskiej, także te dotyczące Nieszawy, czasem ukazujące też jej słaby strony, słyszałam, że „nie kala się własnego gniazda”. Zawsze wtedy odpowiadałam za C.K. Norwidem: Czy ten ptak kala gniazdo, co je kala, Czy ten, co mówić o tym nie pozwala? Mówienie własnym głosem nie przez wszystkich poczytywane było jako jednak jak zaleta. Promowano natomiast przyłączenie się do zgodnego chóru. Nie żałuję jednak, że pozostałam przy własnym zdaniu.Nieszawa_naszemiasto

Poza tym, w cichej Nieszawie trudno mi też było zagłuszyć własny, młodzieńczy egzystencjalny niepokój. Warszawa, z której pochodzili moi pradziadkowie, a o której tyle słyszałam jako dziecko od babci, była oczywistym wyborem. Wiem zresztą, że moja babcia Janina też nigdy nie poczuła się w Nieszawie jak u siebie. Inaczej niż moja mama, Krystyna Wasilkowska-Frelichowska, która Nieszawę darzy miłością bezwarunkową, choć obie wiemy, że to uczucie nie zawsze było odwzajemnione i też przechodziło swoje kryzysy.

Nieszawo, gdy Cię nie widzę…

…nie wzdycham nie płaczę. Nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę/ Jednakże gdy cię długo nie oglądam/ Czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam/ I tęskniąc sobie zadaję pytanie/ Czy to jest przyjaźń? czy to jest kochanie? – można rzec,  parafrazując pierwsze słowa piosenki Marka Grechuty.

Przez pierwsze lata emigracji, także wewnętrznej, niechętnie powracałam do Nieszawy. Brakowało też na to czasu. Napisałabym, że zajęta byłam zbyt karierą, ale i to słowo w moim słowniku wreszcie zredefiniowałam i dziś nie ma dla mnie takiego znaczenia jak dawniej. Tak czy inaczej – miasteczko odwiedzałam rzadko, ale pisząc teraz te słowa, uzmysłowiłam sobie, że bardzo często w czasie tych pierwszych lat w stolicy poruszałam temat Nieszawy w moich miniaturach prozatorskich – tych opublikowanych potem w miesięczniku Akant, czy „Nieszawskim kalejdoskopie”. To były takie małe impresje – stop klatki, dotyczące domu rodzinnego, porywów młodości – cokolwiek to znaczy.

Nieszawa
Nieszawskie zaułki

Teraz częściej bywam w Nieszawie, a każda wyprawa do mojego miasteczka niesie jakąś bliżej nieokreśloną nadzieję. Chyba liczę na to, że tam, gdzie się wychowałam doznam jakiejś iluminacji – podobnej do tej, którą przeżył Stachura na wzgórzach pobliskiego Przypustu. A może odpowiedzi przypłyną do mnie z przyszłości, w postaci tajemnych zajączków światła na ścianie, literek z alfabetu Morsa, układających się w słowa, choć pewnie po prostu za dużo naoglądałam się filmów takich jak mój ulubiony „Interstellar”. Oprócz moich osobistych pragnień, mam też nadzieję, że Nieszawa się wreszcie przebudzi i podobnie jak ja dozna iluminacji. Oczekiwania jednak za każdym razem zderzają się z rzeczywistością, drobnymi, ale istotnymi rzeczami utrudniającymi codzienność. Brakiem połączeń autobusowych, gazu, miejsca do parkowania pod własnym domem, niewykończonego od lat wjazdu do „mojej” uliczki, przez który można uszkodzić podwozie, zapachu palonego plastyku, nawet w ciepłe dni, bo pewnie niektórzy, przepalają w piecach CO, żeby podgrzać wodę.

Niedawno w Nieszawie byłam prawie miesiąc, pracując zdalnie, więc na odkrywanie jej uroków nie było czasu. Praca w redakcji jest bardzo absorbująca, w wolnych chwilach oddawałam się temu, co było moją wielką miłością dwadzieścia lat temu – rysowaniu i malowaniu, pomogłam też mamie posprzątać dom, odmalowałam łazienkę i herbaciarnię. Pod koniec pobytu poczułam, że mogłabym tu jeszcze pobyć i bywać tu częściej i dłużej. Czasy się zmieniają, praca zdalna umożliwia mobilność. Warto wziąć to pod uwagę, myśląc o rewitalizacji miasta – chętnych do obcowania z naturą, wyciszenia się z dala od zgiełku miasta, będzie coraz więcej.

Efekt motyla

Obiecałam sobie, że niedługo znów przyjdę do Nieszawy i może pobędę tu dłuższą chwilę. Tymczasem wdzięczna jestem tym, co zostali i robią małe – wielkie gesty, by w miasteczku żyło się lepiej. Nie będę ich wymieniać z imienia i nazwiska, ale dla mnie są to te osoby, które robią coś dobrego z potrzeby serca, a nie z obowiązku czy urzędu. To mogą być drobne rzeczy – piękne zdjęcia nietypowych zakątków Nieszawy albo te robione z drona, niestrudzone dokumentowanie codzienności, ale też dokarmianie nieszawskich kotów i dbanie o ich dobrostan, miłe słowa wypowiedziane w przejściu, zainteresowanie się, co u nas dobrego, które okazuje dawno niewidziana osoba. Pewnie jest takich gestów więcej, ale piszę o tych, na które zwróciłam uwagę. Zmiana świata zaczyna się od nas samych i… od małych rzeczy. Zacznijmy zmieniać naszą małą Nieszawę od własnego podwórka, ulicy, zakątka. A potem może zadziała efekt motyla.

[1] Edward Stachura, Cała jaskrawość, [W:] Powieści, Warszawa, 1984, s. 71.

[2] Edward Stachura, Cała jaskrawość, [W:] Powieści, Warszawa, 1984, s. 71.

Nieszawa_detale

Fot. Kinga Frelichowska. Fot. z drona Pan Alter Ego

Jedna myśl na temat “Wszystkie drogi prowadzą do Nieszawy? Niekoniecznie.

  1. Bardzo ciekawy tekst, też pochodzę z takiego małego miasteczka, więc twoje przemyślenia do mnie wyjątkowo dobrze trafiają.

Dodaj komentarz

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.