Opublikowany w Proza

Subiektywna mapa Warszawy

Witek czaił się za rogiem. Jak kot albo ktoś ścigany. Jak zawsze przyczajony i gotowy do skoku lub ucieczki. Ale wyglądał inaczej niż dawniej. Miał krótsze włosy ufryzowane jakąś błyszczącą pomadą i jasną, idealnie odprasowaną koszulę w kobaltową kratkę. Tak, widać ingerencję kobiety. Żadnych śladów olejnych farb na spodniach, skórzanych bransoletek na nadgarstkach, czy spranej bandany na szyi. Witek doszorowany, wymuskany i wystylizowany. Jakby wysterylizowany. Artystyczny nieład zamienił na stonowaną, zapożyczoną elegancję. Ale widać było, że dobrze się czuje w tym nowym uniformie. Alina poczuła coś w rodzaju zawodu, rozczarowania, ale szybko przywołała się do porządku.

— Nowy, lepszy Witek — przywitała go z uśmiechem.

— A ty jak zwykle kąśliwa — przygarnął ją do siebie, ucałował w policzek
i pociągnął za ramię.

— Oj, nie tak szybko…

— Chodź Alina, pójdziemy w nasze miejsce.

— To my mamy „nasze miejsce” …

— Żeby to jedno!

— No jasne.

Minął ich autobus 180. Witek złapał ją za łokieć i przyśpieszył kroku. Alina nawet nie zauważyła, kiedy zaczęli biec. Witek wskoczył do autobusu i podał jej rękę.

— Wskakuj, szybko.

— Witek, ja nie mam biletu.

— Daj spokój, przejedziemy ze dwa przystanki — powiedział, nie puszczając jej ręki.

Alina niechętnie weszła na stopień autobusu. Drzwi się zamknęły, a Witek włożył dłonie między poły jej prochowca i mocno ją do siebie przytulił. Tłok w autobusie mu nie przeszkadzał, a może nawet ośmielał, bo lewą ręką błądził po jej plecach. Patrzył na nią przymglonymi oczami słodkiego szczeniaka. Nachylił się do niej i odgarnął kosmyk jasnych włosów, dotknął ustami płatka jej ucha i prawie bezgłośnie szepnął: „Tęskniłem”. Pachniał przypalonym mlekiem.

Wysiedli na Krakowskim Przedmieściu. Kiedy mijali Hotel Europejski, Witek powiedział: „Jednego naszego miejsca już nie ma”.

—  „Zakąski Przekąski”? — zapytała.

— Pamiętasz? Byliśmy tam raz…

— I o ten jeden raz za dużo.

— Psujesz atmosferę — powiedział poirytowany Witek, chwycił Alinę mocno za rękę i gwałtownie skręcił w Ossolińskich. Nie mogła za nim nadążyć. Próbowała się wyrwać, ale nie chciał jej puścić. Trzymał ją tak mocno, że czuła, jak zaczyna drętwieć jej ręka. Witek zwolnił dopiero, kiedy minęli Plac Marszałka Piłsudskiego. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza akurat była zmiana warty. Witek uwolnił uścisk, przystanął i patrzył przez chwilę na to widowisko. A potem chciał znów wziąć Alinę za rękę, ale ona ostentacyjnie włożyła ją do kieszeni płaszcza, więc objął ją w pół i powiedział:

— Chodźmy do parku. Odnajdziemy naszą ławeczkę.

— Witek, nie ma żadnej „naszej ławeczki”.

— Jest.

— Nigdy jej nie było.

— Była!

— Mogła być.

— Znajdziemy nowe nasze miejsce.

— Nie bądź dzieckiem, Witek.

16 myśli na temat “Subiektywna mapa Warszawy

  1. Podoba mi się, jak w prosty sposób jest to napisane, a jednocześnie czuć w tym jakąś energię. Miłości, dzieciństwa, niewinności i wolności. Zaprzeczenie warszawskiego stylu życia.

  2. Świetnie się Ciebie czyta, pomyślałam sobie że często tak żyjemy przeszłością, tym co kiedyś było nasze, uporczywie trzymamy się tego, co znamy, choć my już dawno jesteśmy inni.

  3. Trochę opowieści w relaksie na mieście. Fajne w Warszawie mam mało ulubionych miejsc, ale to raczej z powodu czasu zamieszkania….:)

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.