Opublikowany w #4, FACEtownik

Opowiadania o miłości – FACEtownik

Doktorek miał na sobie zbyt duży kitel. Kiedy wstawał, długie białe rękawy zupełnie zakrywały mu dłonie. Stanął przed Kaśką w bezpiecznej odległości i świsnął przed oczami drewnianą szpatułką. Poły fartucha pofrunęły do góry. Wyglądał jak dyrygent, ale zamiast batuty miał… patyk od lodów.

— Proszę otworzyć usta i powiedzieć „a” — rozbujał się i stanął na palcach. Przechylił głowę i wydał kolejną komendę: — Teraz „i”. Taaa… Czerwone! — zawyrokował. I dodał: — Rozpinamy bluzeczkę. A teraz staniczek, żeby można było swobodniej oddychać.

Kaśka pomyślała, że może w ogóle nie powinna nosić stanika, skoro tak bardzo utrudnia oddychanie. Kiedy rozpinała guziczki, jego telefon komórkowy zaczął kręcić się po blacie biurka w rytm latynoskiej muzyki.

— Ożesz. Akurat teraz. Przepraszam, muszę odebrać — powiedział.

Pofrunął do biurka. Kaśka przysłoniła dekolt i usiadła na stołku. Doktorek — jak wynikało z kontekstu rozmowy — prowadził dialog z działem IT i klął jak szewc. Przekonywał jakiegoś komputerowego speca po drugiej stronie łącza, że system „nie widzi” ani jego — to znaczy doktorka, ani tym bardziej jego pacjentów. Uśmiechał się przy tym do Kaśki i przepraszająco kiwał głową. Kiedy skończył rozmowę, wystrzelił:

— Pani jest Wężem!

Choć to, co powiedział było zupełnie absurdalne, Kaśka odruchowo przytaknęła. Tak, według chińskiej astrologii była Wężem.

— A ja Smokiem! Z Wężem tworzę idealną parę – ucieszył się. I dodał: — Ale to już wszystko jest jasne, dlaczego pani ciągle taka zmęczona, bez sił. Bingo! Węże po prostu takie są — pasywne! Taką mają naturę. Pani żywioł to ogień…

Kaśka czuła, że oczy robią jej się okrągłe jak spodki. Ten facet to wariat. Kolejny. Nawet zwykła wizyta z katarem i gorączką zamienia się w psychodeliczną randkę. Doktorek Ukryty Smok patrzył na nią z coraz większą sympatią. I czułością.

— Na te zatoki zapiszę pani antybiotyk. A teatralnym szeptem dodał: — Ale najlepiej jak kupi sobie pani imbir i zrobi miksturę z miodem i cytryną. O, i żeń-szeń też nie zaszkodzi. Zapiszę na recepcie jak przyrządzić te specyfiki. Musi pani wiedzieć, że kilka lat spędziłem w tybetańskim klasztorze. Kaśka uniosła brwi i usiadła głębiej na krześle. Facet nie zamierzał skończyć na zwyczajnym wypisaniu recepty. O nie. On chciał się zwierzyć. Opowiedzieć swoją historię. A zatem…

Doktorka portret własny

…doktorek ma 44 lata. Czterdzieści i cztery. To takie tragiczne. Mickiewiczowskie. Ale dobrze się trzyma. Ten doktorek. Nie Mickiewicz. Fakt. Jak chłopczyk, który bawi się lekarza. Zagubiony taki. I szuka dziewczyny. Tak. Dziew-czy-ny. Ale same głupie się mu trafiają. A on chce nor-mal-nej. Był już w wielu związkach. W wielu! I nic. Lipa. Najlepiej by mu było z Wężem. Nawet jednego takiego idealnego poznał w czasie podróży po Tybecie. Ale niestety, to mężczyzna. Nie, nie jest homofobem — po prostu woli kobiety. No i interesuje się medycynę tybetańską. Stąd znajomość znaków i żywiołów. Stąd pewność, że Węże pasywne, a ich żywioł to metal. Stąd przekonanie, że najlepszy związek to tylko z Wężem. Albo z Małpą. Doktorek uważa, że jest jakiś totalny kryzys męskości. (Kryzys męskości? Jaki kryzys – pomyślała z przekąsem Kaśka).

— A w horoskopie zachodnim, czym pani jest… O… Rakiem. No i wszystko jasne. Jak słońce. A właściwie jak księżyc, bo to patron Raczków. Wąż pasywny. Rak pasywny. Jak ktoś panią podrywa, to pani ucieka. A kiedy pani uwodzi, to tych jeszcze bardziej od siebie pasywnych i wtedy oni uciekają przed panią. I koło się zamyka. Ot życie — skwitował.

— To ja już dziękuję. Za te porady. I w ogóle. Kupię ten imbir, i żeń-szeń, i może nawet dwie tybetańskie misy. Widzenia… — wybrzdąkała Kaśka i zamknęła za sobą drzwi gabinetu. I wtedy zauważyła, że nie było na nich żadnej tabliczki z nazwiskiem. Czy Doktorek Ukryty Smok istniał, czy tylko jej się przyśnił, skoro nie było go też w komputerowym systemie?

Chór: Ohoho, ohoho… Ty to masz dziewczyno.

Mama: Przecież on zajrzał w twoją kartę. Tam jest twoja data urodzenia. A ty głupia myślałaś, że czyta ci z oczuuuuu. Nic bardziej błędnegoooo. To nie jasnowidz, ale oszołom. Om Om. Om. Om.


Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. 

5 myśli na temat “Opowiadania o miłości – FACEtownik

Odpowiedz na „geewayAnuluj pisanie odpowiedzi