Opublikowany w #3, FACEtownik

Gdzie są te jednorożce?

Gdzie są te jednorożce?— Najlepiej się to robi palcami. Można sobie, co prawda, skórę rozciąć, jak się trafi na jakiś ostry kant… Ale palcówka, mówię pani, to jest to co lubię najbardziej — powiedział pan Mietek.  I wskazującym palcem — o tym – zademonstrował pokryty białą mazią opuszek… o tym najszybciej się trafia do rowka. I fuga pierwsza klasa wychodzi – dokończył wykład z wysiłkiem i maznął porcję białej fugi między wrzosowymi kafelkami. Oczy wychodziły mu na wierzch i widać było, że jest już bardzo tym wszystkim zmęczony. Asmatyk, który podejmuje się położenia terakoty i zrobienia gładzi na ścianach sporego mieszkania wykazuje się prawdziwym heroizmem. Kaśka patrzyła na niego i czuła się podle. Jeżu! Bardzo podle. A wszystko dlatego, że chciała wyremontować mieszkanie prawie za darmoszkę i mieć jeszcze kasę na wyjazd na Kretę. Tymczasem on chciał parę groszy dorobić, więc raz dziennie, po totalnym zapyleniu organizmu, jechał do szpitala po dawkę hydrokortyzonu. Otrząsnęła się z zamyślenia i ryknęła:

— Panie Mietku, tutaj nie jest jeszcze domalowane. Między płytkami a szafką —wskazała ręką niedoróbkę.

— Jak nie jest domalowane, to musiało się szafką porysować przy wieszaniu — skwitował.

— Nie porysowało się, tylko pan nie pomalował.

— Właśnie, że pomalowałam…

—Panie Mietku, niech pan poda mi ten pędzel, sama pomaluję.

— A proszę, proszę, niech se pomaluje…

Pan Mietek ledwo dychał. Wszystkie soki wypijała z niego żona. „Ona jest trudna” mawiał pan Mietek. I dodawał, że mu oddychać nawet nie daje. I była to prawda, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że pan Mietek nie mógł złapać powietrza, ciągle się dusił i nosił w kieszeni spodni inhalator? Żona działała na niego jak energetyczny wampir i boa dusiciel. Pan Mietek ukrywał się przed nią jak mógł. Wyłączał telefon, obmyślał różne kłamstwa, byle tylko jak najmniej przebywać ze swoją małżonką.

Ploteczki u fryzjerki

Miejscowa kurewka przeparadowała pod oknami salonu fryzjerskiego. To znaczy nie wiadomo, czy w istocie była dziwką. Ale ta dziewczyna to kwintesencja miejscowych wyobrażeń na temat kobiety rozwiązłej. Odziana w za ciasne, zbyt krótkie szorty i obcisłą brokatową bluzeczkę wyglądała jak prawdziwy lachon. W spojrzeniu miała coś nieprawdopodobnie zblazowanego i zaczepnego. Kilka tandetnych tatuaży na jej ciele nadawało jej wojowniczy wygląd.  Co chwilę poprawiała sobie biust. Robiła to zdecydowanym ruchem, biorąc jednocześnie obie piersi w dłonie i podrzucając je do góry. Ten gest mógł drażnić inne kobiety.

 I drażnił.

— Ta to ma tych tatuaży…

— Ehe… — fryzjerka tylko groźnie warknęła. I w tym gardłowym mruknięciu było wszystko: odraza, zniechęcenie, oburzenie i wzburzenie. Na taką lafiryndę szkoda słów… Lepiej ją przemilczeć.

— Aguniu, a ta fryzura to mi do jutra aby się utrzyma?

— Utrzyma, utrzyma. No chyba, że pod prysznic z nią wleziesz. O której jutro macie ten występ?

— Po sumie. Ale wiesz kochana, ja to nie wiem, czy się nie wypiszę z tego chóru.

— A to czemu?

— E, no nie chce mi się. I tenorów nie mamy, same basy.

— Jak to?

— Ano tak! Tenory powymierały.

— Jak powymierały, to pewnie,  wypisz się. Bez tenorów to żaden chór.

Poranek

Rytm poranka wystukują te same sytuacje. Kwaśnawy smak kawy parzonej na włoską modłę w kafeterce, choć w ukochanej Italii nigdy się nie było. Gęsty grecki jogurt ze złotym miodem. Dużo lepszy od tego smakowanego na Krecie, która okazała się bardziej rozgrzaną jak patelnia Ukrainą, niż Grecją.

Trzeba się dźwignąć, by wyjść między ludzi. Żmudna reanimacja. Za nowymi oknami, nowi sąsiedzi zadziwiają. Tęga starsza kobieta otwiera co rano przeszklone balkonowe drzwi. Potem wycofuje się w głąb mieszkania i krząta się w nocnej koszuli po salonie. Jakiś mężczyzna z plackiem łysiny pośrodku głowy wychodzi na balkon. Ubrany w slipki i T-shirt siada na fotelu z gazetą i zapala papierosa. Może mieć około pięćdziesięciu lat, ale kto wie, ile ma naprawdę. Kaśka zastanawia się, czy jest synem tej zwalistej kobiety. Jeśli nie synem, to kim? Dalekim krewniakiem? A może kuzynem. Czym się zajmuje? Poranki ma długie, leniwe, niepośpieszne. Może pracuje w domu? A może nie musi pracować…

Od czasu do czasu na ich tarasie pojawia się pranie. Lichy, pojedynczy sznurek rozciągnięty jest od boku do boku przy chromoniklowej balustradzie, tuż przy tafli szkła. Bo balkon, jak na te z apartamentowców przystało, oszklony cały. Kaśka nie zauważyła jeszcze, kto to pranie wiesza. Czy to ta kariatyda prastara, czy to ten jej syn — nie syn Nic Nie Rób. Ale jakaś niewidzialna ręka zawiesza na tym lichym sznurku rząd bawełnianych koszulek, slipek albo skarpet. I tak się toczy ich życie dla Kaśki widoczne. Tyle co zza szyb. Między wstawaniem, spaniem, otwieraniem balkonu, leniwą krzątaniną, zapaleniem papierosa, przejrzeniem gazety.

Czy to miłość?

— Ale ja tu o obcym życiu, a w moim — w antrakcie, między sceną, a sceną, aktem, a aktem — tyle ciekawych rzeczy – myśli bezgłośnie Kaśka.

Jego mono sylaby wyczekiwane i wreszcie rozmowa z waleniem serca w gardle, bo głos Pana Z Innej-Nie Bajki jest w słuchawce. I uspokojenie — on żyje, nie porwali go kosmici, terroryści, sataniści. Już dobrze, już dobrze.

— Tak kochanie. Bez zmian, dobrze, cudownie. Naprawdę? Awdę. Nie jestem zła. No co ty. Mam tyle spraw. Nawet nie zauważyłam. Nie dzwoniłeś? Dzwoniłeś, tylko nie pamiętasz. Bez przerwy dzwonisz. No jak, czym? Trzeszczysz mi, trzeszczysz mi w telefonie. O, teraz dobrze. Mhm, mhm… Hahaha hehe, opowiadaj, opowiadaj. Nie, nie jestem w wannie. Myję naczynia. Tak, nie przeszkadzaj sobie, myj też. O jak u ciebie chlupie – mówi Kaśka.

I zastanawia się jak wypadła. Chyba nie na wariatkę. Ale na świadomą siebie kobietę. Co ma mnóstwo koników, zainteresowań i nie wpada w szał z byle powodu. Nie czeka na telefon od dzwonka do dzwonka. Ma swój świat. Nie potrzebuje tyczki. Nie będzie pieprzonym powojem. I ma mnóstwo drogich perfum, które sobie sama kupuje. Ale nie na wyprzedażach, bo to obciach. I zna się na czytaniu, pisaniu, malowaniu, obliczaniu całek, algorytmów. Jest zajefana. Nie jakaś pida wariatka.

dlugopis

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. 

11 myśli na temat “Gdzie są te jednorożce?

  1. Bardzo zgrabne opowiadanka. Przyjemnie się czytało. Tylko co oznaczają: „zajefana” i „pida”? Ja jestem baba starej daty i takie neologizmy nie tylko mnie dziwią, ale najzwyczajniej nie wiem co oznaczają. Ukłony.

    1. haha… dziękuję. Słowo „zajefajna” to eufemizm innego słowa na „z”, czyli zaje…* które oznacza, że coś jest fajne, interesujące. A „pinda”, no cóż – to niezbyt ładne, potoczne, slangowe określenie niezbyt bystrej kobiety 🙂

Dodaj komentarz