Opublikowany w FACEtownik, Pilot #1, Proza

W poszukiwaniu jednorożca

psychoterapiaW jaki sposób udało się Marcie złapać w swoje sidła Janka, długo pozostawało dla mnie tajemnicą. Nawet teraz, gdy piszę te słowa nie jestem pewna, czy rozwikłam tę zagadkę. Ale kto wie… Wierzę, podobnie jak Freud, że w życiu nie ma przypadków.

Marta trafiła właśnie do mojego gabinetu z jakiegoś powodu. Napisałabym – na moją kozetkę, ale mijałoby się to z prawdą. Jedyna kozetka, którą kiedykolwiek widziałam, to ta z gabinetu psychoanalityka w którymś z filmów Woody Allena. Zatem Marta przyszła do mnie na terapię. Opowiada mi o swoich małżeńskich problemach, a ja z każdej sesji robię notatki. Obowiązuje mnie tajemnica lekarska, a jedyną osobą, z którą mogę się podzielić tymi rewelacjami jest mój superwizor. Jemu właśnie oraz kobietom, które nie opanowały sztuki polowania na męża dostatecznie dobrze, by przed trzydziestką wysłuchać marszu Mendelssohna… na własnym ślubie, dedykuję te notatki.

Janek to rączy jeleń. Dziś ma mocno przerzedzone włosy, ale kiedy był młodszy miał długą blond grzywę i wyglądał uroczo, gdy ją odrzucał do tyłu. Choć biegał szybko, zawsze towarzyszył mu też wianuszek długonogich sarenek. On je uwielbiał i należycie adorował. Zmęczony rykowiskiem, zapuszczał się w ciemne rewiry lasu, do których strachliwe sarny nie miały już odwagi się zbliżyć. Będąc młodą dziewczyną marzyłam, że kiedyś pójdę z nim do ołtarza. Dziś, pomna słów  — uważaj, o co się modlisz, bo możesz to otrzymać — cieszę się, że z jego niewątpliwych walorów pożytek ma ktoś inny.

To, że mężczyźni szybko się męczą, zrozumiałam dosyć wcześnie. A jednak, za każdym razem, gdy słyszę z ust faceta „jestem zmęczony” – a mówią to przesadnie akcentując samogłoskę nosową „ę”, czuję się zażenowana. I winna, bo przecież przyszedł, przyjechał, wjechał windą, przestąpił próg, wniósł siatkę z zakupami. Tyle zamieszania, tylko po to, aby ze mną się spotkać. I tyle energii. Po takim wysiłku, seks byłby go chyba dobił. Nie daj Boże, jak trafi się jakiś z gestem — butelka wina w jednej ręce, tuzin róż w drugiej i… zadyszka murowana.  Ja sama nie takie rzeczy nosiłam. Szafy, sofy, fotele, pudła z książkami, telewizory. Mężczyźni zaraz dostaliby od tego przepukliny pępkowej. Ale nie ja, mnie to dobrze robi.

Marta nie wygląda jak te wszystkie lasencje, które się kręciły wcześniej wokół Janka. Przypomina Kopciuszka przed interwencją wróżki albo Brzydulę Betty z aparatem na zębach. Jest przeciętna, żeby nie powiedzieć — brzydka. Ale to mnie tylko utwierdziło w przekonaniu, że Janek musiał ją naprawdę pokochać. No i że pewnie było im dobrze w łóżku, bo dla niego „to bardzo ważna dziedzina w życiu”. Może to wszystko jest i prawdą, ale najważniejsze, że Marta jest dobrze sytuowana. O tym, że pieniądze szczęścia nie dają wiadomo od dawna. Dlatego Marta postanowiła część swojej fortuny pozostawić w moim przytulnym gabinecie psychoterapeutki.

Zobaczyłam ją w półmroku przedpokoju. Miała na sobie zielone bojówki i niedbale upięte włosy. Nie wyglądała jak milion dolarów i nie tryskała z niej pewność siebie, którą daje popularność, sława i torebka Birkin Hermes.

— Dzień dobry pani Marto. Proszę dalej. Na prawo. Napije się pani herbaty, kawy? -zapytałam.

Potrząsnęła głową i usiadła w przepastnym fotelu. Zaczęła się rozglądać po pokoju. Zlustrowała wnętrze centymetr po centymetrze i zatrzymała wzrok na wiszącej na ścianie rytualnej masce. Wykrzywione w okrutnym grymasie oblicze spoglądało na nas złowrogo. Usta Marty układały się w podobną regularną podkówkę. Tak już po prostu miała. Nawet wtedy, gdy się śmiała, kąciki jej ust zupełnie poddawały się prawu grawitacji. Może dlatego ta maska tak bardzo ją zainteresowała.

— Ta maska wisi tu po to, aby wystraszyć naszego wewnętrznego krytyka – wyjaśniłam.

Spojrzała na mnie podejrzliwie.

— Pani Marto, na początku chciałabym opowiedzieć trochę o sobie i metodzie, którą stosuję. I zapewnić, że wszystko o czym będziemy tu rozmawiać pozostanie między nami i superwizorem, który czuwa nad całym przebiegiem terapii. Czasem będę coś notować, żebyśmy mogły na kolejnym spotkaniu wrócić do nurtujących panią problemów. Czy wszystko do tej pory jest dla pani jasne?

— Tak, oczywiście.

— Zajmuję się terapią indywidualną od siedmiu lat. Prowadzę też treningi biznesowe i interpersonalne.

Oczy Marty zrobiły się wielkie, jak talerze. Jeszcze kilka mądrych słów, a będę mieć stałą pacjentkę – pomyślałam, a głośno dodałam:

— Jestem żoną i mamą czteroletniej Alicji.  Pracuję metodą Gestalt, wykorzystuję też elementy ustawień systemowych…

— Ok. To mi wystarczy – powiedziała.

— Hm… dobrze… Dlaczego zdecydowała się pani do mnie przyjść?

— Chciałabym wyprostować swoje życie.

— To dosyć abstrakcyjne pojęcie: „wyprostować”. Co konkretnie ma pani na myśli.

— Moje małżeństwo. Nie wiem, co w nim robię.

— Kiedy to pani mówi, wygląda na zagubioną. Jakby pani zabłądziła…

— W ciemnym lesie. Tak, to prawda.

Pomyślałam, że nie wygląda na Czerwonego Kapturka, ale głośno powiedziałam tylko:

— Ok. Zacznijmy od początku.

I zaczęłyśmy, jak to zwykle bywa, od końca.

Przypadek Marty nie był jednak regułą, ale wyjątkiem od niej. Do mnie rzadko zgłaszają się żony. Najczęściej są to samotne dziewczyny, które marzą o stworzeniu związku, ale z jakiś powodów im się to nie udaje. Przychodzą i mówią, że wybrały mnie, bo na stronie instytutu przeczytały mój opis i pomyślały, że będę umiała im pomóc.

Tak też było z Kaśką.

— Napisała pani, że jest żoną i mamą. I, że kocha męża, córeczkę, kino, Rzym i caffé latte. Udało się pani! Chciałabym zrozumieć, co robię nie tak, że wciąż nie wychodzi mi z facetami – powiedziała Kaśka na dzień dobry. A ja pomyślałam: to nie tobie bidulko ma wychodzić z facetami, tylko im z tobą.

Kasia jest śliczną dziewczyną. I mądrą. Ale wciąż jest sama. I myśli, że to jej wina. Ktoś jej kiedyś powiedział, że ma w sobie za dużo męskiego pierwiastka. Niby, że taka przebojowa i szorstka. Pozornie wszystko by się zgadzało. Ciągle słyszała, że radzi sobie świetnie i że jest silna. Ale ona nie chciała być silna. Chciała być kochana.

W Kasi zobaczyłam siebie sprzed kilku lat. Spojrzałam w jej smutne oczy i dostrzegłam małą, spragnioną miłości dziewczynkę, która bez przerwy trafia na wykastrowanych palantów. To nie była jej wina. Po prostu, większość prawdziwych mężczyzn wymarła. Na ziemi pozostali wiecznie zmęczeni panowie, których przerasta obsługa telefonu i wysłanie prostego w treści sms-a, który w kilku słowach wyjaśniłby powód ich absencji. Choćby: „Mam cię gdzieś, kotku”.

Kasi trafiali się różni – młodsi, starsi, wychowani tylko przez matki i z pełnych rodzin. Wierzący w Sai Babę, Chrystusa, Buddę, w siebie, ateiści, wolnomyśliciele i wyznawcy Kościoła Siódmego Dnia. Dopiero studiujący i tacy na tak zwanych eksponowanych stanowiskach. Wszyscy oni czuli się osaczeni po pierwszych trzech randkach, nawet wówczas, gdy odbywały się one w półrocznych odstępach czasu. I byli zmęczeni. Na spotkania z trudem znajdowali czas. Musieli jakoś lawirować między pracą, squash’em, siatkówką, koszykówką, kajakarstwem, Karkonoszami, porannym angielskim, a wieczornym piwem z kolegami. Przy takim natłoku obowiązków randki z kobietami były dla nich jak spotkania trzeciego stopnia. Kasia się jednak nie poddawała. Chodziła na terapię, wsłuchiwała się – jak to się mówi – w siebie i dawała szansę kolejnym zainteresowanym nią jeleniom. A tych w ciągu roku potrafiło nawinąć się kilku. Kasia dobrze radziła sobie z emocjami, toteż – mimo rozczarowania, z każdego takiego spotkania wychodziła w miarę bez szwanku. Zauważyła nawet, że za każdym razem rozczarowanie boli coraz mniej. Kwestia przyzwyczajenia. Kiedy jednak zakończyła się jej niejasna relacja z Panem Z Innej Nie-bajki, rany postanowiła lizać w moim gabinecie.dlugopis* Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe. 

Autor:

Piszę i skreślam. Więcej skreślam, niż piszę

12 myśli na temat “W poszukiwaniu jednorożca

  1. Świetny wpis taki życiowy… Idealnie obrazuje obecna sytuacje wielu kobiet i mezczyzn. Brak czasu, napiety grafik powoduje ze coraz gorzej radzimy sobie w kontaktach miedzyludzkich – face to face bez facebooka czy innych portali spolecznosciowych.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Brawo Kinga, doczekałam się następnej porcji Twojego pisarstwa, już tak dawno nic swojego nam nie dawałaś do poczytania. Że masz fajne lekkie pióro już wiedziałam, dziś jeszcze się dowiedziałam, że jesteś świetną obserwatorką życia i ludzi, znasz różne emocje, które targają kobietami. I męskie charaktery też ci nieobce. Gratuluję, bardzo mi się podobało. Tyle, że rozpędziłam się, czytając a tu nagle… koniec.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Świetny tekst, bardzo prawdziwy, zawierający wątki jak najbardziej z życie wzięte. A obecne relacje międzyludzkie w wielu przypadkach wymagają głębokiego pochylenia się nad nimi, ale wielu nie chce się nad nimi pracować. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Lubię to

  4. Świetnet o Twoje pióro. Nawet to niedokończenie daje możliwość własnej interpretacji. Super sprawa. Zauważyłam sama to zagubienie współczesnych ludzi, którzy nie umieją ocenić drugiego człowieka, więc wikłają się w rozmaite historie lub cierpią niepotrzebnie katusze.
    Zasyłam serdeczności

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s