Opublikowany w Proza, Słowa

Okruchy nocy

Noszę tak wiele historii, które warte są opowiedzenia, ale nie umiem ich ubrać w słowa — zapisać, czy choćby głośno wypowiedzieć. Kłębią się w mojej głowie jak rój os, oblepiają umysł jak cukrowa wata. Wielobarwny kalejdoskop obrazów bez przerwy obraca się pod moimi powiekami, nie pozwalając zasnąć albo wprowadza mnie w sen transowy, męczący, nie przynoszący odprężenia. Wreszcie nad ranem budzą mnie pełne pretensji i żalu głosy bohaterów moich opowieści. Nigdy nie powołani do życia, zawodzą jak dusze czyśćcowe, nie będąc ani tu — w realnym świecie, ani tam — w książkowej fikcji, zawieszeni pomiędzy bytem i niebytem, moją ręką, a kartką papieru.

Dzisiaj obudziłem się przed wschodem słońca. Bezimienny szary gołąb spacerował po moim parapecie i głośnym gruchaniem dopominał się o swoją codzienną porcję okruchów. Było jednak zdecydowanie za wcześnie na wizytę ptasich gości. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni. Chciałem wypić szklankę wody i sprawdzić na zegarze, która jest godzina. Dawno już bowiem pozbyłem się elektronicznego zegara w sypialni. Widok zielonych jak oczy kota cyfr, które świeciły w ciemnościach, irytował mnie za każdym razem, kiedy wybudzałem się w środku nocy.  Budzik nie był mi do niczego potrzebny — otwierałem oczy na długo wcześniej, zanim zadzwonił.

Usiadłem na drewnianym stołku, sączyłem chłodną wodę i gapiłem się bezmyślnie w fioletowy kwadrat okna. Szary gołąb przespacerował się wzdłuż parapetu kiwając na boki i po chwili odleciał, trzepocząc skrzydłami z impetem. Na jego miejsce przyfrunął wielki gawron, ale i on nie zabawił długo. Spojrzałem na duży ścienny zegar, który zamiast wskazówek miał widelec i nóż — ten ostatni przecinał czas z satysfakcją sadysty. Była piąta rano.

Gdyby to był normalny dzień tygodnia, po prostu zacząłbym swój poranny rytuał: długi prysznic i golenie, potem kompletowanie garderoby, skazane na porażkę poszukiwania skarpetek do pary i karkołomne ubieranie się w uniform luzaka. Ale to była niedziela — ten dziwny dzień nanizany na nitkę tygodnia między innymi szarymi kartkami z kalendarza. Dzień, z którym nie wiadomo, co począć, jeżeli nie świeci słońce.

Nigdzie się więc nie śpieszyłem. Włączyłem ekspres, wrzuciłem do urządzenia kapsułkę wypełnioną kofeiną i nacisnąłem odpowiedni guziczek. Po chwili czarny strumień napełnił mój kubek pachnącą cieczą. Usiadłem z parującą kawą przed laptopem, chociaż dobrze wiedziałem, że na serwisach internetowych nie będzie żadnych newsów. Co się mogło wydarzyć w weekend? Jakieś rodzinne pikniki, demonstracje, może — nie daj Boże — gradobicie. Wchodziłem na różne strony, ale żadna się nie odpalała. Za każdym razem był ten sam komunikat — „error”. Podszedłem do routera, ale wszystkie diody paliły się prawidłowo. Na wszelki wypadek zresetowałem jednak urządzenie i wróciłem do komputera. Nadal żadna ze stron, które zwykłem przeglądać, nie działała. Sieć była jednak dostępna. Skype także działał, ale było zbyt wcześnie, żeby do kogoś o tej porze dzwonić. Napisałem więc wiadomość do Elizy: „Odezwij się, jak się obudzisz. Mam jakiś problem z komputerem”. Dopiłem zimną już kawę. Nie chciało mi się wchodzić pod prysznic. Bez większych ceregieli ubrałem się w dres i sportowe buty. Przepasałem się parcianym paskiem z saszetką, do której włożyłem telefon komórkowy i opakowanie herbatników. Przelotnie spojrzałem na ekran — było już w pół do szóstej. Zamknąłem drzwi mojego mieszkania na klucz, a potem dwa razy potrząsnąłem klamką, żeby się upewnić, że nikt niepożądany nie wejdzie do mojej fortecy. Wyszedłem na ulicę. Planowałem pobiegać nad Brdą.

Bydgoszcz_Trzy_Gracje_obraz

Świat wyglądał zwyczajnie, przynajmniej na tyle, na ile może wyglądać o tej magicznej porze, kiedy noc przeistacza się w dzień. Powietrze było rześkie, przejrzyste i chłodne, ale zapowiadał się ładny, pogodny dzień. Teraz jednak, żeby nie zmarznąć musiałem zacząć biec. Truchtałem więc przed siebie, a fioletowa kurtyna powoli unosiła się w górę, odsłaniając solarny spektakl. Purpurowa łuna, która przez chwilę otulała miasto rozpłynęła się, ustępując miejsca młodemu słońcu poranka.

Po kilkunastu minutach nieśpiesznego truchtu dobiegłem na Stary Rynek. Szary prostokąt, wokół którego pyszniły się kolorowe kamienice sprawiał wrażenie większego niż zwykle. Pewnie dlatego, że oprócz mnie i gromady gołębi nie było tu o tej porze żywej duszy. Usiadłem na ławce. Po chwili otoczyła mnie skrzydlata szarańcza. Niektóre z gołębi przysiadły obok mnie, inne dreptały tuż pod moimi nogami, machając transowo głowami w przód i w tył. Wyciągnąłem paczkę herbatników, otworzyłem ją, pokruszyłem kilka ciastek i rzuciłem okruchy przed siebie. Chmara ptaków uniosła się na moment w powietrze, żeby po chwili opaść na brukową kostkę i rozpocząć wielką degustację. Nie pierwszy raz karmiłem tutaj gołębie, ale dziś musiałem przyznać, że było coś niepokojącego w tej hordzie ptaków.

Postanowiłem ruszyć dalej. Kierowałem się w stronę ulicy Mostowej i po chwili wbiegłem wprost na most. Spojrzałem w prawo, swoim zwyczajem chciałem pomachać ręką „Przechodzącemu przez rzekę”, ale nie dostrzegłem znajomej rzeźby. Jedynie jaskółka trwała w swym nieruchomym locie. Przystanąłem zdumiony, oparłem się o balustradę i spojrzałem w dół, ale oprócz zielonkawej tafli leniwie płynącej rzeki, nic tam nie ujrzałem. Przybiegłem most i skierowałem się stronę ulicy Stary Port. Kiedy byłem już na bulwarze, zwolniłem kroku. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że — jak dotąd —nie minąłem na swojej drodze żadnego człowieka. Tymczasem dawno już wybiła godzina szósta, a o tej porze miasto zawsze tętniło już życiem. Bulwary o świcie upodobali sobie miejscowi żule, którzy wraz z ze wschodem słońca wychodzili ze swoich miejskich kryjówek i rozpoczynali codzienną pielgrzymkę w poszukiwaniu zużytych puszek, czy plastikowych butelek. Dopiero bliżej południa mościli się na ulicach w centrum miasta, żebrząc o jedzenie albo pieniądze. Dzisiaj jednak nie spotkałem żadnego ze znanych mi z widzenia żuli. Nie dostrzegłem też głośno hałasujących śmieciarek, samochodów dostawczych, czerwonych tramwajów, autobusów czy samochodów. Miasto było puste i przypominało teatralne dekoracje.

Dotarłem do budynku Poczty Głównej i z przerażeniem odkryłem, że po Trzech Gracjach pozostał jedynie cokół. Co się z nimi stało? Czy trwająca wiele lat pogawędka, tak bardzo je znudziła, że postanowiły się rozejść i wrócić do swoich domów? Czy zamiast nieśmiertelności jaką dawał im odlew z brązu, wybrały zwyczajne, proste, ale prawdziwe życie? Złapałem się na tym, że wiodę zupełnie bezsensowne rozważania w świecie, który został sprowadzony do absurdu.

Nad moja głową zatrzepotał skrzydłami gawron — byłem pewien, że ten sam, który nad ranem przysiadł na moim parapecie. W słońcu, na jego czarnej nodze, zaskrzyła srebrna obrączka. Sprawiał wrażenie jakby chciał mi coś powiedzieć albo po prostu pokierować. Zrobił kilka kółek w powietrzu i zaczął lecieć przed siebie, a ja posłusznie zawróciłem i pobiegłem za nim. Skręciłem w ulicę Pocztową, potem w Jagiellońską, żeby po chwili skręcić w Gdańską. Nie minął kwadrans, gdy dotarłem na Słowackiego, skręciłem w lewo i po skosie wbiegłem w zadrzewioną uliczkę Parku Kochanowskiego. Gawron zniknął wśród drzew. Zwolniłem kroku i odruchowo zacząłem iść w kierunku posągu Łuczniczki. Miałem jednak przeczucie, że cokół będzie pusty. I rzeczywiście, Łuczniczka przepadła podobnie jak Trzy Gracje i Przechodzący przez wodę.

Miasto opustoszało z ludzi i posągów. Ptaki opanowały Bydgoszcz. To do nich należały ulice, skwery i parki. Miałem nadzieję, że Przechodzący przez wodę odnalazł Łuczniczkę i wiedzie u jej boku szczęśliwe życie. Sam byłem niewolnikiem, który za cenę iluzorycznego poczucia wolności wybrał starokawalerski stan. O nikogo dotąd nie zabiegałem, nie walczyłem. Byłem tchórzem i zakładnikiem własnych przekonań i uprzedzeń. Kiedy tak stałem pośrodku parku i zastanawiałem się nad miałkością mojego życia, usłyszałem znajomy trzepot skrzydeł nad głową. Stary poczciwy gawron musnął swoim skrzydłem moją czterdziestoletnią twarz.

Bydgoszcz_Spichlerz_obraz

Autor:

Piszę i skreślam. Więcej skreślam, niż piszę

20 myśli na temat “Okruchy nocy

  1. Zazdroszczę Ci umiejętności prowadzenia tak wciągającej narracji. Masz do tego talent! Czyta się z zaciekawieniem, co będzie się działo dalej. A poza tym przepiękna Bydgoszcz! Byłam tam raz, niecały rok temu i zachwyciłam się tym miastem 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Na to czekałam. Na Twoje kolejne opowiadanie. Warto było:) Piękny język, wartka narracja, ciekawy pomysł – wciągnęłam się bardzo. A tak na marginesie, na samym początku, gdy bohater opowiadał o pomysłach, które się piętrzą w jego głowie, pomyślałam, że to będzie post o Tobie. Pozdrawiam cieplutko.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Zaprawdę masz talent literacki i lekkie pióro, czytając czułam się jakbyś mnie oprowadzał po magicznym mieście, widziałam gracje, ich rozmowy i ucieczkę, czułam wiatr na twarzy i słyszałam trzepot skrzydeł gawrona.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s