Opublikowany w Proza

Zaślubiny

notesLudzie przesuwali się wolno — noga za nogą, lelum polelum. Powłóczyli nogami, szorując butami po wypolerowanym na błysk parkiecie. Kolorowy korowód postaci ospale dreptał wkoło sali. Przechodzili kilka metrów i przystawali, przesuwali się dalej, i znów przystawali, pokonywali kolejny metr, i znów… Niektórzy otwarcie ziewali albo szeptali, inni przytakiwali przykładnie głowami. Nieliczni, ci szczerze zainteresowani, zadawali pytania, głośno się dziwili albo wyrażali zachwyt.

Tania odłączyła się od grupy, nie lubiła tłumu. Była jak kot, który zawsze chodzi swoimi drogami. I jak kot wolała się wszystkiemu przyglądać z pewnego oddalenia. Nieufnie. Spojrzenie też miała kocie — patrzyła jakby na przestrzał człowieka. Nieraz od swojej matki słyszała, że jej babka też ma taki nieprzenikniony wzrok. I nie był to komplement.

Dziewczyna nie słuchała tego, co mówi kustosz. Była zbyt zajęta własnymi myślami. Sztuka sakralna jej nie interesowała, minęła więc zwiedzających i pewnym krokiem przeszła do sali obok. Rozejrzała się dookoła. Niedbale rzuciła okiem na ekspozycję. Ale coś przykuło jej uwagę na dłużej. Patrzyła przed siebie z osłupieniem, ale i zachwytem. Gdyby naprawdę była kotem to wpadłaby w mruczący trans.

Para stała pośrodku czerwonego prostokątnego dywanika. On trzymał jej dłoń w swojej dłoni, a drugą ręką ją obejmował. Ona stała z pochyloną głową. W tych ich wzajemnych gestach była delikatność, powściągliwość i pewna niepewność. A jednak, choć mężczyzna sprawiał wrażenie nieśmiałego, a może raczej onieśmielonego, to zdecydowanym gestem obejmował kobietę, otaczał ramieniem, niczym płaszczem. Ich głowy otaczała jasna poświata, a ich samych złota przestrzeń. Nad tą nietypową parą dwa aniołki trzymały czerwoną wstęgę albo może trafniej — draperię. Jeszcze wyżej widniał napis cyrylicą.

Tania podeszła bliżej, przez chwilę przyglądała się nietypowej scence, potem przeczytała podpis, który znajdował się poniżej obrazu: „Ikona zaślubin Maryi i Józefa”. Wyciągnęła z kieszeni kurtki smartfon i cyknęła zdjęcie. Zrobiła krok do tyłu, żeby zrobić jeszcze jedno ujęcie, ale ktoś chwycił ją za ramię. „Proszę pani, tutaj nie wolno robić zdjęć” — powiedział grzecznie, ale stanowczo strażnik.  Dziewczyna wycofała się z sali, wyszła na świeże powietrze i przysiadła na ławce, która stała tuż obok wejścia do muzeum.

Odwróciła twarz w kierunku zachodzącego majowego słońca, które nieśmiało obracało się na niebie. Przymknęła oczy, ale nie mogła przestać myśleć o tym, co zobaczyła przed chwilą — pod powiekami jakaś niewidoczna ręka cały czas szkicowała scenkę z ikony. Wyobrażała sobie, że zmazuje ją gumką, ale po chwili scenka znów się pojawiała.

„Nie ruszaj tego, dziecko. Nie ruszaj tego, dziecko” — głos babki robił się bardziej skrzeczący zawsze wtedy, gdy strofowała Tanię. A strofowała ją często, bo ruszać nie można było właściwie niczego, co znajdowało się w jej domu, a już szczególnie w jej sypialni. Tymczasem właśnie tam były najbardziej frapujące przedmioty — porcelanowe bibeloty, kasetki z biżuterią, okrągłe pudła z kapeluszami, przycisk do papieru, który wyglądał jak wyspa i malutki, drewniany obrazek z parą, która trzymała się za ręce, stojąc na tle złotości. Tak, „złotości”, właśnie tak mówiła na to wtedy Tania.

— Co to za para na tle złotości? Zakochana para? Babciu?

— Nie ruszaj tego, dziecko — odpowiadała kobieta.

Tania pytała tak wiele razy, ale wreszcie przestała zadawać pytania, wchodzić do babcinego pokoju, a kiedy była starsza i odważniejsza, zaczęła zdecydowanie odmawiać wizyt u starszej pani.

Teraz, pierwszy raz po tylu latach, zobaczyła obrazek, który widziała w babcinym pokoju. I wreszcie dowiedziała się, co przedstawia ta scenka. Zaślubiny.

Tania wyciągnęła z kieszeni telefon i wybrała numer ojca. „Tak, słucham…” — usłyszała znajomy głos. I już miała powiedzieć „Cześć tato!”, gdy usłyszała: „… żartowałem. Nie mogę teraz rozmawiać. Jeżeli masz pilną sprawę, nagraj wiadomość, oddzwonię” — och, jak bardzo nie lubiła tego irytującego dźwięku poczty głosowej.  I zawsze dawała się na to nabrać! „Tatuś żartowniś, tatuś rodzinny stańczyk” — pomyślała i cisnęła telefonem o ziemię. Rozpadł się na kawałki. Dziewczyna opuściła głowę i krótko załkała. Przetarła wierzchem dłoni oczy, jak ktoś, kto próbuje odpędzić resztki snu i sięgnęła po telefon, żeby ocenić straty. Na szczęście odpadła tylko tylna klapka, ale nie pękła i wypadła bateria. Na wyświetlaczu przybyły kolejne rysy, najważniejsze jednak, że był cały. Tania wcisnęła na właściwe miejsce baterię, złożyła wszystkie elementy i włączyła telefon. Działał!

***

Robert znów spiął się z żoną. Słowo „spiął” jest jednak zbyt eufemistycznie. On się z nią pożarł! Prawie skoczył jej do gardła. Zaczęło się prozaicznie. Od jednej kropli wody, która bezwstydnie spadła na kuchenną podłogę. W tosterze opiekały się właśnie grzanki. Ona robiła śniadanie — jajka na bekonie — tak jak on, Robert — lubi. Poprosiła, żeby dolał wody do ekspresu do kawy, bo zaświeciła się czerwona dioda. Wyjął więc pojemnik, podszedł do kranu, odkręcił zimną wodę i napełnił go do pełna. No, może jednak tej wody nalał odrobinę za dużo, bo gdy przenosił zbiornik, kilka dużych kropel chlupnęło na posadzkę. Marta spojrzała spod długich rzęs i powiedziała:

— Trzeba wytrzeć, bo będzie się roznosić po całym domu.

— Przecież to tyl-ko czy-sta wo-da! —wycedził.

— Będzie się roznosić. Wytrzyj, proszę.

— To, kurwa, tylko woda! – ryknął.

Marta wyłączyła gaz, przełożyła jajka i zrumienione plastry boczku na talerz i bez słowa postawiła na stole. Poszła do schowka po mopa i przetarła ten fragment podłogi, gdzie spadła ta nieszczęsna kapka wody. Rzeczywiście trochę się rozniosło. Karbowane podeszwy papci Roberta zostawiły ślady niemal w całej kuchni. „No siadaj do stołu, bo wystygnie” — powiedziała i otworzyła okno, żeby wpadło trochę świeżego powietrza, którego wartki strumień szybko osuszy wilgotną podłogę. Robert znał ten scenariusz na pamięć. Marta nie była w stanie go niczym zaskoczyć. Gdyby choć raz na niego wrzasnęła, rzuciła patelnią, porozbijała talerze i wyszła, trzaskając drzwiami. Ale nie… zawsze jest tak samo, jakby jakiś nadgorliwy sufler podpowiadał jej oklepane teksty. Robert miał dosyć. Swoje małżeństwo nazywał w myślach małą stabilizacją albo wielką mistyfikacją.

Robert zjadł z apetytem jajka i schrupał bekon, którego największy kawałek zostawił sobie na koniec. Zawsze tak robił. Na brzeg talerza przesuwał to, co lubił najbardziej – chrupiące chipsy z wędzonego boczku, przyrumienioną skórkę z kurczaka w miodzie, najtłustszy kawałek grillowanych żeberek, czy kilka skwarek, które okraszały pierogi z mięsem. Zabawne – zawsze wybierał te najbardziej tłuste, niezdrowe przysmaki, a wciąż był chudy jak patyk. Kiedy skończył jeść śniadanie, odstawił naczynia do zlewozmywaka, narzucił na jedno ramię sztruksową marynarkę, sięgnął po miodową, skórzaną aktówkę, którą wcześniej odłożył na komodzie i wyszedł z domu. Po drodze na przystanek zadzwonił w kilka miejsc — do mechanika, bo chciał się dowiedzieć, kiedy będzie mógł odebrać z warsztatu auto, potem wykręcił do kumpla, żeby mu powiedzieć, że nie wyrobi się na wieczorny wypad na kręgle, a na koniec wybrał numer do Sabiny.

—  Dzień dobry Sabinko. Ta-ki pię-kny dziś dzień. Dzwoniłem wczoraj, ale nie odebrałaś.

— Widocznie dzwoniłeś za cicho.

— Dzisiaj zadzwoniłem głośniej…

— A ja wczoraj głośniej oddzwaniałam…

— Tak, wiem. Przepraszam. Potem nie mogłem już rozmawiać.

— Wcześniej to pewnie wyskoczyłeś po pietruszkę?

— Ha, ha, ha… Po pietruszkę…

— Słuchaj, teraz ja nie mogę rozmawiać. Próbuję pracować.

— Jeszcze chwilkę. Proszę. Dzisiaj wpadnę do ciebie wieczorkiem. Z winkiem.

— Jasne. Jak zawsze.

— Wpadnę.

— Już wpadłeś?

— Jeszcze nie wpadłem.

— Robert. Mam dosyć…

— Wpadnę i… zostanę na noc.

— I wtedy dopiero wpadniesz.

— No to wpadnę. Razem wpadniemy!

Rozćwierkany, niemal w podskokach dotarł na przystanek. Miał na dziś zaplanowanych kilka mało ważnych spotkań oraz lunch z inwestorem, potem posprawdza raporty, napisze kilka maili i szybciej ukręci się z pracy. Odbierze auto od mechanika, kupi dobre czerwone wino — półsłodkie, bo Sabina nie lubi wytrawnego, a przede wszystkim wyłączy telefon. Potem Marcie powie, że był z kolegami na kręglach, telefon padł, mechanik nie zdążył z naprawą auta — brakło jakiś części, czy coś…, więc na noc został u Romana, tak — tego rosłego blondyna z poprzedniej pracy. Przecież nie będzie się w nocy tłukł przez całe, kurwa, miasto na Bielany. I nie po to, kurwa, tyle haruje, żeby się potem nie móc z kumplami w piąteczek zabawić.

***

Marta i Robert poznali się jeszcze na studiach. Pierwszy rok ich znajomości to była wielka miłość. „Big love” jak mówi Tania. Byli nierozłączni — na wykładach, ćwiczeniach, na stołówce i w bibliotece. On często zostawał u niej na noc, spał na waleta, w akademiku. Potem, kiedy jego matka wyjechała na trzy tygodnie do sanatorium, Marta wprowadziła się niego. Bawili się w dom — ona gotowała, sprzątała, prała, a w nocy uprawiali bezpieczny seks. Jak to kiedyś po latach Robert przy rodzinnym stole, gdzieś pomiędzy wódką a zakąską, skwitował — „bezpieczny, bo obyło się bez większych urazów, nie licząc cesarskiego cięcia u Marty”. Właśnie wtedy, kiedy matka Roberta wdychała jod w Ciechocinku, on spłodził swoją pierworodną córkę.

Marta, jak na perfekcjonistkę przystało, choć brzuch miała już pod brodę, zdążyła pozaliczać wszystkie przedmioty i zdać egzaminy, a w lipcu wylądowała z zatruciem ciążowym na patologii ciąży. Tanię wyciągnięto z jej brzucha w ósmym miesiącu, „zanim dzieciak zdążył całkiem zzielenieć” — jak ponoć skwitował potem lekarz. Marta przeszła na studia zaoczne, a wielka miłość zamieniła się w wielki, kosztowny i ciągle się wydzierający kłopot.

Rodzina matki Roberta pochodziła z Wołynia. Potem wylądowali na Białostocczyźnie. Tak właśnie — „wylądowali”. Tak przynajmniej przedstawiała swoją rodzinną historię ta drobna, zasuszona i zasadnicza kobieta, która była matką Roberta, teściową Marty i babcią Tani, ale w żadnej z tych ról nie czuła się zbyt komfortowo. Aurelia była skupiona na sobie, ciągle rozdrażniona i poddenerwowana, sprawiała wrażenie, jakby cały czas główkowała.

Miała zaledwie pięć lat, kiedy podczas II wojny światowej przyjechała z matką do Polski. Jej ojciec, jak wielu innych mężczyzn wyznania prawosławnego, był żołnierzem Wojska Polskiego. Walczył pod Monte Cassino, a potem gdzieś się zawieruszył, ale w końcu powrócił na rodziny łono. Aurelia jeszcze długo nie potrafiła zrozumieć, że ten smukły mężczyzna, który niewiele mówi, ale za to uparcie sadza ją na kolana, to naprawdę jej tato. Już w trójkę wyjechali na zachód Polski, do Żagania. Ale nie potrafili się tam odnaleźć, zadbać o swoje. Większość najlepszych mieszkań po Niemcach, którzy musieli z dnia na dzień wyjechać z Polski, zostawiając niemal cały swój dobytek, było już zajętych albo rozszabrowanych. Ojciec mówił: „Jakże to tak wejść do czyjegoś mieszkania, z butami i rozłożyć swoje manatki?”. Matce było jeszcze trudniej, bo sama musiała zostawić ukochane strony i wyjechać w nieznane. Ze swojego rodzinnego domu zabrała niewiele rzeczy, ale jednej zapomnieć nie mogła i wiozła ją jak najcenniejszą relikwię — malutką, przepięknie wykonaną ikonę przedstawiającą „Zaślubiny”. Tę samą, którą Aurelia z takim pietyzmem przechowywała i chroniła przed oczami postronnych osób. Ale Tania nie była „obca”, ona była „swoja”, dlatego mogła wchodzić do babcinej sypialni i patrzeć na ikonę. Mogła na nią patrzeć, ale nie mogła jej ruszać. No i za dużo pytać. „Ikona sama mówi, jeżeli człowiek uważnie patrzy” — mówiła Aurelia, ale Tania była zbyt mała, aby zrozumieć tę sentencję. Teraz słowa babci wróciły do Tani jak bumerang. Chciała się podzielić swoim spostrzeżeniem z ojcem, ale on był zbyt zajęty sobą i lawirowaniem między małą stabilizacją, a wielką ekscytacją.

***

Robert wyszedł od Sabiny skołowany, ale szczęśliwy. Przez prawie całą noc nie zmrużył oka, ale czuł się rześko. Wsiadł od auta, które przezornie zaparkował za rogiem. Odpalił silnik, włączył radio. Od razu poznał schrypnięty głos i pierwsze takty kultowej ballady „Jolka, Jolka pamiętasz”. Sabina powiedziałaby, że to znak… Podkręcił głośność radia na maksa. I już po chwili wydzierał się razem z Andrzejczykiem, śpiewając słowa, które tak pięknie podsumowywały minioną noc. Niemal krzyczał kolejne wersy i czuł się królem świata. Ostatnie strofy nieoczekiwanie sprawiły mu przykrość. Potrząsnął głową, przyciszył radio. To nie może się tak skończyć. To się dopiero zacznie — pomyślał.

Sabina. Była okrągła jak samogłoska „a” — otwarta, ciepła i dobra. Dowcipna i błyskotliwa. Inteligentna. Nie była pedantyczna ani skrupulatna. Nie potrafiła gotować ani prasować, ale umiała się postawić. Trzasnąć drzwiami, tupnąć obcasem. Pewna siebie, samodzielna, samowystarczalna. Była kłębowiskiem sprzeczności. Nieprzewidywalna i nieodgadniona. Uwielbiał się w niej przeglądać jak w lustrze. A jednak nie potrafił, a może nie chciał się zdecydować. I Sabina to wyczuwała. Nie nalegała, nie naciskała, ale coraz częściej znajdowała powody, żeby nie spotkać się z Robertem. Stopniowo zwiększała dystans… Początkowo było mu to nawet na rękę, ale potem zaczął wyczuwać, że to nie on tutaj rozdaje karty. Sabina powoli wymykała mu się z rąk.

Minął Marymont i wjechał w ulicę Słowackiego, a czym bliżej był domu, tym częściej zdejmował nogę z gazu i bardziej uważnie rozglądał się na skrzyżowaniach. Ale w sobotni majowy poranek, trudno narzekać na korki w mieście. Ludzie pracy odsypują męczący tydzień, rodziny celebrują początek weekendu, jedząc śniadania w rozgrzebanej pościeli, a tylko tacy jak on — wiarołomni — wracają, wchodząc do swych domów po cichu jak złodzieje.  Auto zaparkował na podjeździe do garażu. Odpiął pasy, sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon, który wczoraj wyłączył, bo nie chciał, żeby ktokolwiek zawracał mu głowę. Chwilę się ociągał, ale wreszcie postanowił go włączyć. „Przynajmniej będę wiedział, czy do mnie wydzwaniała” — pomyślał.  Telefon zabrzęczał przyjaźnie. Dwie wiadomości: sms od Marty — „O której będziesz? Czekać z kolacją?” i druga — poczta głosowa: „Zadzwoń pod numer 6000……. i odsłuchaj wiadomość”. Zadzwonił. Automat wyrecytował numer telefonu osoby, która do niego dzwoniła. Brzmiał znajomo, ale Robert przez chwilę nie potrafił skojarzyć do kogo należał. Nagrana wiadomość nie była długa ani czytelna. Właściwie usłyszał tylko: „kurwa”, a zaraz potem jakiś trzask, jakby ktoś rzucił telefonem o ścianę i dalej cisza. Gdyby wieczoru i nocy nie spędził u Sabiny, pomyślałby, że to ona. Odsłuchał raz jeszcze wiadomość i dotarło do niego, że ten znajomo brzmiący głos należy do Tani. Jak mógł nie skojarzyć, że to głos córki? Zrobiło mu się ciemno przed oczami, ale kiedy nieprzyjemne uczucie minęło, wysiadł z auta i zdecydowanym ruchem ruszył w kierunku domu. Drzwi wejściowe były otwarte. W kuchni przy stole siedziała Marta. Miała na sobie wieczorową, czerwoną sukienkę i podkrążone oczy. W uszach połyskiwały złote kolczyki z rubinami — te same, które podarował jej na dziesiątą rocznicę ślubu. Nie, nie było po niej widać, żeby płakała. Makijaż był wciąż bez zarzutu — tusz się nie rozmazał. Ani jedna ciężka, ołowiana łza nie przetoczyła się po jej policzku. Żadnej histerii, darcia szat, krzyków ani wyzwisk nie będzie. Tylko te podkrążone oczy zdradzały, że nie przespała tej nocy, że chodziła od okna do drzwi i czekała, kiedy wróci.

„Dzwoniła wczoraj Tania i powiedziała, że wracają z tej klasowej wycieczki już dzisiaj wieczorem” — zaczęła Marta. I dodała: „Coś chyba nie wyszło z noclegami w schronisku.  Jakieś nieporozumienie z rezerwacją. Prosiła, żebyś wyjechał po nią na dworzec, na dziewiętnastą. Była strasznie zła, bo dzwoniła do ciebie, ale miałeś wyłączony telefon. Powiedziałam Tani, że byłeś na kręglach, a potem po prostu padła ci bateria”.

Marta recytowała to wszystko niemal na jednym oddechu. Przez cały ten czas patrzyła na Roberta, ale jej spojrzenie było nieodgadnione.  Co wiedziała? Czego się domyślała? Co planowała? Tego nie wiedział. Skinął więc tylko głową.

Pociąg Tani miał spore opóźnienie. Robert postanowił wykorzystać ten czas i chwilę pobuszował po Złotych Tarasach. Wpadł do jubilera — kupił zabawną srebrną zawieszkę w kształcie misia dla Tani, na przeprosiny.  Potem zadzwonił do Sabiny, ale miała wyłączony telefon. To mu nie poprawiło nastroju. Zamówił kawę na wynos w jednej z tych popularnych, młodzieżowych sieciówek i poszedł na dworzec. Tania już czekała w hali głównej, obok niej stał wielki plecak zwieńczony rulonem z karimaty.  Miała nabzdyczoną minę i sprawiała wrażenie małej, obrażonej dziewczynki, a nie siedemnastolatki.   Kiedy zobaczyła Roberta, zaczęła się szarpać z plecakiem, próbując zarzucić go na ramiona. Przyśpieszył roku.

—Taniu, zostaw, przecież ci pomogę. No, już nie gniewaj się na mnie.

Przygarnął ją do siebie i cmoknął w polik. Z kieszeni wyjął małe zawiniątko — w woreczku z organzy połyskiwał srebrny wisiorek. Twarz Tani stopniowo się rozpogadzała. Ostrożnie wyjęła z woreczka prezent, przez chwilę przyglądała mu się z zachwytem, wreszcie objęła ojca i zaczęła szczebiotać. Opowiadała o wrażeniach z wycieczki, co rusz szarpiąc ojca za rękaw. W końcu powiedziała:

— Odwiedźmy w weekend babcię.

— Przecież nie lubisz tam jeździć, Taniu.

— Proszę, tato…

— No dobrze, babcia się ucieszy.

***

Rodzinny dom Roberta stał w Łomiankach. Aurelia przyjechała do Warszawy na studia i tutaj, w stolicy, została. Wyszła za mąż za promotora swojej pracy magisterskiej, trzydzieści lat starszego od niej profesora Artura Steinbera. Ten ich romans to była pilnie strzeżona tajemnica, która potem przerodziła się w prawdziwy skandal. Środowisko naukowe nie zostawiło na nim suchej nitki. Choć potem sprawa przycichła, to ludzie nie zapomnieli… Czy to była wielka miłość? „Big love” — jakby powiedziałaby Tania? „Miłość? A kto wtedy myślał o miłości?”  — odpowiedziałaby pewnie Aurelia, gdyby w ogóle pozwalała na podobne rozmowy. Ale ona wolała milczeć, przemilczać niewygodne tematy.  Jedno jest pewne — to małżeństwo ją uwierało jak niewygodne buty. I było coś jeszcze, co sprawiało, że była zgorzkniała, udręczona i pełna niedopowiedzeń.  Swoje pierwsze dziecko urodziła późno, bo w wieku 37 lat.  Artur wówczas był już panem w podeszłym wieku — zbliżał się przecież do siedemdziesiątki.  Przez lata marzyło tym, aby spłodzić syna, ale teraz obecność niemowlaka w domu jakoś go nie cieszyła. Wręcz odwrotnie — drażniła. Pierworodny głównie płakał, spał, jadł i wymagał ciągłej uwagi, troski. Artur nie mógł, nie potrafił, a może po prostu nie chciał tego ostatniego mu zapewnić.

Robert pamięta ojca jak przez mgłę. W pamięci zostało mu głównie to, że go ciągle strofował. „W kogo żeś się wrodził, szczeniaku?” — pytał. Nie miał do niego cierpliwości, szybko się irytował, a wtedy krzyczał albo wyzywał syna od imbecyli. Był poważny, oschły w obyciu i konkretny. Nie znosił jakiejkolwiek niesubordynacji i nie mógł pojąć, że mały chłopiec potrzebuje miłości, a nie kindersztuby. Kiedy Robert był starszy, nauczył się schodzić ojcu z drogi. Artur nie doczekał osiemnastych urodzin syna, umarł nagle w październikowy poranek, przycinając swoje ukochane róże w przydomowym ogrodzie. Aurelia znalazła go z zaciśniętym w dłoni sekatorem i szeroko otwartymi oczami. Te róże to była jego największa namiętność, miłość i radość.   — Moje latorośle! — mówił o nich z dumą, a Aureli te słowa zwyczajnie raniły serce.

„Wychowałem się w domu wariatów. Moje życie nie ma prawa być normalne” — zwykł mówić Robert. Ale czy miał racje? I czy rzeczywiście nasze życie, to tylko kolejny akt tego samego dramatu, w którym grali nasi rodzice, a wcześniej dziadkowie i pradziadowie? Czy jesteśmy skazani na narzucone nam z góry role?

***

Aurelia ucieszyła się z wizyty syna i wnuczki — może nie było po niej widać wielkiego entuzjazmu, ale oczy jej się śmiały. Tania pomyślała, że jej babcia przypomina suszoną śliwkę — taka była pomarszczona. I że jakoś złagodniała. A może to Tania dojrzała i już się starowinki tak bardzo nie bała? Aurelia uraczyła wnuczkę gorącym kakao udekorowanym słodką pianą ubitą z białek i świeżutką, pachnącą chałką.

— Babciu, ale ja się odchudzam! — oponowała Tania, szybko jednak uległa i z apetytem sięgała po kolejne pajdy bułki z maślaną kruszonką. Aurelia była niezwykle ożywiona i co rusz chwytała wnuczkę za dłonie albo gładziła jej policzek. To było zupełnie do niej niepodobne. Gdzie się podziała ta kostyczna staruszka? — zastanawiał się w duchu Robert. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk telefonu. Wyjął go z kieszeni marynarki, rzucił okiem na wyświetlacz i wtedy rozjaśniła mu się twarz. Wyszedł szybkim krokiem na werandę. Tania obserwowała go kątem oka — był radosny i rozluźniony. Rozmawiał ze swadą, jedną rękę, trzymając w kieszeni spodni, drugą gestykulował albo zawadiacko odgarniał grzywkę z czoła. Co jakiś czas wybuchał gromkim śmiechem. Jakieś jego monosylaby wpadały do salonu, inne rozbijały się o szybę werandy.

—Sa…, ko-cha… wiem, anie… mój… -sknię bardzo — Tania łapała każdą literkę i próbowała złożyć to wszystko w całość, ale nie było to łatwe. Prawdziwe kalambury! Dwie rzeczy są pewne — ojciec nie rozmawiał z matką, bo nigdy nie poświęcał jej tyle czasu, zawsze rzucał zdawkowe „tak”, „nie”, „tak, kurwa, wiem” albo zwyczajnie w połowie zdania bez ceregieli się rozłączał. Nie rozmawiał też z żadnym z kumpli, bo nie wychodziłby na werandę, lecz odebrałby połączenie, nie odchodząc od stołu i powiedziałby, tonem twardziela: „Stary, teraz nie mogę gadać, oddzwonię jak zjem obiadek u mamusi, ha, ha, ha…”. Z kim więc rozmawiał? Dlaczego tak się puszył? Tania nie miała dobrych przeczuć. Zarówno ojciec, jak i matka byli ostatnio jacyś nieswoi. Ojciec znikał na całe dnie, a matka szlochała, kiedy się jej wydawało, że nikt nie widzi. Oboje prowadzili jakąś grę, której reguł Tania nie rozumiała. Teraz jednak nie chciała się nad tym zastanawiać. Wolała wykorzystać okazję, że babcia ma dobry nastrój i zapytać ją o ikonę.

— Babciu, byłam na wycieczce w muzeum ikon w Supraślu i tam widziałam identyczny obrazek jak ten, który stoi w twoim pokoju — zaczęła nieśmiało…

— Zakochana para na tle złotości? — upewniła się starowinka i zaśmiała serdecznie.

— To „Zaślubiny” babciu. Nigdy nie pozwalałaś mi ruszać tej ikony — powiedziała Tania z lekkim wyrzutem w głosie.

– Taniu, bo byłaś za mała, żeby ją zrozumieć. Zobacz, ona cię sama znalazła i teraz już wiesz, co przedstawia. Nie musiałam ci nic tłumaczyć, ona sama przemówiła.

— Babciu, ale dlaczego dla ciebie jest tak ważna? Tego wciąż nie wiem…

— Ponieważ tę ikonę do Polski przywiozła moja mama, a twoja prababcia. To był ślubny prezent, który dostała od swojej matki i jedyna pamiątka z rodzinnych stron. Ikon, Taniu, jest wiele. Bywają piękne i pouczające. To słowa Boga, które przemawiają do nas poprzez obraz. Dlatego mówi się, że ikonę się nie maluje, ale się ją pisze. Ale ikona „Zaślubin” jest wyjątkowa. Zobacz, co przedstawia. Kobieta i mężczyzna postanawiają być ze sobą na dobre i złe. Oni ślubują sobie miłość przed Bogiem. I od tego zaczyna się nowa rodzina. Zwyczajni ludzie nie zawsze tak potrafią — na dobre i na złe… Ale zawsze trzeba próbować. Mnie się to nie udało. I twemu ojcu także chyba nie… Ale może tobie, Taniu, się uda. Tak bym chciała, żebyś chociaż ty była szczęśliwa — powiedziała z troską.

 Robert skończył rozmawiać przez telefon i wszedł do salonu. Zastał obie panie w jak najlepszej komitywie — radosne i rozgadane. Ta nieoczekiwana zmiana ról bardzo go zaskoczyła. I pomyśleć, że Tania jeszcze dwa tygodnie temu nie chciała myśleć o wizycie u babci, a ta z kolei jednym spojrzeniem potrafiła zmrozić szyby.

— Będziemy się zbierać — rzucił Robert niby od niechcenia, ale widać było, że jakaś nagła sprawa zaprzątała mu teraz głowę. Myślami był już gdzie indziej. Gdzie? U tej osoby, która przed chwilą do niego dzwoniła? Tego Tania nie wiedziała, ale w głębi duszy obiecała sobie, że się rozwikła tę zagadkę. Aurelia odprowadziła ich do furtki. Widać było, że choć wizyta sprawiła jej wielką przyjemność, to też ją zmęczyła. Co chwilę stawała, żeby złapać powietrze. Kiedy już zamykała za gośćmi furtkę, przytrzymała Roberta za ramię i wyszeptała konspiracyjnie:

— Synku, proszę cię, zadzwoń tam, proszę cię zadzwoń. Ja… ja nie mam śmiałości… A ty… nie jesteś niczemu winien, z tobą porozmawia…

— Dobrze mamo, spróbuję. Dla mnie to też nie jest proste. Ale… spróbuję. Obiecuję…

„Całe życie z wariatami” — pomyślał Robert. Co było jednak robić? Nie mógł przecież zignorować prośby matki. Odkąd poznał tę pilnie strzeżoną rodzinną historię, wiele zrozumiał. Już nie miał żalu do matki, że całe życie była taka daleka, skupiona na sobie i nieodgadniona. Ani do… ojca, że był dla niego taki oschły. Ojciec… czy w ogóle miał go prawo tak nazywać? Wreszcie zaczął też rozumieć, skąd u niego samego to uczucie niedosytu, braku, ciągłej tęsknoty. Za kim? Za czym? Trudno w to wszystko uwierzyć, a co dopiero zrozumieć!

***

Robert powiedział Marcie, że musi coś załatwić na mieście. Ale rzeczywiście miał ważną sprawę. Ubrał się wyjątkowo starannie. Dżinsowe spodnie, błękitna koszula i lniana granatowa marynarka. Trochę zbyt obficie skropił się kolońską wodą. Nie, nie umówił się dziś z Sabiną. Szkoda gadać… Same problemy z tą Sabiną. A przecież się nie rozdwoi! No nic, teraz miał inne problemy na głowie.  „Najpierw rodzina, a dopiero potem «najbliżsi niespokrewnieni»” — pomyślał, a zaraz potem sam zganił się w myślach za te słowa. Wsiadł w samochód i pojechał w kierunku centrum. Z Olgą umówił się w małej orientalnej knajpce na Chmielnej. To ona wybrała to miejsce. Najpierw przez kilka miesięcy próbował ją namierzyć, dowiedzieć się, gdzie mieszka, zdobyć jej numer telefonu, a potem przez kolejne pół roku namawiał ją na wizytę w stolicy i spotkanie. Teraz wreszcie się udało. Olga sama w końcu do niego zadzwoniła i powiedziała, że będzie przejazdem w Warszawie. Jest koczowniczką, nomadką — jak sama o sobie mówi, a teraz wybiera się w kolejną daleką podróż. Tym razem do Malezji. Do stolicy przyjechała z Poznania, żeby tu przenocować, bo lot miała o bladym świcie. Robert nie był zadowolony, że nie dała się namówić na spotkanie z Aurelią. Nie był facetem, który się łatwo wzrusza, ale było mu przykro ze względu na matkę, że tak się sprawy potoczyły. Cieszył się jednak, że Olga choć jego zgodziła się poznać. Kiedy wszedł do knajpki najpierw uderzył go odurzający zapach kadzidełek. I bez tego kręciło mu się w głowie! Starał się być opanowany, ale dłonie spociły mu się z nerwów. Mimochodem pomyślał, że nie może takiej mokrej dłoni podać na powitanie tej nieznajomej kobiecie, więc odruchowo wytarł je jednym ruchem o poły marynarki. W kącie sali siedziała ciemnowłosa dziewczyna. Miała dredy na głowie, kolorowe sułtanki, lnianą koszulę i przenikliwe oczy. Spojrzała w kierunku drzwi i szeroko uśmiechnęła się na widok Roberta. Wstała i kręciła głową z niedowierzaniem. Oglądała tego nieznanego jej mężczyznę od stóp do głów, aż wreszcie rzuciła mu się na szyję. Była niewiele niższa od Roberta i równie smukła jak on. Dwa czarnowłose patyki. Usiedli przy stoliku i zaczęli rozmawiać, godziny mijały, a oni mieli poczucie, że znają się od zawsze.  Olga opowiadała o swoich studiach — etnografii, nieudanych związkach z różnymi „pajacami” — jak nazywała swoich byłych, dalekich podróżach, ciekawych ludziach, których poznawała gdzieś, w odległych zakątkach globu. On z kolei zwierzył jej się z wczesnego tacierzyństwa i małżeńskich problemów.
„Wiesz, wiele rzeczy w życiu spieprzyłem, ale córka to jedyna sprawa, która mi się naprawdę udała” — powiedział szczerze i wyjął z portfela zdjęcie Tani.
Obiecali sobie, że jak tylko Olga wróci z Malezji, to znów się spotkają. Dziewczyna powiedziała, że w podróży będzie miała dużo czasu na rozmyślania, więc zastanowi się na spokojnie nad wszystkim. A przede wszystkim zadecyduje, czy spotkać się z Aurelią. – Nie chcę nikogo krzywdzić. Rozumiesz? Przekaż matce, że nie mam do niej żalu. Mam wspaniałe życie, naprawdę. Na razie niech to wszystko pozostanie tylko między naszą trójką. Dobrze? —  Olga nie kryła emocji i widać było, że z trudem przychodzi jej opanowanie drżenia głosu.

Robert odwiózł dziewczynę do hotelu, Choć godzina była już późna, nie miał jeszcze ochoty wracać do domu.  Zrobił rundkę po mieście. Pojechał na Powiśle i zatrzymał się pod blokiem Sabiny.  W oknach jej mieszkania paliło się światło — ostre jarzeniowe w kuchni i stłumione, miodowe, ciepłe światło w sypialce. Tak bardzo zapragnął tam teraz być, schronić się w jej ramionach, zapaść razem z nią w miękkiej pościeli, nakryć kołdrą, opowiedzieć o dzisiejszym spotkaniu i gadać do białego rana. Nie wysiadł jednak z auta, nie zadzwonił do drzwi, odpalił stacyjkę i odjechał.

***

Dwa miesiące minęły jak bicza strzelił, ale Olga się nie odzywała. Robert wciąż dzielił swoje życie na pół, ale coraz trudniej było mu manipulować między tymi dwoma równoległymi rzeczywistościami. Marta była coraz bardziej czujna, drażliwa i małostkowa, a Sabina stała się mniej uważna, czuła i otwarta. Coraz częściej zasłaniała się brakiem czasu i natłokiem pracy. Mówiła, że wydawca ją ciągle pogania, bo wciąż nie oddała manuskryptu swojej książki. Zdarzało się, że wyjeżdżała na kilka dni bez uprzedzenia. Wreszcie któregoś dnia powiedziała mu, że musi wyjechać na dłużej.

— Muszę poukładać sobie to wszystko w głowie — powiedziała.

— Sabina, do diabła, co tu układać! Życie to nie skarpetki, które można poukładać parami w szufladzie!

— Czy ty w ogóle siebie słyszysz?

— Sabina, no proszę cię.  Kombinuję, jak mogę…

— Właśnie ci mówię, że możesz już przestać kombinować!

Sabina rzeczywiście wyjechała. Gdzie? Na jak długo? Tego nie wiedział. Czasem jeździł pod jej blok, ale w oknach na szóstym piętrze zawsze było ciemno. Dzwonił, ale nie odbierała telefonu. Nie odpisywała też na smsy. Wypytywał o nią ich wspólnych znajomych, ale nikt nie wiedział, gdzie ona jest albo zwyczajnie nie chciał powiedzieć. Czym dłużej nie widział Sabiny, tym bardziej drażniła go Marta. Wszystko go drażniło! I właśnie wtedy, kiedy wszystkiego miał serdecznie dosyć, dostał smsa z nieznanego mu numeru: „Cześć, już wróciłam z podróży. Wszystko sobie przemyślałam. Musimy poważnie pogadać. Tym razem zapraszam do siebie”.  Serce zabiło mu mocniej. Ucieszył się, ale i struchlał. Sabina na pewno postawi go pod ścianą. Będzie musiał się na coś wreszcie zdecydować. Teraz wiedział już jednak, jakie życie wybierze. Nie może przecież żyć bez powietrza! Kiedy tak rozmyślał, telefon znów zadźwięczał. Spojrzał na wyświetlacz, kolejny sms z tego samego, co przed chwilą numeru telefonu: „Podaję mój adres: Miła 12/ 14, Poznań. To mój nowy numer komórkowy. W Malezji ukradli mi telefon i aparat. Zapraszam! Może w ten weekend? Jest u mnie, gdzie spać ;). Olga”

Robert dopiero teraz skojarzył fakty. To nie Sabina… wściekły odłożył telefon na stół, nalał sobie szklaneczkę brandy, wypił jednym haustem i rozbił ją z furią o ścianę. Przestraszona Marta wpadła do pokoju, a zaraz za nią Tania.

— Tato, co ty wyrabiasz?

— A dajcie wy mi wszyscy święty spokój — rzucił Robert przez zęby i wyszedł z domu, trzaskając wszystkimi po kolei drzwiami.

Marta wycofała się do kuchni, usiadła przy stole i zaczęła chlipać. Tania zauważyła, że ojciec nie wziął ze sobą telefonu, ukradkiem schowała go do kieszeni spodni i wymknęła się do swego pokoju. Zamknęła się na klucz i zaczęła przeglądać najpierw historię połączeń, ale żadnego podejrzanego numeru telefonu tam nie znalazła, a potem otworzyła skrzynkę z smsami. Bingo! Od razu trafiła na to, czego szukała. Olga… kobieta, która chce zniszczyć jej rodzinę. Przepisała numer telefonu i adres. Sprawdziła w Internecie połączenia do Poznania. Jeżeli się pospieszy, to zdąży na expres, który odjeżdża za półtorej godziny. Dziewczyna zapakowała do plecaka szarą bluzę, arafatkę, kilka zbożowych batoników, portfel i wybiegła z domu. Marta nawet nie zwróciła uwagi na to, że córka z pełnym ekwipunkiem wymyka się z domu. Zresztą, ostatnio właściwie na nic nie zwracała uwagi.

***

Kiedy Tania dotarła do Poznania, było już ciemno. Niełatwo będzie poruszać się w obcym mieście. Ale od czego jest nawigacja w telefonie?  Tania odpaliła mapę i ruszyła przed siebie. „Zupełnie bez sensu i nie na miejscu” — pomyślała Tania. Wreszcie dotarła pod właściwy adres. Przez chwilę stała pod domofonem, ale wreszcie wystukała numer mieszkania. Odezwał się jakiś mężczyzna. Tania powiedziała, że chce rozmawiać z Olgą. Usłyszała, jak mężczyzna krzyczy w głąb mieszkania: „Myszko, jakaś pani do ciebie. Pani Tania…”.  I po chwili znów jego głos: „Olga nie może teraz podejść. Coś jej przekazać?”. Niech pan jej powie, że jestem córką Roberta i nie odejdę stąd, póki mnie nie wpuści do mieszkania” — Tania była wściekła, zmarznięta, a na dodatek głodna i teraz już prawie krzyczała do mikrofonu domofonu. Nie minęła minuta, a drzwi się otworzyły. Wparowała na klatkę i ruszyła schodami przed siebie. Przeskakiwała po dwa stopnie, żeby jak najszybciej znaleźć się pod drzwiami kochanki ojca i wydrapać jej oczy albo chociaż ją zwymyślać. Kiedy dotarła na czwarte piętro, zauważyła lekko uchylone, obdrapane z farby drzwi. Nie było na nich co prawda numeru, ale to musiało być mieszkanie Olgi. I rzeczywiście, zza drzwi wychyliła się głowa kobiety — ładnej brunetki, z zabawnymi dredami i dziwnymi, kocimi, hipnotyzującymi oczami.  Ta dziewczyna wydała się Tani dziwnie znajoma. Nie tak, jak ktoś, kogo się kiedyś poznało, ale jego twarzy nie zakodowało się dobrze w pamięci. Czy też ktoś, kogo przypadkiem spotkało się na ulicy czy w podróży. To było raczej jak przeglądanie się w lustrze albo raczej jednym z jego odłamków.

Olga posadziła Tanię na kanapie, nakryła ciepłym wełnianym kocem i podała kubek z parującą herbatą z miodem i cytryną. Dziewczyna była tak zziębnięta, że nie oponowała. Zresztą, ta Olga… ona nie mogła być kochanką ojca.

— Myszko, może zejdę do nocnego, kupię coś do zjedzenia? Pani Tania pewnie głodna… — powiedział smagły mężczyzna z kucykiem.

— Sama zejdę. I kupię dla nas coś dobrego, faceci się na takich sprawach nie znają. A panu już dzisiaj dziękujemy, idź kotku do domu…— Marzena puściła oko do dziewczyny.

— Nie trzeba, nie chce mi się jeść — zaoponowała Tania.

— Ciepła kolacja, a może nawet coś mocniejszego dobrze ci dzisiaj zrobi. Uwierz ciotce… — te dwa ostatnie słowa Olga powiedziała Tani szeptem, na ucho.

Tania wracała do Warszawy szczęśliwa, bo choć nie wydłubała oczu kochanicy ojca, to zyskała ciotkę.  I to jaką! Bliźniaczka ojca to wyluzowana, równa dziewczyna. Ale ta historia z rozdzielonym tuż po urodzeniu rodzeństwie, to jakiś kosmos! Dlaczego ojciec jej o niczym wcześniej nie opowiedział? I babcia Aurelia przez tyle lat milczała! Biedna starowinka… Tania miała przeczucie, że nie wszystkie tajemnice zostały wyjaśnione. Jakie jeszcze sekrety skrywa jej rodzina?

***

Robert nie doczekał się żadnej wieści od Sabiny. Za to Marta któregoś dnia przy śniadaniu — gdzieś pomiędzy parzeniem kawy, a dosmażaniem bekonu — podała mężowi pozew rozwodowy. „Tak długo nie mogłeś się zdecydować, że postanowiłam ci pomóc” — powiedziała i spokojnie wypiła łyk kawy. On chciał coś odpowiedzieć, ale ona przyłożyła palec do ust i powiedziała: „Ciii, to już zadecydowane”.  Wyglądała wyjątkowo ładnie, może nawet tak ładnie, jak wtedy, kiedy się poznali na uniwersyteckim korytarzu. Śniadanie mu jakoś nie smakowało, kawa wystygła. Marta jak nigdy zjadła wszystko do ostatniego okruszka.

Któregoś dnia trafił w gazecie, w rubryce kulturalnej na wzmiankę o… Sabinie. Czytał z zapartym tchem, że wydała książkę i zbiera świetne recenzje. „Proza poetycka nie jest pozbawiona drapieżnego pazura… Autorka nie oszczędza w niej mężczyzn i choć chwilami ociera się to o mizoandryzm, trzeba przyznać, że Nowacka jest wnikliwą obserwatorką rzeczywistości …” — pisał autor artykułu. „Drapieżna Sabina…” — uśmiechnął się do siebie Robert, sięgnął po komórkę i wklepał smsa: „Sabina, gratuluję sukcesu! Zaprosisz mnie na spotkanie autorskie?”

Chwilę później była już odpowiedź zwrotna: „Najlepiej będzie, jeżeli podniesiesz czytelnictwo w Polsce i po prostu kupisz moją książkę. Uśmiechy. Sabina”

***

„Zeszyty ćwiczeń” — dziwny tytuł, ale książka była naprawdę ładnie wydana, w twardej oprawie, na najwyższej klasy papierze, nie była klejona, ale szyta. Z tyłu było efektowne zdjęcie Sabiny i kilka słów o autorce. Robert otworzył książkę pośrodku, włożył twarz między kartki — pachniały farbą drukarską. Bardzo lubił ten zapach, ale tym razem wolałby, żeby stronice miały zapach perfum Sabiny. Przewertował szybko kartki — na pierwszej stronie, która zazwyczaj pozostaje pusta, znajdowała się dedykacja: „Dla R.”. Zabiło mu mocniej serce. Znalazł sobie ustronne miejsce w kąciku księgarni i kartkował dalej. Zaintrygował go tytuł jednego z opowiadań: „Między piętrami”. Zaczął czytać, a z każdym wersem coraz bardziej tracił grunt pod nogami, zapadał się, tonął. Zjeżdżał windą wraz z bohaterami.

dlugopisgrafika

Ilustracja Ikona – rys.Kinga Frelichowska

19 myśli na temat “Zaślubiny

  1. Kinga, przeczytałam jak zawsze z zaciekawieniem. Fajna historia, taka z życia wzięta i wielowymiarowa. Mam smaka na ciąg dalszy i nie musi to być historia Roberta i Sabiny – jej koniec jest przewidywalny. Ale intryguje mnie, dlaczego Aurelia oddała córkę. Nie trzymaj mnie w niepewności. Będzie dalszy ciąg?

  2. Mówiąc szczerze wyciągnęłam się niesamowicie. Czytałam, czytałam a fantastyczna opowieść nie kończyła się. Za ciosem zobaczyłam również ,,Między piętrami”.
    Oby tak dalej! Trzymam kciuki i pozdrawiam cieplutko.

Dodaj komentarz