Opublikowany w Proza

Sezon na gumowe kamaszki

notesW telewizorze prognoza pogody. Prezenter – oszołom zakochany w Indiach – wskazuje zamaszystym ruchem ręki na przedziwne mapy, którymi oklejone są prostopadłościany. Małe pudełka, podobne do tych po butach, to kraje, zaś wielkie kartony po sprzęcie AGD – kontynenty. Zanurza dłoń w emaliowanym kubku i chlapie wodą miejsca, gdzie według niego będzie padać.

Sen rozmywa się pod powiekami. Boże jak mnie boli głowa… Tak, świat jest wielkim kartonem – kanciastym, szarym, o niepewnych ścianach, łatwo palnych, łatwo się rwących i zbyt szybko namiękających wodą.

Ten kubek… Coś mi jednak przypomniał… Ach tak, mieliśmy kiedyś taką kwartę do nabierania wody. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy wodę przynosiło się wiadrami do domu. Wiadra były cynowe, a kwarta pokryta kremową emalią, która w kilku miejscach zdążyła już odprysnąć. Nie jestem zresztą pewna, czy wiem to wszystko z autopsji, bo to ja towarzyszyłam dziadkowi w wyprawach po wodę? A może z rodzinnych opowiadań, bo to moja babka chodziła ze swoim ojcem po wodę? Wiem, że wiadra były w domu dwa, a nawet trzy – wliczając to, które przeznaczone było na – jak to ująć – zlewki, czy odpady. Dzieciństwo w ogóle kojarzy mi się z emalią.

Emaliowane były garnki, miski, a nawet nocniki. Mieliśmy też emaliowaną wannę – stała na podwórku i służyła do „łapania” deszczówki, w której potem myło się włosy. Włosy myło się wówczas rzadko, żeby się nie zaziębić. Najlepiej latem właśnie, tuż po burzy. Nosiło się końskie ogony i potrząsało głową na lewo i prawo, trzepiąc włosami po oczach chłopców, siedzących obok w ławce. Chłopców waliło się też po głowie workami ze strojem na W-F, za co się stało potem w kącie. Dziś te męsko-damskie sprawy załatwia się już zupełnie inaczej.

Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: jadę tramwajem, za oknami pada deszcz. Dojeżdżamy do przystanku. Patrzę przez okno, a tam, po przeciwnej stronie ulicy, na podwórku biegają – ubrani w kolorowe gumiaki – moi rówieśnicy. Bawią się, wbiegając z impetem w wielką otchłań kałuży. Jakaś kobieta – może ich matka – stoi na progu i je woła, ale one wcale nie reagują. Co jakiś czas, te pogańskie dzieci wyciągają w górę ręce, jakby chciały nałapać w dłonie wody. Wyglądają jak młodzi szamani, wspaniali zaklinacze deszczu, którzy świętują, bo bogowie wysłuchali ich nabożnych próśb. Patrzę i zazdroszczę im – tak bardzo chciałabym się do nich przyłączyć. Świętować razem z nimi w moich nowych czerwonych kamaszkach.

***

Dziś nie masz humoru. Wyczuwam to na odległość. I dziś wyglądasz na swoje lata. Twoje usta zaokrąglają się w przypływie nagłego ziewania, które i mnie się udziela. Czuję zmęczenie twoich mięśni po nieprzespanej nocy. Próbujesz skupić się na pracy, ale nie potrafisz ujarzmić myśli zalewających twoją głowę powodzią, nad którą nie masz żadnej władzy. Synoptycy ostrzegali: „Warunki biometeorologiczne niekorzystne dla meteopatów”. Drży ci nie tylko głos, ale i ręka. To niebezpieczne w twoim fachu. Jeden nieprzewidziany ruch… Przepraszasz więc ostatniego klienta, petenta, pacjenta, że musisz wyjść -nagła sprawa. Nagła sprawa zawsze jest nagła, co dopiero miłość?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Możliwe, że słowo „miłość” jest zbyt podniosłe, zbyt skończone, ale dobrze się komponuje, a jednocześnie nadaje dramatyzmu całej scence. Mamy bowiem blisko pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który zaliczył już program obowiązkowy: dom, drzewo, no cóż… mała wpadka – córka. Mężczyznę, który słucha teraz już tylko wiatru w kominie i ogląda liście pod słońce – a jakże! Dba o rodzinę i rabatki w przydomowym ogródku, a od czasu do czasu, uprawia zdrowy hedonizm, trenując pod okiem instruktora. Mężczyznę, który zamiast stu lat samotności wybrał – z pełną premedytacją – sto lat obowiązku.

W jego uporządkowanym świecie pojawia się ona. Zjawia się nagle i z takim impetem, że wraz z jej przybyciem wszystkie kartki na jego biurku podrywają się do lotu jak spłoszone ptaki i po chwili lękliwie przysiadają na podłodze. Ona wygląda tak, jakby targała ze sobą wiatr na smyczy.

Nie potrafi długo ustać w jednym miejscu, uśmiecha się, a zaraz potem poważnieje. Podchodzi pewnym krokiem do mężczyzny, który właśnie sięgnął po ostatnią zagubioną białą kartkę zapisaną drobnym kaligraficznym pismem i teraz podnosi się z kucek. Ona wyciąga do niego rękę, którą on machinalnie chwyta.

– Nie sądziłam, że na tym polega pańska praca – mówi ona i wybucha głośnym, podobnym do gradobicia śmiechem.

– Czasami lubię popatrzeć na świat z parteru – odpowiada on.

– Z żabiej perspektywy, używając żargonu filmowców. I co pan wtedy widzi?

– Uosobienie wiatru. Bardzo piękną zresztą.

– Proszę, pan poeta! A może grafoman? Jestem raczej narzeczoną wiatru. Siądźmy – proponuje ona, jakby to był jej gabinet.

***

„Norwida z ciebie rzeczywiście nie będzie. Jaka szkoda. I jakie szczęście” – przypominam sobie słowa kolegi – poety, który jak nikt inny potrafi rozbrajająco szczerze przyznać, że w rozpoznawaniu drzew nie jest tak dobry „jak ci poeci od dendrologii”. Siedzieliśmy wczoraj i rozmawialiśmy. O miłości przede wszystkim. O trudach kochania. Mówił właściwie tylko on, bo ja już od dawna nie byłam zakochana. Prułam powłoczkę poduszki, którą – chyba w geście obronnym – położyłam sobie na kolana, zakrywając brzuch przed niespodziewanym ciosem słów. Wysnuwałam pojedyncze nitki grubej wełny, wiązałam je i bawiłam się, układając z nich niciane aniołki. I słuchałam. A trochę nie. Zawsze myślałam, że miłość poznajemy po tym, że czujemy się jak podcięci batem. Tymczasem to agonia. Bezruch. Nie wiem, co jeszcze. Nie znam się. Może on ma rację, mówiąc: to fajerwerki! Jest starszy. Mówi, że kocha. Tak mu się zdaje…

Opowiadanie zostało opublikowane drukiem w III tomie „Nieszawskiego kalejdoskopu”, w 2010 roku.

20 myśli na temat “Sezon na gumowe kamaszki

  1. Piękny tekst, widać, że pisanie sprawia Ci ogromną przyjemność. Przeczytałam z przyjemnością, a cytat daje do myślenia. Lubię takie cytaty. Pozdrawiam

  2. Mnie również emalia kojarzy się z dzieciństwem, zwłaszcza z podstawówką, gdzie jako kilkuletnie bezmózgi kręciliśmy bekę z „Emalii” Plater 😛

    Lubię Twoje pióro. Generalnie lubię, kiedy kobiece pióro ocieka kobiecością. Powtarzam to przy każdej okazji. Aczkolwiek zawsze wolałem czytać utwory mające skonkretyzowaną fabułę, czasem może i sztywną, bez miejsca na spontaniczność. A Twoje pisanie – przynajmniej to, co miałem dotąd przyjemność poznać – to jedna wielka spontaniczność, przyprawiona delikatnie fabułą. Ale i tak Cię lubię 😀

    1. Tutaj prezentuję małe formy literackie. Te większe nie są już tak – po kobiecemu – rozlazłe ;). Poza tym kiedyś chętniej pisałam „emocjami” – ten tekst został opublikowany w 2010 roku, a myślę, że wcześniej ze dwa lata przeleżał w szufladzie. Dzisiaj piszę już inaczej. Bardziej stawiając na fabułę, niż formę, ale od prozy poetyckiej się nie odcinam. Po prostu zrobiłam się mniej spontaniczna i coraz trudniej o uniesienia :). Dziękuję za dobre słowo – wiesz, że Twoje pisanie również cenię, także za poczucie humoru, którego mnie ostatnio brakuje 🙂

  3. Jestem oczarowana tym, jak cudownie operujesz obrazami (tworzonymi za pomocą słów), pobudzasz nostalgię i uczucia w czytelniku. Zapisuję link do bloga:)

Dodaj komentarz