Opublikowany w Proza

Wolność

notesPrawie wcale nie wychylam nosa spod ich legowiska. Nie wiem, która to doba. Szósta, może siódma? Najgorsze były pierwsze trzy dni. Chciało mi się jeść, pić, ale nie miałem odwagi stąd wyjść. Wszystko jest tu obce, zwłaszcza zapach. Jedynie ich legowisko pachnie znajomym mi miejscem. I nimi, ale to akurat mnie nie wzrusza. Siedzę więc tutaj i obserwuję, co się dzieje wokół. Widzę ich stopy. Łażą, szurają butami, wnoszą kartonowe pudła, przesuwają meble. Tak bardzo chciałbym wskoczyć do takiego pudła. To dopiero byłaby zabawa! Kiedy się nudzę, kładę się na grzbiecie i przesuwam, odpychając łapkami od materaca. Ona wtedy zagląda pod łóżko i mówi: „A nie mówiłam, że żyje”. I śmieje się jak szalona. Nie lubię tego. Jej głos potem jeszcze długo wibruje mi w uszach.

Czwartej nocy, kiedy oni spali, wymknąłem się i obwąchałem teren. To bardzo interesujące miejsce. Jest tu wiele zakamarków, schowków, schodków, skrytek i tajemnych przejść. Pamiętam, jak go przekonywała do przeprowadzki: „To będzie istny raj na ziemi” – mówiła. I miała rację. Szczególnie zainteresowały mnie strome schody, które prowadzą na jakąś niższą kondygnację. Kiedy się po nich sturlałem, okazało się, że na ich końcu znajdują się drzwiczki zbite z desek, zamknięte jedynie na haczyk. Na dole jest w nich spora szpara. Udało mi się nawet wcisnąć w nią głowę. Niestety, w moim przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że jak głowa przejdzie to i cała reszta się zmieści. Jestem tym nieszczęsnym wyjątkiem, który potwierdza regułę. W każdym razie, kiedy tak niuchałem, co jest za tymi drzwiczkami, wyczułem specyficzną woń. Taki wyrafinowany bukiet może dawać tylko wilgoć, stęchlizna, starzyzna i… myszy. To na pewno nie jest moja ostatnia tam wyprawa!

Któregoś dnia wreszcie zostałem w nowym domu sam. Ona wróciła do pracy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego, bo często mówi, że „nienawidzi tej roboty”.  Albo go straszy, że sobie wyjedzie do Mediolanu, albo Paryża, bo — jak mówi — tam jest jej miejsce. Nie chciałabym, żeby wyjechała. Daje mi rano dużo większe porcje paszteciku, niż on, który na tym smakołyku zawsze skąpi. Zatem — ona wróciła do pracy, a on wyjechał na kilka dni na jakieś sympozjum naukowe. Mogłem więc spokojnie eksplorować dom także za dnia. Niestety, drzwi do kilku pomieszczeń były zamknięte. Zaniepokoiło mnie to nieco, bo w poprzednim miejscu mogłem zaglądać we wszystkie kąty. Tylko jedne drzwi pozostawały dla mnie niedostępne — te „na świat” — jak je nazywali. Kiedy on skądś wracał, poznawałem odgłos jego kroków na klatce i szedłem w kierunku drzwi, żeby go powitać. Jak tylko zamek zachrzęścił w zamku i on pojawiał się w progu, przybiegała ona i zaraz piskliwie krzyczała: „Uważaj, żeby ci nie uciekł”. Nie mogłem znieść tych wysokich tonów i wkrótce przestałem przychodzić, żeby się z nim powitać. Ale nie żałuję, że ona pojawiła się w naszym życiu. Ma to wiele dobrych stron. Daje mi większe porcje jedzenia, a czasem podrzuci mi jakiś kawałek  surowego,  więc niedozwolonego dla mnie mięsa. A wtedy mówi: „Jedz szybko, żeby pan nie zobaczył”. Z tym „panem” to jednak przesadza. Raz na nią syknąłem, ale tak się wystraszyła, że więcej już tego nie próbowałem.

Kiedy oglądałem nowe lokum za dnia, zbadałem też przydatność parapetów. Są kamienne i miło chłodzą skórę — będzie z nich pożytek. Ale to, co zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie, to widok za oknem — zupełnie dla mnie nowy. Nie było tu żadnych wysokich zabudowań, tylko otwarta przestrzeń. Znowu zamarzyłem o wolności.

***

Czasem śni mi się, że dostojnie kroczę po czerwonym dachu jakiegoś domu. Wróble uciekają przede mną w popłochu. Ale ja mam czas. Jeszcze zdążę je przydybać. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama — na pierwszym planie jest prostokątne podwórko w kocich łbach, nieco dalej różany ogród, na środku którego stoi rozłożysty orzech.  Na jego konarach przysiadają ptaki. Teren ten okala wysoki mur z cegły obrośnięty winem. To jest mój rewir. Dalej widać szarą ulicę, a równolegle do niej leniwą rzekę, która niczym salamandra zmienia swój kolor, przystosowując się do odcienia nieba. Tam, za ten czerwony mur, zapędzam się rzadko.

Kiedy wreszcie chcę zejść z dachu po drabince kominiarskiej, ześlizguje mi się łapka tak niefortunnie, że odbijam się od poszczególnych szczebli jak pingpongowa piłeczka. Lecę na łeb, na szyję w dół. Jeszcze próbuję zrobić użytek z mego ogona i wykorzystać go jako ster, żeby obrócić bezwładne ciało i spaść na cztery łapy… I wtedy się budzę. „Sen mara, Bóg wiara”. Tak mawiają zabobonni ludzie. Nie jestem przesądny, a jednak ten sen nie daje mi spokoju.

Zabawne, bo przecież całe życie spędziłem w czterech kątach. Owszem, kilka razy byłem poza domem, ale nigdy z własnej woli. I niewiele widziałem podczas tych wycieczek. Pierwszą wyprawę w wielki świat wspominam najgorzej. Całą drogę spędziłem w niewygodnym transporterze. Ale trudów podróży, nie da się porównać z gehenną tego, co działo się potem. Zostałem siłą wyciągany z tej klatki, jakiś obcy człowiek w białym kitlu postawił mnie na metalowy stół. Nie mogłem stamtąd uciec, bo brutalnie trzymał mnie za kark. Oglądał mnie wnikliwie — zajrzał w pyszczek, obejrzał łapki, ogon, aż wreszcie dotkliwie mnie ukłuł. Świat rozmazał się, a ja razem z nim. Nie pamiętam, co działo się potem. Może to właśnie wtedy po raz pierwszy śniłem o spadaniu z dachu? W każdym razie, kiedy odzyskałem świadomość, wiedziałem, że już nic nie będzie takie samo. I nie myliłem się. Zobojętniałem, straciłem cały mój wigor, sprośne fantazje przestały być moim udziałem, a wkrótce potem bardzo przytyłem. Dziś już wiem, co mnie wtedy spotkało. Ten człowiek w białym kitlu zrobił ze mnie eunucha. Nie mogę jednak zrozumieć, jak on, mój samowładny pan, mógł na to pozwolić. Jeżeli kiedyś uda mi się odzyskać wolność, to powiadomię o tym procederze odpowiednie służby. Zażądam zadośćuczynienia, wysokiego odszkodowania i przeprosin na łamach „Kocich spraw”.  Choć darzę mego karmodawcę pewną estymą, to jestem dosyć zasadniczy w takich sprawach. Zresztą ta moja do niego sympatia może wynikać z syndromu sztokholmskiego. Tyle lat w zamknięciu, sam na sam z oprawcą, musiało odcisnąć piętno na mojej psychice.

***

W domu jest nerwowo. Ona ciągle mówi do niego podniesionym głosem. Jak to możliwe, że posługuje się ultradźwiękami, a nie jest delfinem? Kiedy tak dziwnie mówi, czuję się tak, jakby ktoś mi przewiercał głowę. Chowam się wtedy pod ich legowisko, albo zbiegam po schodach na niższy poziom i wkładam nos w szparę — dla uspokojenia biorę kilka głębokich wdechów i wciągam mysią woń. Jeżeli ta sytuacja potrwa dłużej, będą musieli wywieźć mnie do Tworek. Mam nadzieję, że jest tam koci oddział. Dałem im pierwszą żółtą kartkę — dziś w nocy rzygnąłem na dywanik, który leży przed kominkiem. Ona darła się jeszcze głośniej niż zwykle: „Zobacz, co zrobił twój pupil!”. Nie musiała tak krzyczeć. Przecież wiem, co zrobiłem! Mam dosyć. Chciałem nasikać w jej czerwone szpilki, ale na razie się powstrzymałem. Nic z tego nie rozumiem. Raz szantażuje go, że wyjedzie do Paryża. Innym razem, mówi mu, że mógłby lepiej zaopiekować się własnym ojcem. Wspominała coś o tym, że stary nie powinien już mieszkać sam i najlepiej będzie jak zamieszka tutaj. Mam tylko nadzieję, że nie oddadzą mu mojego legowiska. Z tym stetryczałym dziadem są zresztą ostatnio same problemy. Dziadek tak się porozbijał, że ona musiała specjalnie jechać do Poznania, żeby się nim zająć. Straciłem przez tę jej eskapadę szansę na dodatkową porcję pasztetu. I on był taki nieswój… Kilkanaście razy dochodził do okna i odgarniał firankę. Potem się spakował i wyjechał. Potem ona wróciła i się rozpakowała. Trochę poniuchałem w jej torbach, ale nic wartego zachodu tam nie znalazłem. Wszystko pachniało dziwnie — naftaliną i obcymi ludźmi. Ona także nie była sobą. Szwendała się po domu bez celu. Wreszcie położyła się na kanapie w salonie. Ułożyłem się blisko niej. Przygarnęła mnie ręką, pomruczałem, żeby zrobić jej przyjemność. Nie wiem nawet, kiedy oboje zasnęliśmy. Obudziła się nad ranem. Poruszona i zdenerwowana. Długo nad czymś myślała. Potem zaczęła pakować różne rzeczy do auta. Napisała coś na kartce i położyła ją na stole w kuchni. Chodziłem za nią krok w krok. Wreszcie przekręciła klucz w drzwiach, pozostawiając mnie na ganku i odjechała. Nie wiem, co było napisane na tej kartce, ale chyba coś bardzo ważnego. Kiedy on wrócił wreszcie do domu, najpierw się zdenerwował, gdy zobaczył, że siedzę na podwórku. A potem zdenerwował się jeszcze bardziej, kiedy przeczytał ową kartkę na stole. Nawet się nie rozebrał z płaszcza, tylko wybiegł z domu, dzwoniąc po taksówkę. Na mnie nie zwrócił najmniejszej uwagi, więc korzystając z zamieszania dałem nura na podwórko. Wolność bardzo przypadła mi do gustu.

ilustracja

Autor:

Piszę i skreślam. Więcej skreślam, niż piszę

24 myśli na temat “Wolność

  1. Nie spodziewałem się takiego finału. Bardzo zgrabnie napisane. I lekko. Podoba mi się 🙂

    No i zastanawiam się, kogo tak naprawdę dotyczyła tytułowa wolność?

    Lubię to

    1. Niestety, kontynuacji tego opowiadania nie przewiduję. Planuję za jakiś czas napisać na blogu coś więcej o tej miniaturze – jak powstała, w jakich okolicznościach i jak zaczęła sama -w sensie interpretacyjnym – coś znaczyć. Będzie o tym w kolejnej lekcji pisania 🙂

      Lubię to

  2. Masz bardzo dobry styl pisania, jednak nie znoszę kotów (tak, istnieją tacy ludzie), więc jako bohatera historii wolałabym widzieć hm… jaszczurkę (mam swojego „smoka”). Choć kiedy zamiast kota podstawiłam do tej opowieści inne zwierzę, od razu bardziej się wciągnęłam 😉

    Lubię to

  3. TO JEST ŚWIETNE! Kocham koty i bardzo ucieszyłam się, że mogę przeczytać opowiadanie z kociej perspektywy. Przeczytałam nawet dwa razy i chętnie kupiłabym taką powieść z kociej perspektywy. Widać, że świetnie została zrozumiana natura kota i sposób w jaki postrzega świat

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s