Opublikowany w Proza, Słowa

Przedwiośnie

PstalowkaW brązowym, emaliowanym garnku mieniącym się tak, jakby był pokryty lukrem, tężało płynne złoto. Drobinki drogocennego kruszcu leniwie opadały na dno naczynia, a w powietrzu unosił się piękny i ciężki, orientalny zapach, będący mieszanką topionego tłuszczu, cebuli, majeranku, a nawet smażonych jabłek. Złoty kolor powoli mętniał i stopniowo przechodził w mleczną biel. Pod śnieżną kołdrą ukryte teraz były teraz najwspanialsze skarby: złociste chrupiące skwarki, cebulka i słodkawo-korzenna miazga jabłek i majeranku.  Chciałoby się pominąć ten kożuch tłuszczu, wybrać z dna garnka to, co najsmaczniejsze i równomiernie rozsmarować na razowym chlebie. Zły cholesterol, dobry nastrój.

W miasteczku słonina to towar deficytowy. „Na słoninę” trzeba się zapisać w sklepie, bo inaczej może jej nie starczyć. Kilogram surowego w kolorze mleka z kroplą krwi kruszcu kosztuje pięć złotych. To wcale nie jest mało, zwłaszcza, że nie zawsze jest to dobrej jakości towar. Zdarza się, że źle się wytapia, a plastry tłuszczu są cienkie albo mają grubą, twardą – przypominającą podeszwę, skórę. Taką słoninę można, co najwyżej, wykorzystać do wysmarowania patelni, ale nie do zrobienia smacznego, aksamitnego smalcu. Specjału, który jada się tu zwłaszcza w zimowe, krótkie dni, gdy wilgotny wiatr od Wisły zaczerwienia nosy i dłonie, owiewa szyję i rozwiewa włosy i myśli.

Mężczyźni o oczach jak szklane kuli do gry rozcierają czerwone ręce. Wstają wcześnie, zanim dzień zmieni noc na posterunku. Obchodzą pojedynczo albo dwójkami ulice miasteczka, a potem niczym ptaki zlatują na rynek. Czasami kłaniają się wylewnie, zaczepiają z sympatią, kiedy indziej wolą pozostać przezroczyści, transparentni. Nie narzucam im się nigdy ze spojrzeniem, nie prześwietlam wzrokiem. Nie wiem, o czym myślą. Nie znam treści ich rozmów. Nie domyślam się, o czym marzą. Nie odgadnę ich snów.

Odpowiadam, kiedy pytają i uśmiecham łagodnie. Daję grosze „na papierosa”, jeśli o nie proszą. Unikam większym pożyczek, bo wiem, że przysparzają nieprzyjaciół. Ci – co mają zaciągnięte duże długi, odwracają potem gniewnie głowy albo mówią słowa, które trafiają boleśniej niż kamienie. Robią wroga z darczyńcy, otrzepują się z długu wdzięczności niczym z kurzu. Wiem, nie zbawię świata. Wierzę, że jeśli ktoś będzie zbawiony to właśnie oni. Strącone anioły miasteczka – stójkowi, którzy oblegają każdy narożnik rynku niczym kariatydy, podtrzymujące strop nieba nad tym szarym prostokątem asfaltu. Gdyby nie oni… kto wie, może niebo runęłoby na głowę mieszkańcom tej nadwiślańskiej osady. Gdyby nie oni… kto wie?

Na twarz spadają drobne pyłki sadzy, bo ludzie palą jeszcze w piecach. Niebo nad Wisłą nadal szare, choć odległość między wschodem, a zachodem słońca z każdym dniem się wydłuża. Nie tyle czuję, co przeczuwam wiosnę. Zabłąkane promienie rozjaśniają okna. Czuję się jak ptak, któremu przetrącono skrzydło i nie mógł odlecieć w ciepłe strony.

Zima w miasteczku hartuje jak kąpiel w lodowatej wodzie. Po rynku bezładnie biega pies. Wygląda trochę jak wyżeł – ma piękne wcięcie w talii, choć pewnie to nie znamię arystokratycznej rasy, ale wygłodzenia. Przez chwilę podąża za kobietą, która pogłaskała go ciepłą dłonią. Samozwańczy wyżeł zatrzymuje się jednak, gdy nadjeżdża autobus i patrzy w otwarte drzwi, jakby wsiąść i odjechać. Ja i pies nabieramy sił. Obmyślamy plan podróży.

Autor:

Piszę i skreślam. Więcej skreślam, niż piszę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s