Wyróżnione
Opublikowany w Książki, Recenzje

Urodzona pod modną gwiazdą

„Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka” Krzysztofa Tomasika to książka, którą się czyta nie tylko z zaciekawieniem, ale także z przyjemnością ogląda. Pięknie wydana publikacja, okraszona ogromną ilością archiwalnych zdjęć, wycinków z gazet, szkiców i rysunków przedstawiających projekty kreacji  – przypomina wielobarwny collage. Nie brakuje tu także zabawnych anegdot, miłosnych historii, mało znanych faktów z życia tytułowej bohaterki.

Z kart książki wyłania się silna kobieta urodzona pod szczęśliwą gwiazdą. Grażyna Hase przyszła na świat 12 stycznia 1939 roku, ochrzczona we wrześniu — miesiącu, w którym wybuchła wojna. Z wojennej zawieruchy jej najbliższa rodzina wyszła na szczęście cało.

Grażyna jako nastolatka wyróżnia się urodą i charakterem. Jest szczupła, zgrabna i bardzo fotogeniczna. Nieprzeciętna, wyróżnia się z tłumu dziewcząt. Od najmłodszych lat zwraca uwagę na stroje, lubi być ładnie i oryginalnie ubrana.   Nic dziwnego, że karierę modelki zaczyna już jako podlotek. Czytaj dalej „Urodzona pod modną gwiazdą”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Miłość?

 

notesNagość widziana w mętnym blasku świecy. Pokój podzielony poziomo na dwie strefy — po podłodze, łóżku, nogach krzeseł pełzają pojedyncze ogniki, a sufit, ściany, zarys szafy toną w mroku. Prababka nieboszczka gapi się z portretu.

Niby nie ma pośpiechu, cała noc przed nimi. Dlaczego jednak noc, a nie dzień? Niby nie ma wstydu. Wnętrze nie patrzy na nich beznamiętnym okiem przypadkowego obserwatora. Prześcieradło nie parzy hotelowym chłodem. Żaden szelest, oprócz odgłosu wiatru w polu, nie zakłóca im spokoju. Dlaczego więc jest tylko woda, jeśli mogłoby być wino? Niby nie ma rozczarowania. Trzeźwość serca i kryształowa przejrzystość zmysłów. Źrenice rozszerzone w ciemnościach. Milczenie, które kłamie, że mówi więcej niż słowa. Alchemia miłości.

Dlaczego zatem ona milczy, a on bez przerwy mówi. Dlaczego ona zapamięta kolor ścian, deseń na dywanie, krążek po zbyt gorącej szklance z herbatą odciśnięty na ławie, nierealnie zdziwioną świętą familię na obrazie, pstrą makatę, zepsuty kurek z ciepłą wodą, szufladę pełną szpargałów i to jego nieustanie powracające pytanie: o czym mylisz, kochanie?

Uśmiech mądrości, który wyrósł tuż obok zęba mądrości, zagadkowe spojrzenia aseksualnej Mona Lisy i jej lapidarna odpowiedź w kształcie mini-pigułki: o niczym.

On mruży oczy, jakby zaciągał się papierosem, siada głębiej w fotelu, odsuwając się od niej o całe lata świetlne, wydmuchuje dymek niewypowiedzianych słów i strząsa niewidzialny popiół. Czego się spodziewał? Przemienienia wody w wino? Słów słodszych niż karmelki? Nagości większej niż sama nagość?

Po chwili jednak pochyla się do przodu i pyta pauzując każde słowo: Jak sądzisz, co dalej będzie z nami, co się wydarzy?

Nic – mówi ona i dodaje:

I to bez podtekstów znanych z dzieł Szekspira.

 

Opublikowane drukiem w 2006 roku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyróżnione
Opublikowany w Rozmowy

Pięć tysięcy znaków dziennie…

„Dlaczego mam opowiadać historię o niefajnych ludziach? Miałbym doła, pisząc taką książkę. Ja w ogóle uważam, że ludzie mają i dobre, i złe cechy. Sami decydują, które z nich wyeksplorować ” – mówi Igor Brejdygant, autor „Paradoksu”. W szczerej rozmowie opowiada o tym, czym się kierował, konstruując swoich bohaterów. Przyznaje, że książkowy Kaszowski ma wiele z… Bogusława Lindy.  Zdradza też, dlaczego tak długo kazał nam czekać na swój literacki debiut.  I mówi, co myśli o filmach dokumentalnych, które tylko udają, że „tak było naprawdę”.

Skąd wziął się pomysł, żeby scenariusz do serialu „Paradoks” zaadaptować na książkę?

– Za tym nie stoi jakaś skomplikowana historia. Spotkałem się z wydawnictwem Marginesy, które zaproponowało, żebym napisał dla nich książkę. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że warto ją stworzyć na podstawie scenariusza do serialu „Paradoks”. Dzięki temu było się od czego odbić i w jakiś sposób ustawiło mnie to marketingowo, a w związku z tym, że miał to być mój debiut książkowy, taka platforma do odbicia się była bardzo przydatna.

Każda sytuacja ma jednak dobre i złe strony.  Plus był taki, że pisząc tę książkę, czułem się w pewnym sensie bezpiecznie, kiedyś już tę historię opowiedziałem i wiedziałem, że ma sens.  Z drugiej strony było trudniej, bo nie niosła mnie już ciekawość samych zdarzeń. Na szczęście pojawiły się inne ciekawości do zaspokojenia, np. bohaterów, miejsc, splotów sytuacji, relacji – różne rzeczy, które w scenariuszu były w ograniczonym stopniu opisane, a tutaj mogłem popłynąć.

Jak technicznie wyglądała u pana praca nad książką?

– Po pierwsze unikałem oglądania serialu w trakcie pisania, natomiast do scenariusza sięgałem i się nim podpierałem. Historia kryminalna jest opowieścią, którą trzeba naszkicować dosyć precyzyjnie. W związku z tym, jeżeli już raz była w ten sposób opisana, to wymyślanie jej od początku nie ma sensu, a wręcz jest trochę ryzykowne. Skoro więc umówiliśmy się z wydawnictwem, że opowiadam tę samą historię, zbudowaną z tych samych klocków, to szczególnie w warstwie intrygi jak najbardziej podpierałem się scenariuszem.

W książce nie znalazły się wszystkie epizody z serialu. Czym się pan kierował wybierając te konkretnie historie?

– W powieści znalazły się te, które są mi najbliższe, nie tylko ze względu na łamigłówki, o których opowiadają, ale także ze względów emocjonalnych. Poza tym, proszę zauważyć, że to jest pierwsze pięć epizodów z serialu. Zaważyły więc także względy praktyczne – zwyczajnie okazało się, że jeśli miałbym ująć wszystkie wątki ze scenariusza, to pewnie powstałoby coś na miarę „W poszukiwaniu straconego czasu” w sensie długości oczywiście jedynie (śmiech).

Zastanowiło mnie, że świat przez pana przedstawiony jest bardzo idealistyczny — dobrzy policjanci, a dawniej milicjanci pozostają dobrzy i praworządni do końca, a źli nie są źli do szpiku kości. W tym drugim przypadku mam na myśli choćby Waldemara i Zielińskiego. Jest pan idealistą?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Najpierw powstał scenariusz do serialu Paradoks, a dopiero potem książka

– Oczywiście, jestem idealistą, romantykiem i jestem sentymentalny. Z czego to wynika? Nie wiem. Natomiast bohaterowie „Paradoksu” — nie są szczególne przylukrowani, wszyscy mają jakąś ciemną stronę, która nam się nieszczególnie podoba. Na przykład podkomisarz Majewska jest zasadnicza i trzyma się przepisów, z kolei inspektor Kaszowski bywa chamski i nieokrzesany.  Ale — summa summarum — dlaczego mam opowiadać historię o  niefajnych ludziach? Miałbym doła, pisząc taką książkę. Ja w ogóle uważam, że ludzie mają i dobre, i złe cechy. Sami decydują, które z nich wyeksplorować. Ja zdecydowałam, że pisząc tę książkę będę szukał tych dobrych . Zresztą w życiu też staram się robić podobnie, to my wybieramy, które cechy pielęgnujemy. Pomogłem moim bohaterom wyciągnąć ich atuty.

Kolejna rzecz, która mnie zaskoczyła, to profil psychologiczny Kaszowskiego. Chyba bliska mu jest myśl Kanta: Niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie. Kaszowski bowiem prawo rozumie po swojemu i czasem pozwala na to, żeby to ludzie sami wymierzali sprawiedliwość.

– Tak, to jest oczywiście na pewno dyskusyjne i kontrowersyjne również dla mnie zresztą. Swoją drogą, ktoś już mnie za to próbował kiedyś nawet zganić. Kaszowski jest jaki jest. Policyjny konsultant, z którym rozmawiałem na temat literackiej postaci Kaszowskiego, powiedział mi, że funkcjonariusze policji czasem postępują tak jak on. Nie chcę przez to powiedzieć, że prawo jest fikcją. Kaszowski nie zawsze podejmuje słuszne decyzje, ale też na szczęście nie jest zawsze ich pewien. A ja najbardziej nie lubię ludzi, którzy są zawsze wszystkiego w stu procentach pewni.

igor_brejdygnt_paradoks
Fot. Magdalena Wolna/ Mat. prasowe Wydawnictwo Marginesy

A wracając do serialu — był pan zadowolony, że Kaszowskiego zagrał właśnie Bogusław Linda?

– To że Linda wcielił się w tę rolę, to było dla mnie miłe zaskoczenie. Od zawsze lubiłem go i ceniłem jako aktora i wreszcie miałem okazję poznać osobiście i mówiąc nieco skrótowo okazał się po prostu bardzo fajnym gościem i niezwykle profesjonalnym aktorem. Kaszowski, którego zbudowałem na potrzeby książki siłą rzeczy sporo dostał od Lindy, trochę to się musiało wszystko zmacerować.
Byłem też zadowolony, że to Ania Grycewicz wcieliła się w rolę Majewskiej, choć byli tacy widzowie, którzy twierdzili, że jej gra była za trudna. W ogóle zdaje się dla wielu serial był za trudny, nawet jeden z widzów napisał w komentarzu na stronie, żeby telewizja zdjęła „Paradoks”, bo jak go ogląda, to się musi skupić.

Chciałam się jeszcze przez chwilę zatrzymać nad tym, jak pan konstruował bohaterów – najpierw scenariusza, potem książki.

– Bohaterowie są raczej wymyśleni, tu nie ma jakichś bezpośrednich wzorców personalnych. Nie mogę powiedzieć, że Kaszowski to tak naprawdę X albo Ygrek. Ale kiedy już wymyśliłem Kaszowskiego, to potem  tekst — jak już wcześniej wspomniałem — trafił do konsultanta policyjnego. On nie miał mi doradzać w sprawie bohatera, tylko powiedzieć, czy nie ma jakiś ewidentnych przekłamań.  Tymczasem on stwierdził, że jest to postać wysoce prawdopodobna, a to dla mnie wystarczająca rekomendacja. Ten serial ani później książka nie miały nigdy ambicji bycia dokumentem czy reportażem.

 Nie jak u Patryka Vegi?

– Nie, to jest inna literatura, czy raczej inny film. Szanuję tamten sposób opowiadania rzeczywistości, wiem, że jest duże zapotrzebowanie na film  i literaturę, która opowiadają, że to było naprawdę. Z przykrością muszę jednak poinformować czytelników, że to tak naprawdę, nie jest naprawdę. Tylko udaje, że jest naprawdę. A ja nie udaję, że jest naprawdę, ale okazuje się, że jest prawdopodobnie.

Sporo konsultowałem, ale taki doświadczony konsultant policyjny wie, że nie ma sensu urealniać scenariusza czy tekstu literackiego na siłę, bo takie realne sytuacje są po prostu banalne i nudne. Pomijając fakt, iż życie najczęściej nie trzyma się zasad dramaturgii, no może z wyłączeniem meczy piłkarskich, trzeba zostawić tę licentia poetica, żeby to zaciekawiało czytelnika. Gdyby to wszystko urealnić, to ludzie odkładaliby książki i wyłączali telewizory.

Pana powieść bardzo dobrze mi się czytało nie tylko ze względu na wciągającą akcję, ale także z uwagi na stronę literacką — swego rodzaju misterność języka, jego elegancję. Są takie perełki, które sprawiły, że tekst był dla mnie plastyczny. Choćby moment, kiedy Kaszowski ruszył autem, a ziemia pod kołami zachrzęściła jak grylażowe cukierki. Ale takich fragmentów jest wiele.

– Rzeczywiście, możliwość zabawy słowem to jeszcze jeden powód, dla którego zdecydowałem się napisać książkę. Kiedy piszę scenariusze, to mam często takie uwagi od reżyserów, że za dużo jest tam tego mojego języka. Mam taką przypadłość, że pisząc na przykład opis miejsca, konstruuję go pod reżyserię – wprowadzam atmosferę, w jakiej chciałbym, żeby odbyła się ta scena —  próbuję w ten sposób pomóc kolegom realizatorom, choć nie wiem na ile oni z tych uwag potem korzystają. Tak, język jest ważny, jest podstawą naszego bytowania intelektualnego, pomaga nam okiełznać magmę rzeczywistości nadać jej sens i kierunek.

Tym bardziej zastanawiam się, dlaczego tak długo kazał pan czekać na swoją pierwszą książkę?

– Z bardzo prozaicznego powodu. Żyjemy w pewnych uwarunkowaniach, a ja mam tak ustawione priorytety, że muszę przede wszystkim utrzymać rodzinę. Żeby temu sprostać w życiu bardzo wiele robiłem, imałem się różnych zajęć i w jakimś momencie dotarłem do miejsca, w którym zacząłem żyć i utrzymywać bliskich z pisania scenariuszy. Ale jest też druga rzecz – przez to, że robię w życiu tak wiele rzeczy, odkrywam wciąż nowe lądy, ale zawsze są one w pobliżu filmu. Była reżyseria, fotografia, scenopisarstwo, agencja reklamowa, bywałem też producentem i aktorem. Teraz wchodzę nieśmiało na  pole literatury, aczkolwiek przynajmniej na razie od filmu nie oddaliłem się za bardzo.

Po obejrzeniu serialu, pomyślałam, że czegoś mi w nim brakuje. W każdym odcinku był co prawda jakiś mały paradoks, ale nie doszukałam się tego najważniejszego, tytułowego.

– Serial rzeczywiście kończy się w sposób otwarty, nie zamykamy wszystkich wątków celowo, aby można było nakręcić kolejną serię, ale mamy tam też paradoks dosyć zasadniczy, którego oczywiście nie mogę zdradzić, bo wszedłby wtedy na ostatnie pięć stron książki. W powieści jest jeszcze o jeden paradoks więcej – miałem troszkę więcej czasu na przemyślenie, ale nie zdradzajmy szczegółów.

Wiem, że pracuje Pan nad kolejnym scenariuszem – do serialu „BELLE EPOQUE”. Zdradzi Pan coś więcej na temat tej produkcji?

– To jest znów kryminał, z rozbudowanym tłem obyczajowym. Jestem scenarzystą prowadzącym, a jednocześnie piszącym, czyli piszę niektóre odcinki, ale głównie czuwam nad całością. Konstrukcja jest podobna do „Paradoksu”, czyli w każdym odcinku pojawia się jakaś zagadka kryminalna, a w tle jest wątek nadrzędny tak obyczajowy jak i zapleciony w niego wątek kryminalny. Rzecz dzieje się na początku XX wieku w Krakowie, bardzo mroczne zbrodnie, bardzo piękne stroje, bieda i bogactwo, blichtr i błoto. Polecam.

A pisze pan zdaje się też już kolejną książką?

– Tak, piszę kolejny kryminał. Tym razem nie będzie wielu przypadków.  Będzie… jeden wielki przypadek. Narracja będzie prowadzona z punktu widzenia trzech postaci — policjantki, seryjnego mordercy i potencjalnej kolejnej ofiary tego ostatniego. Narzuciłem sobie konkretne tempo pracy i codziennie staram się pisać po pięć tysięcy znaków. Wychodzę z założenia, że nie ma co czekać na natchnienie. Tym bardziej, że potem okazuje się na przykład, że to, co było napisane w męce jest lepsze od tego, co pisało się łatwo i w porywie natchnienia.

dlugopis

Wydawnictwu Marginesy dziękuję za udostępnienie mat. prasowych – zdjęć portretowych do wywiadu.

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Zaślubiny

notesLudzie przesuwali się wolno — noga za nogą, lelum polelum. Powłóczyli nogami, szorując butami po wypolerowanym na błysk parkiecie. Kolorowy korowód postaci ospale dreptał wkoło sali. Przechodzili kilka metrów i przystawali, przesuwali się dalej, i znów przystawali, pokonywali kolejny metr, i znów… Niektórzy otwarcie ziewali albo szeptali, inni przytakiwali przykładnie głowami. Nieliczni, ci szczerze zainteresowani, zadawali pytania, głośno się dziwili albo wyrażali zachwyt.

Tania odłączyła się od grupy, nie lubiła tłumu. Była jak kot, który zawsze chodzi swoimi drogami. I jak kot wolała się wszystkiemu przyglądać z pewnego oddalenia. Nieufnie. Spojrzenie też miała kocie — patrzyła jakby na przestrzał człowieka. Nieraz od swojej matki słyszała, że jej babka też ma taki nieprzenikniony wzrok. I nie był to komplement.

Dziewczyna nie słuchała tego, co mówi kustosz. Była zbyt zajęta własnymi myślami. Sztuka sakralna jej nie interesowała, minęła więc zwiedzających i pewnym krokiem przeszła do sali obok. Rozejrzała się dookoła. Niedbale rzuciła okiem na ekspozycję. Ale coś przykuło jej uwagę na dłużej. Patrzyła przed siebie z osłupieniem, ale i zachwytem. Gdyby naprawdę była kotem to wpadłaby w mruczący trans.

Para stała pośrodku czerwonego prostokątnego dywanika. On trzymał jej dłoń w swojej dłoni, a drugą ręką ją obejmował. Ona stała z pochyloną głową. W tych ich wzajemnych gestach była delikatność, powściągliwość i pewna niepewność. A jednak, choć mężczyzna sprawiał wrażenie nieśmiałego, a może raczej onieśmielonego, to zdecydowanym gestem obejmował kobietę, otaczał ramieniem, niczym płaszczem. Ich głowy otaczała jasna poświata, a ich samych złota przestrzeń. Nad tą nietypową parą dwa aniołki trzymały czerwoną wstęgę albo może trafniej — draperię. Jeszcze wyżej widniał napis cyrylicą.

Tania podeszła bliżej, przez chwilę przyglądała się nietypowej scence, potem przeczytała podpis, który znajdował się poniżej obrazu: „Ikona zaślubin Maryi i Józefa”. Wyciągnęła z kieszeni kurtki smartfon i cyknęła zdjęcie. Zrobiła krok do tyłu, żeby zrobić jeszcze jedno ujęcie, ale ktoś chwycił ją za ramię. „Proszę pani, tutaj nie wolno robić zdjęć” — powiedział grzecznie, ale stanowczo strażnik.  Dziewczyna wycofała się z sali, wyszła na świeże powietrze i przysiadła na ławce, która stała tuż obok wejścia do muzeum.

Odwróciła twarz w kierunku zachodzącego majowego słońca, które nieśmiało obracało się na niebie. Przymknęła oczy, ale nie mogła przestać myśleć o tym, co zobaczyła przed chwilą — pod powiekami jakaś niewidoczna ręka cały czas szkicowała scenkę z ikony. Wyobrażała sobie, że zmazuje ją gumką, ale po chwili scenka znów się pojawiała.

„Nie ruszaj tego, dziecko. Nie ruszaj tego, dziecko” — głos babki robił się bardziej skrzeczący zawsze wtedy, gdy strofowała Tanię. A strofowała ją często, bo ruszać nie można było właściwie niczego, co znajdowało się w jej domu, a już szczególnie w jej sypialni. Tymczasem właśnie tam były najbardziej frapujące przedmioty — porcelanowe bibeloty, kasetki z biżuterią, okrągłe pudła z kapeluszami, przycisk do papieru, który wyglądał jak wyspa i malutki, drewniany obrazek z parą, która trzymała się za ręce, stojąc na tle złotości. Tak, „złotości”, właśnie tak mówiła na to wtedy Tania. Czytaj dalej „Zaślubiny”

Wyróżnione
Opublikowany w Książki, Recenzje

Wplątani w grę pozorów

Jak zrecenzować kryminał, żeby nie odbierać czytelnikowi przyjemności płynącej z lektury i nie zdradzić zbyt wielu szczegółów? Trudne zadanie, ale spróbuję…

„Paradoks” to debiut literacki Igora Brejdyganta. Początkowo dziwiłam się, że człowiek bardzo sprawnie posługujący się piórem, tak długo zwlekał z napisaniem swojej pierwszej książki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do tej pory znany był przede wszystkim jako scenarzysta, reżyser, producent, a nawet aktor. To właśnie on jest autorem scenariusza do serialu „Paradoks”, w którym główną rolę zagrał nieoceniony Bogusław Linda. Rozmowa z Igorem Brejdygantem pozwoliła mi zrozumieć jego motywacje. (Wywiad z autorem „Paradoksu” już wkrótce na blogu).

Często bywa tak, że jakieś dzieło literackie tak bardzo zafascynuje filmowców, że staje się ono kanwą do powstania scenariusza. Tym razem było odwrotnie – powieść powstała na motywach scenariusza do serialu „Parados”. W książce znalazło się jednak mniej opowieści, bo tylko pięć — odpowiadających pierwszym epizodom z serialu. Nie zabrakło także historii nadrzędnej, wokół której zawiązana jest cała fabuła. Czytaj dalej „Wplątani w grę pozorów”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Gdyby Grek Zorba zatańczył nad Wisłą

notesSamolot zniżał lot. Przez okrągłe okno widać było przekrzywiony świat. Pod nami zamajaczył mały szary prostokąt lotniska w Chanii. To, co przed chwilą wyglądało jeszcze jak makieta, zaczynało nabierać realnych kształtów – wojskowe samochody, olbrzymie baraki w moro należące do śródziemnomorskiej Bazy Sił Zbrojnych USA, spalona słońcem ziemia i kosmiczny krajobraz utkany ze srebrnych wzniesień. Strop nieba jest tu wyjątkowo niski, a ciężkie deszczowe chmury potrafią bezwstydnie rozpanoszyć się między ostrymi szczytami Gór Białych. Czytaj dalej „Gdyby Grek Zorba zatańczył nad Wisłą”

Wyróżnione
Opublikowany w Lekcja pisania

Akcja redakcja

stalowkaNa dzisiejszej lekcji pisania chciałam Wam opowiedzieć o jednym z bardzo ważnych – końcowych etapów pracy nad książką, ale nie byle jaką, tylko historyczną i faktograficzną. Nie chcę w ten sposób umniejszać walorów beletrystyki, tylko pokazać, że praca nad taką publikacją jest wyjątkowo żmudna. Nawet wówczas, gdy jest to pozycja, która nie aspiruje do miana podręcznika uniwersyteckiego, a jedynie książki popularno-naukowej.

Przykładem takiej książki są „Wysokie progi. Opowieści z wyższych sfer” Krystyny Wasilkowskiej-Frelichowskiej. Tak, ta pani to moja rodzina 😉

Wydanie tej książki poprzedziły miesiące żmudnych przygotowań. Opracowanie tematu, research, zbieranie materiałów, wyjazdy, wywiady, godziny nagrań na dyktafonie, tygodnie spędzone w bibliotekach i Archiwach Akt Dawnych. A potem kolejne tygodnie pisania, autoryzowania, poprawiania. Uf… Wreszcie wydawało się, że książka została ukończona i gotowa, aby zaprezentować ją wydawcy. I tutaj dopiero zaczęły się schody.

Autorka na skraju załamania nerwowego! Na całe szczęście w odpowiednim momencie wkroczyła córka-redaktorka.

Moja mama miała pecha albo szczęście, że byłam pierwszą czytelniczką tej książki. Pecha, bo znalazłam w tekście mnóstwo nieścisłości i niestaranności. I nie mam tu na myśli warstwy faktograficznej, bo ta była bezbłędna, ale – jakby to nazwać – technicznej.

Nie będę Wam opisywać jak wygląda stylistyczna i językowa redakcja takiego tekstu, bo to temat na zupełnie oddzielny post, ale podzielę się moimi spostrzeżeniami na temat technicznych aspektów pracy nad literaturą faktograficzną. I po raz kolejny okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach… Czytaj dalej „Akcja redakcja”

Wyróżnione
Opublikowany w Lekcja pisania

Daj gryza…

Piszesz, tworzysz, pretendujesz do miana autora? Wydaje ci się, że Twoje teksty są jedyne w swoim rodzaju – wyjątkowe, awangardowe i niepowtarzalne? Daj poczytać je komuś, kto zjadł zęby na pisaniu, redagowaniu i uczeniu. Znajdź mentora. 

Kiedy uczęszczałam do Szkoły Podstawowej, a było to w ubiegłym wieku, modne było dzielenie się na przerwach kanapkami. „Daj gryza” – to nie była prośba, to był imperatyw. Takie bratnie nie bardzo mi się podobało, wolałam więc oddać całą kanapkę, niż zgodzić się na tego przysłowiowego „gryza”. Kanapkowe spoufalenie bardzo mnie mierziło, ale przecież na swój sposób wyprzedzaliśmy swoje czasy. Dzisiaj jurorzy MasterChaefa robią dokładnie to samo, czyli degustują, kosztują, rozsmakowują się, biorąc na ząb przygotowane przez innych specjały.

kanapka

Jak się jednak domyślacie, ten tekst nie będzie dotyczyć kulinariów, chociaż ze szkołą ma coś wspólnego. W trzeciej lekcji pisania wspominałam Wam o tym, że warto mieć mentora, który poprowadzi nas, wskazując najlepszą dla nas literacką drogę.  Choć stare chińskie przysłowie mówi, że…  gdy uczeń jest gotowy, Mistrz się pojawia, to ja byłabym ostrożna i nie czekałabym na ów cud. Prawda jest taka, że kiedy zaczynamy poświęcać więcej czasu na rozwój naszych pasji, bywać w miejscach, które są z nimi związane, to rzeczywiście pojawiają się mentorzy.

Nie inaczej było ze mną. Ilekroć oddawałam się sprawom, do których nie miałam przekonania, czy – jakby powiedział mistrz banału Coelho – brałam udział w nie swoich wojnach, wówczas pojawiali się na mojej drodze nauczyciele… uzurpatorzy. Mieli różne oblicza – mogły to być książki pokroju „Wojownika światła”, skostnieli akademiccy wykładowcy, dobrze przyjaciele, którzy studzą zapał, czy zakompleksieni szefowie z niekończącym się bólem d…py.

Kiedy z kolei zaczynałam podążać za marzeniami – jakkolwiek nie brzmiałoby to znów jak mądrość zaczerpnięta z dzieł Coelho – zjawiali się ci właściwi, prawdziwi nauczyciele. Ludzie, którzy nie krytykują, nie oceniają, nie podważają naszych kompetencji, a jedynie chcą się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem. Mało tego – oni uczą się także od nas. Bo mentoring to rozmowa, wymiana i transakcja wiązana. Czytaj dalej „Daj gryza…”

Wyróżnione
Opublikowany w Miejsca

W pracowni Mistrza

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W Muzeum Historycznym w Sanoku. Zachwycona obrazami Zdzisława Beksińskiego

Pamiętacie jak wspominałam Wam w drugiej Lekcji pisania, że warto odwiedzać muzea oraz galerie, bo to bardzo rozwijające doświadczenie?Podtrzymuję to, co napisałam, ale z małym zastrzeżeniem. Są muzea, w których chodzi się w kapciach, a przewodnik przegania zwiedzających od eksponatu do eksponatu. Czuję się w nich nieswojo – jak nieproszony gość albo barbarzyńca w ogrodzie. Są też takie, jak Muzeum Historyczne w Sanoku – przyjazne ludziom świątynie sztuki. Tam przy każdym obrazie można się na dłużej zatrzymać, a nawet przysiąść, żeby chwilę pomyśleć. Właśnie takie niezwykłe i dopieszczone miejsca będę Wam polecać na moim blogu. 

Najpierw przeczytałam książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, potem obejrzałam film „Ostatnia rodzina”, wreszcie wyruszyłam do Sanoka, gdzie w Muzeum Historycznym jest ekspozycja stała prac Mistrza. Rodzinna Beksińskich z Sanokiem związana była od kilku pokoleń i bardzo dla tego miasta zasłużona.

Zdzisław wyjechał z Sanoka w 1977 roku i zamieszkał w Warszawie. Pisałam o tym więcej przy okazji recenzji filmu Ostatnia Rodzina. Sanok pozostał jednak dla niego ważnym miejscem na mapie i wielokrotnie do niego wracał. To tutaj miał swoich przyjaciół, ukochane miejsca i rodzinny grobowiec, w którym spoczęli jego bliscy.

Beksiński w 2001 cały dorobek artystyczny oraz majątek zapisał w testamencie Muzeum Historycznemu w Sanoku. Dzisiaj możemy tam podziwiać nie tylko ekspresyjne, niepokojące, ale na swój sposób piękne obrazy Zdzisława Beksińskiego, ale także jego liczne szkice, grafiki komputerowe i robione przez niego artystyczne fotografie. Tych ostatnich jest tak wiele, że znakomita część zbiorów została umieszczona w specjalnych metalowych komodach, w których szuflady pełnią rolę witryn. Obrazy są wspaniale wyeksponowane, a odpowiednie oświetlenie sprawia, że świat na nich przedstawiony wydaje się wyjątkowo sugestywny, magiczny i oniryczny. W sanockim muzeum niezwykle wiernie zrekonstruowano także warszawską pracownię Beksińskiego.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Tak wyglądała warszawska pracownia  – Muzeum Historycznym w Sanoku

Odtworzono stanowisko pracy Artysty i zadbano o każdy detal – przybory malarskie, rzędy pedantycznie poukładanych płyt, sprzęt biurowy, a nawet widok przez okno na warszawskie blokowisko. Jest także sztaluga z nieukończonym przez malarza obrazem, jego kurtka i odręcznie zapisana kartka – testament, przypięta w widocznym miejscu – na wszelki wypadek… Pracownia wygląda tak, jakby Beksiński wyszedł z niej tylko na chwilę.

Zwiedzający zaglądają do pracowni z ciekawością. To przewrotność losu, zważywszy na to, że Beksiński miał zainstalowane kamery i nie wszystkich wpuszczał do swego mieszkania. Mimo wielkiej ostrożności, pewnego dnia otworzył drzwi do swego mieszkania mordercy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zaglądam do pracowni Mistrza. Muzeum Historyczne w Sanoku

A jednak myślę, że Beksiński cieszyłby się, gdyby wiedział, że jego pracownię mogą teraz podziwiać inni ludzie. Artysta skrupulatnie dokumentował swoje istnienie: zapisywał przemyślenia, nagrywał dzienniki foniczne, rejestrował kamerą życie swoje i najbliższych, robił zdjęcia – wszystko po to, aby pozostawić ślad po sobie dla potomnych. Na jednej ze ścian sanockiego muzeum, gdzie jest prezentowana wystawa jego prac, możemy przecież przeczytać cytat Mistrza, który można także również potraktować jako jego życiowe credo:

W moim przypadku tylko beznadziejna walka ze śmiercią i przemijaniem jest motorem twórczości.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Grafika Beksińskiego w Muzeum Historycznym w Sanoku

Muzeum Historyczne w Sanoku to miejsce niezwykłe – oprócz prac Beksińskiego prezentowany jest tam m.in. bogaty zbiór ikon, sztuka sakralna oraz prace wielu uznanych współczesnych twórców. W muzeum można również nabyć reprodukcje obrazów Mistrza i publikacje jemu poświęcone. Ja kupiłam między innymi książkę „Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia”, która składa się z dwóch części – pierwsza to rozmowa, którą przeprowadził Jarosław Mikołaj Skoczeń z Wiesławem Banachem – dyrektorem sanockiego muzeum, wielkim propagatorem twórczości Mistrza i jego wieloletnim powiernikiem. Druga część książki to dzienniki Zdzisława Beksińskiego – zapiski prowadzone od 1993 roku do lutego 2005. Więcej na jej temat napisałam w recenzji, którą możecie przeczytać TUTAJ.

Czytaj dalej „W pracowni Mistrza”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Sezon na gumowe kamaszki

notesW telewizorze prognoza pogody. Prezenter – oszołom zakochany w Indiach – wskazuje zamaszystym ruchem ręki na przedziwne mapy, którymi oklejone są prostopadłościany. Małe pudełka, podobne do tych po butach, to kraje, zaś wielkie kartony po sprzęcie AGD – kontynenty. Zanurza dłoń w emaliowanym kubku i chlapie wodą miejsca, gdzie według niego będzie padać.

Sen rozmywa się pod powiekami. Boże jak mnie boli głowa… Tak, świat jest wielkim kartonem – kanciastym, szarym, o niepewnych ścianach, łatwo palnych, łatwo się rwących i zbyt szybko namiękających wodą.

Ten kubek… Coś mi jednak przypomniał… Ach tak, mieliśmy kiedyś taką kwartę do nabierania wody. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy wodę przynosiło się wiadrami do domu. Wiadra były cynowe, a kwarta pokryta kremową emalią, która w kilku miejscach zdążyła już odprysnąć. Nie jestem zresztą pewna, czy wiem to wszystko z autopsji, bo to ja towarzyszyłam dziadkowi w wyprawach po wodę? A może z rodzinnych opowiadań, bo to moja babka chodziła ze swoim ojcem po wodę? Wiem, że wiadra były w domu dwa, a nawet trzy – wliczając to, które przeznaczone było na – jak to ująć – zlewki, czy odpady. Dzieciństwo w ogóle kojarzy mi się z emalią.

Emaliowane były garnki, miski, a nawet nocniki. Mieliśmy też emaliowaną wannę – stała na podwórku i służyła do „łapania” deszczówki, w której potem myło się włosy. Włosy myło się wówczas rzadko, żeby się nie zaziębić. Najlepiej latem właśnie, tuż po burzy. Nosiło się końskie ogony i potrząsało głową na lewo i prawo, trzepiąc włosami po oczach chłopców, siedzących obok w ławce. Chłopców waliło się też po głowie workami ze strojem na W-F, za co się stało potem w kącie. Dziś te męsko-damskie sprawy załatwia się już zupełnie inaczej.

Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: jadę tramwajem, za oknami pada deszcz. Dojeżdżamy do przystanku. Patrzę przez okno, a tam, po przeciwnej stronie ulicy, na podwórku biegają – ubrani w kolorowe gumiaki – moi rówieśnicy. Bawią się, wbiegając z impetem w wielką otchłań kałuży. Jakaś kobieta – może ich matka – stoi na progu i je woła, ale one wcale nie reagują. Co jakiś czas, te pogańskie dzieci wyciągają w górę ręce, jakby chciały nałapać w dłonie wody. Wyglądają jak młodzi szamani, wspaniali zaklinacze deszczu, którzy świętują, bo bogowie wysłuchali ich nabożnych próśb. Patrzę i zazdroszczę im – tak bardzo chciałabym się do nich przyłączyć. Świętować razem z nimi w moich nowych czerwonych kamaszkach.

***

Dziś nie masz humoru. Wyczuwam to na odległość. I dziś wyglądasz na swoje lata. Twoje usta zaokrąglają się w przypływie nagłego ziewania, które i mnie się udziela. Czuję zmęczenie twoich mięśni po nieprzespanej nocy. Próbujesz skupić się na pracy, ale nie potrafisz ujarzmić myśli zalewających twoją głowę powodzią, nad którą nie masz żadnej władzy. Synoptycy ostrzegali: „Warunki biometeorologiczne niekorzystne dla meteopatów”. Drży ci nie tylko głos, ale i ręka. To niebezpieczne w twoim fachu. Jeden nieprzewidziany ruch… Przepraszasz więc ostatniego klienta, petenta, pacjenta, że musisz wyjść -nagła sprawa. Nagła sprawa zawsze jest nagła, co dopiero miłość?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Możliwe, że słowo „miłość” jest zbyt podniosłe, zbyt skończone, ale dobrze się komponuje, a jednocześnie nadaje dramatyzmu całej scence. Mamy bowiem blisko pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który zaliczył już program obowiązkowy: dom, drzewo, no cóż… mała wpadka – córka. Mężczyznę, który słucha teraz już tylko wiatru w kominie i ogląda liście pod słońce – a jakże! Dba o rodzinę i rabatki w przydomowym ogródku, a od czasu do czasu, uprawia zdrowy hedonizm, trenując pod okiem instruktora. Mężczyznę, który zamiast stu lat samotności wybrał – z pełną premedytacją – sto lat obowiązku.

W jego uporządkowanym świecie pojawia się ona. Zjawia się nagle i z takim impetem, że wraz z jej przybyciem wszystkie kartki na jego biurku podrywają się do lotu jak spłoszone ptaki i po chwili lękliwie przysiadają na podłodze. Ona wygląda tak, jakby targała ze sobą wiatr na smyczy.

Czytaj dalej „Sezon na gumowe kamaszki”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Wolność

notesPrawie wcale nie wychylam nosa spod ich legowiska. Nie wiem, która to doba. Szósta, może siódma? Najgorsze były pierwsze trzy dni. Chciało mi się jeść, pić, ale nie miałem odwagi stąd wyjść. Wszystko jest tu obce, zwłaszcza zapach. Jedynie ich legowisko pachnie znajomym mi miejscem. I nimi, ale to akurat mnie nie wzrusza. Siedzę więc tutaj i obserwuję, co się dzieje wokół. Widzę ich stopy. Łażą, szurają butami, wnoszą kartonowe pudła, przesuwają meble. Tak bardzo chciałbym wskoczyć do takiego pudła. To dopiero byłaby zabawa! Kiedy się nudzę, kładę się na grzbiecie i przesuwam, odpychając łapkami od materaca. Ona wtedy zagląda pod łóżko i mówi: „A nie mówiłam, że żyje”. I śmieje się jak szalona. Nie lubię tego. Jej głos potem jeszcze długo wibruje mi w uszach.

Czwartej nocy, kiedy oni spali, wymknąłem się i obwąchałem teren. To bardzo interesujące miejsce. Jest tu wiele zakamarków, schowków, schodków, skrytek i tajemnych przejść. Pamiętam, jak go przekonywała do przeprowadzki: „To będzie istny raj na ziemi” – mówiła. I miała rację. Szczególnie zainteresowały mnie strome schody, które prowadzą na jakąś niższą kondygnację. Kiedy się po nich sturlałem, okazało się, że na ich końcu znajdują się drzwiczki zbite z desek, zamknięte jedynie na haczyk. Na dole jest w nich spora szpara. Udało mi się nawet wcisnąć w nią głowę. Niestety, w moim przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że jak głowa przejdzie to i cała reszta się zmieści. Jestem tym nieszczęsnym wyjątkiem, który potwierdza regułę. W każdym razie, kiedy tak niuchałem, co jest za tymi drzwiczkami, wyczułem specyficzną woń. Taki wyrafinowany bukiet może dawać tylko wilgoć, stęchlizna, starzyzna i… myszy. To na pewno nie jest moja ostatnia tam wyprawa!

Któregoś dnia wreszcie zostałem w nowym domu sam. Ona wróciła do pracy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego, bo często mówi, że „nienawidzi tej roboty”.  Albo go straszy, że sobie wyjedzie do Mediolanu, albo Paryża, bo — jak mówi — tam jest jej miejsce. Nie chciałabym, żeby wyjechała. Daje mi rano dużo większe porcje paszteciku, niż on, który na tym smakołyku zawsze skąpi. Zatem — ona wróciła do pracy, a on wyjechał na kilka dni na jakieś sympozjum naukowe. Mogłem więc spokojnie eksplorować dom także za dnia. Niestety, drzwi do kilku pomieszczeń były zamknięte. Zaniepokoiło mnie to nieco, bo w poprzednim miejscu mogłem zaglądać we wszystkie kąty. Tylko jedne drzwi pozostawały dla mnie niedostępne — te „na świat” — jak je nazywali. Kiedy on skądś wracał, poznawałem odgłos jego kroków na klatce i szedłem w kierunku drzwi, żeby go powitać. Jak tylko zamek zachrzęścił w zamku i on pojawiał się w progu, przybiegała ona i zaraz piskliwie krzyczała: „Uważaj, żeby ci nie uciekł”. Nie mogłem znieść tych wysokich tonów i wkrótce przestałem przychodzić, żeby się z nim powitać. Ale nie żałuję, że ona pojawiła się w naszym życiu. Ma to wiele dobrych stron. Daje mi większe porcje jedzenia, a czasem podrzuci mi jakiś kawałek  surowego,  więc niedozwolonego dla mnie mięsa. A wtedy mówi: „Jedz szybko, żeby pan nie zobaczył”. Z tym „panem” to jednak przesadza. Raz na nią syknąłem, ale tak się wystraszyła, że więcej już tego nie próbowałem.

Kiedy oglądałem nowe lokum za dnia, zbadałem też przydatność parapetów. Są kamienne i miło chłodzą skórę — będzie z nich pożytek. Ale to, co zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie, to widok za oknem — zupełnie dla mnie nowy. Nie było tu żadnych wysokich zabudowań, tylko otwarta przestrzeń. Znowu zamarzyłem o wolności.

***

Czasem śni mi się, że dostojnie kroczę po czerwonym dachu jakiegoś domu. Wróble uciekają przede mną w popłochu. Ale ja mam czas. Jeszcze zdążę je przydybać. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama — na pierwszym planie jest prostokątne podwórko w kocich łbach, nieco dalej różany ogród, na środku którego stoi rozłożysty orzech.  Na jego konarach przysiadają ptaki. Teren ten okala wysoki mur z cegły obrośnięty winem. To jest mój rewir. Dalej widać szarą ulicę, a równolegle do niej leniwą rzekę, która niczym salamandra zmienia swój kolor, przystosowując się do odcienia nieba. Tam, za ten czerwony mur, zapędzam się rzadko. Czytaj dalej „Wolność”

Opublikowany w Miejsca

Trzynaście metrów pod ziemią

Pisałam Wam niedawno, że wybieram się do Katowic na plener fotograficzny. W tym mieście byłam wcześniej kilka razy, ale zawsze przelotnie i znałam je jedynie z perspektywy dworca oraz hali lotniska. Tym razem miałam okazję lepiej poznać ten szczególny punkt na mapie Polski, jego mieszkańców oraz odnaleźć kolejne dopieszczone kulturalnie miejsce — Muzeum Śląskie. Na dodatek byłam w Katowicach w wyjątkowym czasie, bo w Barbórkę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
W poszukiwaniu samego siebie… Muzeum Śląskie

Wyprawa po dobre kadry zamieniła się więc w pielgrzymowanie po katowickich zakątkach oraz w… poszukiwanie samej siebie. Okazało się, że Muzeum Śląskie to wymarzone miejsce nie tylko do poznania historii tego regionu, ale także do konfrontacji ze sztuką i… własną jaźnią. Zarówno ja jak i Pan Alter Ego byliśmy zachwyceni. Towarzyszył nam także mój kolega ze studiów podyplomowych – dr Tomasz Michalik, archeolog i kognitywista w jednym. Każde z nas – w swoim tempie i własnymi ścieżkami – przemierzało podziemne sale Muzeum Śląskiego, żeby w końcu ulec całkowitemu szaleństwu – najpierw przy dziwnej lustrzanej konstrukcji (na zdjęciu obok), a potem doznaliśmy prawdziwej iluminacji w Galerii jednego dzieła – ale o tym za chwilę.

Zacznijmy od tego, że do Muzeum trafiliśmy późnym popołudniem, po wielu perturbacjach i dobrych radach mieszkańców Katowic, którzy bezskutecznie próbowali nam wytłumaczyć, jak dotrzeć z osiedla Nikiszowiec do śródmieścia. Najlepiej sprawę ujął kontroler z miejskiej kolejki, który sugerował, żebyśmy szli „na przestrzał bloków”. Niestety, nie posłuchaliśmy jego dobrej rady. W końcu jednak na miejsce dotarliśmy i od razu byliśmy mile zaskoczeni. Po pierwsze Muzeum Śląskie pod osłoną nocy wygląda zjawiskowo. Przed oczami najpierw pojawiła się pięknie iluminowana wieża wyciągowa szybu kopalnianego oraz podświetlone szklane konstrukcje. Te ostatnie są świetlikami, dzięki którym za dnia wpada światło do umieszczonych pod ziemią muzealnych pomieszczeń. Czytaj dalej „Trzynaście metrów pod ziemią”

Opublikowany w Obrazy

Coraz zimniej, coraz cieplej

Jesień i zima nigdy nie należały do moich ulubionych pór roku. Chłód, posępne krajobrazy, coraz krótsze dni, mrok i zmrok. Jako dziecko czerwca, uwielbiam lato, słońce, upały i czerwone czereśnie. Kiedy nadchodzi listopad w swoim pocerowanym płaszczu z liści, zamykam drzwi na cztery spusty i udaję, że nikogo nie ma w domu. Gdybym tylko potrafiła, nuciłabym piosenkę, którą tak pięknie śpiewała Łucja Prus ze Skadlami:

Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Powiśle w słońcu

Nadzieja, że zdarzy się coś dobrego, co odmieni nasze życie właśnie wiosną, bywa jednak złudna. Przekonałam się o tym wiele razy. Wiosna jest jak kot, który lubi wygrzewać się w słońcu, ale wystarczy jeden niesforny ruch, żeby czmychnął i poszedł jedną ze swoich dróg. Czy warto więc tak bardzo czekać na wiosnę, czy może przeprosić się z jesienią?

pc261677

Bywa, że pośród najciemniejszej zimy, rozbłyska światełko. W czasie najzimniejszych nocy, pojawia się ogień. Niech wiosna nie troszczy się o jesień 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Opublikowany w Filmy

Skondensowane zło

szpuafilmowaMuszę przyznać, że czekałam na film Pitbull. Niebezpieczne kobiety” jak na Gwiazdkę – pełna oczekiwań i nadziei, że pod choinką znajdę wreszcie elektryczną kolejkę. Niestety, zamiast elektrycznej dostałam plastikową, z której poodczepiały się wagoniki i każdy pojechał w inną stronę.

szminka

Po pierwsze…

kobiety rzeczywiście są w tym filmie niebezpieczne, zepsute do szpiku kości i moim zdaniem w większości wypadków – zwyczajnie głupie. Mamy tu do czynienia ze złem w czystej postaci – bezrefleksyjnym, słabo umotywowanym psychologicznie i skondensowanym. Napisałabym z chęcią, że w tym filmie źli są wszyscy bez wyjątku, ale mijałoby się to z prawdą. Jest przecież poczciwy Gebels (Andrzej Grabowski) i praworządny Majami (Piotr Stramowski).

Po drugie…

film inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami, a sam Patryk Vega przyznaje, że nie zamieścił w nich wszystkich scen, bo były tak brutalne. Chwali się też tym, że dialogi są autentyczne (czytaj: zasłyszane) – i naprawdę tak rozmawiają gangsterzy i policjanci. Wszystko to martwi mnie jeszcze bardziej, bo tym samym reżyser stawia w tym filmie bardzo kiepską diagnozę społeczną. Czy to możliwe, że wokół nas dzieje się tak wiele zła? Patryk Vega nie pozostawia złudzeń, a na dodatek pokazuje policję jako grupę ludzi, którzy wykonują swoją pracę byle jak, od niechcenia, często nie przestrzegają procedur, są przemęczeni i zniechęceni. Ich brak zaangażowania można jednak wyjaśnić faktem, że mało zarabiają – takie wnioski można wysnuć z filmu.

Po trzecie…

gangsterzy za to mają klawe życie – szczęście im sprzyja, prawo im sprzyja, policjanci często także im sprzyjają, a już z całą pewnością niektóre policjantki.
Dialog Gebelsa ze świeżo upieczoną funkcjonariuszką Zuzą (Joanna Kulig) na pewno jest swoistym credo – zarówno psów, jak i gangsterów. Czytaj dalej „Skondensowane zło”