Wyróżnione
Opublikowany w Miejsca, Praga

Praga na majówkę

Mija właśnie rok od mojej wizyty w czeskiej Pradze i muszę przyznać, że trochę za nią zatęskniłam. Zwłaszcza, że Praga to miasto, w którym kultura stoi na wysokim poziomie. Koncerty, festiwale, uliczni grajkowie, ciekawe muzea – w tym mieście nie sposób się nudzić.

Na dodatek Czesi słyną z poczucia humoru i mają do siebie sporo dystansu. Najlepszym tego dowodem są kontrowersyjne rzeźby współczesnego artysty Davida Černego, jakie możemy podziwiać na ulicach tego miasta, a które Czechów jakoś nie szokują. W Polsce takie instalacje zostałyby od razu okrzyknięte jako obrazoburcze. Czytaj dalej „Praga na majówkę”

Wyróżnione
Opublikowany w Kraków, Miejsca

Kraków – miejsca (nie) obowiązkowe

Lubię Kraków. To taka nieoczywista miłość, bo z jednaj strony ciągnie mnie do tego miasta jak wilka do lasu, a z drugiej strony bywam tam rzadko, żeby nie powiedzieć od wielkiego dzwonu. W Krakowie po raz pierwszy byłam w dzieciństwie z rodzicami i zapamiętałam z tego pobytu spacer po rynku i sznurkową plecioną torebeczkę kupioną pod sukiennicami.  Czytaj dalej „Kraków – miejsca (nie) obowiązkowe”

Wyróżnione
Opublikowany w Książki, Poezja, Recenzje, Słowa

Poezja jest kobietą    

Wiecie, co mnie irytuje? Brak solidarności wśród kobiet. Nie, to nie faceci obgadują nas za plecami, rozliczają z niedowagi,  nadwagi, wzrostu, cellulitu i życiowych wyborów, ale inne kobiety. Nie jesteśmy dla siebie życzliwe, nie wspieramy się, nie sekundujemy, nie cieszymy ze swoich sukcesów, nagminnie dyskredytujemy się nawzajem w oczach innych kobiet, a co gorsza także mężczyzn. A potem się dziwimy, że nikt się z nami – kobietami nie liczy, że inni chcą decydować za nas, że tracimy nasze prawa, chociaż wcześniej same pozbawiłyśmy się wzajemnie poczucia własnej wartości.

Nie ma więc chyba lepszej lektury na Dzień Kobiet niż tomik poezji napisany przez kobietę i dla kobiet. Rupi Kaur urodziła się w Indiach, ale wyemigrowała wraz z rodzicami do Toronto w Kanadzie. Ta młodziutka, 24-letnia poetka jest autorką tomiku wierszy pt. „Mleko i miód”. Jest też performerką — artystką słowa. Co ciekawe swoje wiersze publikuje, m.in. w mediach społecznościowych, np. na Instagramie. Nie wstydzi się swego ciała, kobiecości i odczarowuje tematy tabu, takie jak menstruacja. Na jej profilu i stronie internetowej można zobaczyć zdjęcia, na których pojawia się motyw okresu. A jednak te zdjęcia nie są — moim zdaniem — obrazoburcze czy nieestetyczne. Czytaj dalej „Poezja jest kobietą    „

Wyróżnione
Opublikowany w Filmy, Recenzje

Pokot.Recenzja subiektywna

Czym jest „Pokot” w reżyserii Agnieszki Holland i Kasi Adamik? Thrillerem, kryminałem, przypowieścią, parabolą, ekologicznym moralitetem, ekranizacją książki Olgi Tokarczuk, kinem społecznie zaangażowanym, czarną komedią, a może bajką? Nie wiem. Można porównać ten film do „Antychrysta” Larsa von Triera, bo przyroda w nim jest taka surowa, drapieżna, bezwzględna.

r-palka_241015-13
Fot. Robert Pałka/ Mat. prasowe Next-film

Czytaj dalej „Pokot.Recenzja subiektywna”

Wyróżnione
Opublikowany w Książki, Recenzje

Walentynki -okiem sceptyka

walentynki_koloW stronach, z których pochodzę mówi się dosadnie, że „Miłość to uczucie głupie, zaczyna się na ustach, a kończy…” — no właśnie, kończy się oczywiście różnie, czasem dość gwałtownie i nieprzyjemnie. Mimo wszystko uważam, że jeżeli owa miłość się zdarza czy jak ktoś woli przytrafia, to warto podjąć rękawicę i trochę się poboksować z losem w imię romantyzmu. Z reguły pozostają bowiem po takim starciu jakieś miłe wspomnienia, czasem coś więcej. Jeżeli ktoś ma trochę talentu, to może nawet przekuć takie miłosne historie w jakieś literackie dzieło na miarę „Anny Kareniny”. Czytaj dalej „Walentynki -okiem sceptyka”

Wyróżnione
Opublikowany w Rozmowy

Z wizytą w onirycznym świecie Beksińskiego

wstep

Od fana gier do konesera sztuki

Projekt przeniesienia dzieł Mistrza do wirtualnego świata narodził się z miłości do twórczości Beksińskiego”

– przyznaje Jakub Ruszała, pomysłodawca i inicjator De Profundis – Beksiński VR oraz Creative Director 11th DIMENSION. I dodaje, że kiedyś pracował jako desinger gier komputerowych, a bez tego doświadczenia nie byłby wstanie robić dziś takich instalacji.  Jakub przekonująco opowiada mi o swojej miłości do sztuki i wirtualnej rzeczywistości.

Beksiński to dzisiaj modne nazwisko. Ukazało się kilka książek, powstał film o  rodzinie Beksińskich…

Uprzedzę twoje pytanie. Projekt De Profundis – Beksiński VR nie powstał na fali tej mody. Prace nad nim rozpoczęły się dużo wcześniej. Z projektem powędrowaliśmy do Muzeum Historycznego w Sanoku jeszcze w 2014 roku i była to nasza pierwsza jego prezentacja. Potem wszystko na chwilę nabrało pędu. Muzeum zaakceptowało taką formę, bowiem wcześniej miało obawy, że projekt będzie grą komputerową, a nie chcieli, żeby kojarzyć malarstwo Beksińskiego bezpośrednio z taką formą rozrywki. Pierwsza wystawa odbyła się w marcu 2015 roku w Centrum Sztuki  Mościce w Tarnowie. Czytaj dalej „Z wizytą w onirycznym świecie Beksińskiego”

Wyróżnione
Opublikowany w Lekcja pisania

Jak pisać, żeby nas czytali

kawkaaBardzo się cieszę! Do napisania gościnnego postu udało mi się zaprosić wyjątkową kobietę. Prowadzi blog iwonakmita.pl, na którym o sobie samej napisała: „Matka, żona, redaktorka“. Choć przyznaje, że bloguje od niedawna, to moim zdaniem jej nazwisko to już marka. Chętnie odwiedzam blog Iwony, bo porusza ważne tematy, a każdy jej tekst jest wyważony, a na dodatek świetnie napisany. Zresztą przekonajcie się sami! Iwona Kmita i jej lekcja pisania.  

Jak pisać, żeby nas czytali

Wpadłyśmy z Kingą na siebie, a raczej na swoje blogi, przypadkiem. Jak to w internecie. Zaczęłyśmy się odwiedzać, mailować, aż wreszcie pojawił się pomysł, by wymienić się postami gościnnymi. Stąd mój tekst na jej ciekawym blogu.

– Bardzo cenię, że potrafisz trafnie określić, co jest w tekście ważne i budować go wokół tego. I że piszesz prostym, zrozumiałym językiem – napisała mi Kinga ostatnio. I poprosiła – opublikuj u mnie gościnnie tekst, jak pisać, żeby być czytanym. Hm, pomyślałam sobie, ja, blogerka z niedługim stażem, mam komuś radzić, jak pisać? Miałam wątpliwości, ale po chwili stwierdziłam, że w końcu zajmuję się zawodowo pisaniem i redagowaniem tekstów, więc chyba wiem o tym co nieco. Nie będę się wymądrzać, skoncentruję się wyłącznie na tym, na czym się znam i będę się opierać na swoim doświadczeniu.

Czytaj dalej „Jak pisać, żeby nas czytali”

Wyróżnione
Opublikowany w Filmy, Recenzje

Kamasutra po polsku

szpuafilmowaWidziałam film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” i przyznaję – uwiódł mnie… Po kultową książkę Wisłockiej sięgnęłam jako podlotek. Była to jedna z pierwszych lektur, którą przeczytałam od deski do deski. O samej autorce niewiele wtedy wiedziałam.

Wiele lat później przeczytałam najpierw wywiad, którego udzieliła już jako schorowana starsza pani, a później trafiłam na rozmowę z jej córką Krystyną Bielewicz. Z tych teksów wyłonił się portret niezwykłego człowieka — kobiety z krwi i kości, która nie bała się żyć po swojemu, ale nie była także pozbawiona wad. Dlatego tak bardzo ciekawa byłam filmu, który miał przybliżyć jej historię. I się nie zawiodłam.

SZTUKA KOCHANIA  - © Fot Jaros?aw Sosi?ski / Watchout
Fot. Jerzy Sosiński/ Mat. prasowe Next-film

Czytaj dalej „Kamasutra po polsku”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Miłość?

 

notesNagość widziana w mętnym blasku świecy. Pokój podzielony poziomo na dwie strefy — po podłodze, łóżku, nogach krzeseł pełzają pojedyncze ogniki, a sufit, ściany, zarys szafy toną w mroku. Prababka nieboszczka gapi się z portretu.

Niby nie ma pośpiechu, cała noc przed nimi. Dlaczego jednak noc, a nie dzień? Niby nie ma wstydu. Wnętrze nie patrzy na nich beznamiętnym okiem przypadkowego obserwatora. Prześcieradło nie parzy hotelowym chłodem. Żaden szelest, oprócz odgłosu wiatru w polu, nie zakłóca im spokoju. Dlaczego więc jest tylko woda, jeśli mogłoby być wino? Niby nie ma rozczarowania. Trzeźwość serca i kryształowa przejrzystość zmysłów. Źrenice rozszerzone w ciemnościach. Milczenie, które kłamie, że mówi więcej niż słowa. Alchemia miłości.

Dlaczego zatem ona milczy, a on bez przerwy mówi. Dlaczego ona zapamięta kolor ścian, deseń na dywanie, krążek po zbyt gorącej szklance z herbatą odciśnięty na ławie, nierealnie zdziwioną świętą familię na obrazie, pstrą makatę, zepsuty kurek z ciepłą wodą, szufladę pełną szpargałów i to jego nieustanie powracające pytanie: o czym mylisz, kochanie?

Uśmiech mądrości, który wyrósł tuż obok zęba mądrości, zagadkowe spojrzenia aseksualnej Mona Lisy i jej lapidarna odpowiedź w kształcie mini-pigułki: o niczym.

On mruży oczy, jakby zaciągał się papierosem, siada głębiej w fotelu, odsuwając się od niej o całe lata świetlne, wydmuchuje dymek niewypowiedzianych słów i strząsa niewidzialny popiół. Czego się spodziewał? Przemienienia wody w wino? Słów słodszych niż karmelki? Nagości większej niż sama nagość?

Po chwili jednak pochyla się do przodu i pyta pauzując każde słowo: Jak sądzisz, co dalej będzie z nami, co się wydarzy?

Nic – mówi ona i dodaje:

I to bez podtekstów znanych z dzieł Szekspira.

 

Opublikowane drukiem w 2006 roku.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Zaślubiny

notesLudzie przesuwali się wolno — noga za nogą, lelum polelum. Powłóczyli nogami, szorując butami po wypolerowanym na błysk parkiecie. Kolorowy korowód postaci ospale dreptał wkoło sali. Przechodzili kilka metrów i przystawali, przesuwali się dalej, i znów przystawali, pokonywali kolejny metr, i znów… Niektórzy otwarcie ziewali albo szeptali, inni przytakiwali przykładnie głowami. Nieliczni, ci szczerze zainteresowani, zadawali pytania, głośno się dziwili albo wyrażali zachwyt.

Tania odłączyła się od grupy, nie lubiła tłumu. Była jak kot, który zawsze chodzi swoimi drogami. I jak kot wolała się wszystkiemu przyglądać z pewnego oddalenia. Nieufnie. Spojrzenie też miała kocie — patrzyła jakby na przestrzał człowieka. Nieraz od swojej matki słyszała, że jej babka też ma taki nieprzenikniony wzrok. I nie był to komplement.

Dziewczyna nie słuchała tego, co mówi kustosz. Była zbyt zajęta własnymi myślami. Sztuka sakralna jej nie interesowała, minęła więc zwiedzających i pewnym krokiem przeszła do sali obok. Rozejrzała się dookoła. Niedbale rzuciła okiem na ekspozycję. Ale coś przykuło jej uwagę na dłużej. Patrzyła przed siebie z osłupieniem, ale i zachwytem. Gdyby naprawdę była kotem to wpadłaby w mruczący trans.

Para stała pośrodku czerwonego prostokątnego dywanika. On trzymał jej dłoń w swojej dłoni, a drugą ręką ją obejmował. Ona stała z pochyloną głową. W tych ich wzajemnych gestach była delikatność, powściągliwość i pewna niepewność. A jednak, choć mężczyzna sprawiał wrażenie nieśmiałego, a może raczej onieśmielonego, to zdecydowanym gestem obejmował kobietę, otaczał ramieniem, niczym płaszczem. Ich głowy otaczała jasna poświata, a ich samych złota przestrzeń. Nad tą nietypową parą dwa aniołki trzymały czerwoną wstęgę albo może trafniej — draperię. Jeszcze wyżej widniał napis cyrylicą.

Tania podeszła bliżej, przez chwilę przyglądała się nietypowej scence, potem przeczytała podpis, który znajdował się poniżej obrazu: „Ikona zaślubin Maryi i Józefa”. Wyciągnęła z kieszeni kurtki smartfon i cyknęła zdjęcie. Zrobiła krok do tyłu, żeby zrobić jeszcze jedno ujęcie, ale ktoś chwycił ją za ramię. „Proszę pani, tutaj nie wolno robić zdjęć” — powiedział grzecznie, ale stanowczo strażnik.  Dziewczyna wycofała się z sali, wyszła na świeże powietrze i przysiadła na ławce, która stała tuż obok wejścia do muzeum.

Odwróciła twarz w kierunku zachodzącego majowego słońca, które nieśmiało obracało się na niebie. Przymknęła oczy, ale nie mogła przestać myśleć o tym, co zobaczyła przed chwilą — pod powiekami jakaś niewidoczna ręka cały czas szkicowała scenkę z ikony. Wyobrażała sobie, że zmazuje ją gumką, ale po chwili scenka znów się pojawiała.

„Nie ruszaj tego, dziecko. Nie ruszaj tego, dziecko” — głos babki robił się bardziej skrzeczący zawsze wtedy, gdy strofowała Tanię. A strofowała ją często, bo ruszać nie można było właściwie niczego, co znajdowało się w jej domu, a już szczególnie w jej sypialni. Tymczasem właśnie tam były najbardziej frapujące przedmioty — porcelanowe bibeloty, kasetki z biżuterią, okrągłe pudła z kapeluszami, przycisk do papieru, który wyglądał jak wyspa i malutki, drewniany obrazek z parą, która trzymała się za ręce, stojąc na tle złotości. Tak, „złotości”, właśnie tak mówiła na to wtedy Tania. Czytaj dalej „Zaślubiny”

Wyróżnione
Opublikowany w Książki, Recenzje

Wplątani w grę pozorów

Jak zrecenzować kryminał, żeby nie odbierać czytelnikowi przyjemności płynącej z lektury i nie zdradzić zbyt wielu szczegółów? Trudne zadanie, ale spróbuję…

„Paradoks” to debiut literacki Igora Brejdyganta. Początkowo dziwiłam się, że człowiek bardzo sprawnie posługujący się piórem, tak długo zwlekał z napisaniem swojej pierwszej książki.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Do tej pory znany był przede wszystkim jako scenarzysta, reżyser, producent, a nawet aktor. To właśnie on jest autorem scenariusza do serialu „Paradoks”, w którym główną rolę zagrał nieoceniony Bogusław Linda. Rozmowa z Igorem Brejdygantem pozwoliła mi zrozumieć jego motywacje. (Wywiad z autorem „Paradoksu” już wkrótce na blogu).

Często bywa tak, że jakieś dzieło literackie tak bardzo zafascynuje filmowców, że staje się ono kanwą do powstania scenariusza. Tym razem było odwrotnie – powieść powstała na motywach scenariusza do serialu „Parados”. W książce znalazło się jednak mniej opowieści, bo tylko pięć — odpowiadających pierwszym epizodom z serialu. Nie zabrakło także historii nadrzędnej, wokół której zawiązana jest cała fabuła. Czytaj dalej „Wplątani w grę pozorów”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Gdyby Grek Zorba zatańczył nad Wisłą

notesSamolot zniżał lot. Przez okrągłe okno widać było przekrzywiony świat. Pod nami zamajaczył mały szary prostokąt lotniska w Chanii. To, co przed chwilą wyglądało jeszcze jak makieta, zaczynało nabierać realnych kształtów – wojskowe samochody, olbrzymie baraki w moro należące do śródziemnomorskiej Bazy Sił Zbrojnych USA, spalona słońcem ziemia i kosmiczny krajobraz utkany ze srebrnych wzniesień. Strop nieba jest tu wyjątkowo niski, a ciężkie deszczowe chmury potrafią bezwstydnie rozpanoszyć się między ostrymi szczytami Gór Białych. Czytaj dalej „Gdyby Grek Zorba zatańczył nad Wisłą”

Wyróżnione
Opublikowany w Lekcja pisania

Akcja redakcja

stalowkaNa dzisiejszej lekcji pisania chciałam Wam opowiedzieć o jednym z bardzo ważnych – końcowych etapów pracy nad książką, ale nie byle jaką, tylko historyczną i faktograficzną. Nie chcę w ten sposób umniejszać walorów beletrystyki, tylko pokazać, że praca nad taką publikacją jest wyjątkowo żmudna. Nawet wówczas, gdy jest to pozycja, która nie aspiruje do miana podręcznika uniwersyteckiego, a jedynie książki popularno-naukowej.

Przykładem takiej książki są „Wysokie progi. Opowieści z wyższych sfer” Krystyny Wasilkowskiej-Frelichowskiej. Tak, ta pani to moja rodzina 😉

Wydanie tej książki poprzedziły miesiące żmudnych przygotowań. Opracowanie tematu, research, zbieranie materiałów, wyjazdy, wywiady, godziny nagrań na dyktafonie, tygodnie spędzone w bibliotekach i Archiwach Akt Dawnych. A potem kolejne tygodnie pisania, autoryzowania, poprawiania. Uf… Wreszcie wydawało się, że książka została ukończona i gotowa, aby zaprezentować ją wydawcy. I tutaj dopiero zaczęły się schody.

Autorka na skraju załamania nerwowego! Na całe szczęście w odpowiednim momencie wkroczyła córka-redaktorka.

Moja mama miała pecha albo szczęście, że byłam pierwszą czytelniczką tej książki. Pecha, bo znalazłam w tekście mnóstwo nieścisłości i niestaranności. I nie mam tu na myśli warstwy faktograficznej, bo ta była bezbłędna, ale – jakby to nazwać – technicznej.

Nie będę Wam opisywać jak wygląda stylistyczna i językowa redakcja takiego tekstu, bo to temat na zupełnie oddzielny post, ale podzielę się moimi spostrzeżeniami na temat technicznych aspektów pracy nad literaturą faktograficzną. I po raz kolejny okazuje się, że diabeł tkwi w szczegółach… Czytaj dalej „Akcja redakcja”

Wyróżnione
Opublikowany w Lekcja pisania

Daj gryza…

Piszesz, tworzysz, pretendujesz do miana autora? Wydaje ci się, że Twoje teksty są jedyne w swoim rodzaju – wyjątkowe, awangardowe i niepowtarzalne? Daj poczytać je komuś, kto zjadł zęby na pisaniu, redagowaniu i uczeniu. Znajdź mentora. 

Kiedy uczęszczałam do Szkoły Podstawowej, a było to w ubiegłym wieku, modne było dzielenie się na przerwach kanapkami. „Daj gryza” – to nie była prośba, to był imperatyw. Takie bratnie nie bardzo mi się podobało, wolałam więc oddać całą kanapkę, niż zgodzić się na tego przysłowiowego „gryza”. Kanapkowe spoufalenie bardzo mnie mierziło, ale przecież na swój sposób wyprzedzaliśmy swoje czasy. Dzisiaj jurorzy MasterChaefa robią dokładnie to samo, czyli degustują, kosztują, rozsmakowują się, biorąc na ząb przygotowane przez innych specjały.

kanapka

Jak się jednak domyślacie, ten tekst nie będzie dotyczyć kulinariów, chociaż ze szkołą ma coś wspólnego. W trzeciej lekcji pisania wspominałam Wam o tym, że warto mieć mentora, który poprowadzi nas, wskazując najlepszą dla nas literacką drogę.  Choć stare chińskie przysłowie mówi, że…  gdy uczeń jest gotowy, Mistrz się pojawia, to ja byłabym ostrożna i nie czekałabym na ów cud. Prawda jest taka, że kiedy zaczynamy poświęcać więcej czasu na rozwój naszych pasji, bywać w miejscach, które są z nimi związane, to rzeczywiście pojawiają się mentorzy.

Nie inaczej było ze mną. Ilekroć oddawałam się sprawom, do których nie miałam przekonania, czy – jakby powiedział mistrz banału Coelho – brałam udział w nie swoich wojnach, wówczas pojawiali się na mojej drodze nauczyciele… uzurpatorzy. Mieli różne oblicza – mogły to być książki pokroju „Wojownika światła”, skostnieli akademiccy wykładowcy, dobrze przyjaciele, którzy studzą zapał, czy zakompleksieni szefowie z niekończącym się bólem d…py.

Kiedy z kolei zaczynałam podążać za marzeniami – jakkolwiek nie brzmiałoby to znów jak mądrość zaczerpnięta z dzieł Coelho – zjawiali się ci właściwi, prawdziwi nauczyciele. Ludzie, którzy nie krytykują, nie oceniają, nie podważają naszych kompetencji, a jedynie chcą się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem. Mało tego – oni uczą się także od nas. Bo mentoring to rozmowa, wymiana i transakcja wiązana. Czytaj dalej „Daj gryza…”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Sezon na gumowe kamaszki

notesW telewizorze prognoza pogody. Prezenter – oszołom zakochany w Indiach – wskazuje zamaszystym ruchem ręki na przedziwne mapy, którymi oklejone są prostopadłościany. Małe pudełka, podobne do tych po butach, to kraje, zaś wielkie kartony po sprzęcie AGD – kontynenty. Zanurza dłoń w emaliowanym kubku i chlapie wodą miejsca, gdzie według niego będzie padać.

Sen rozmywa się pod powiekami. Boże jak mnie boli głowa… Tak, świat jest wielkim kartonem – kanciastym, szarym, o niepewnych ścianach, łatwo palnych, łatwo się rwących i zbyt szybko namiękających wodą.

Ten kubek… Coś mi jednak przypomniał… Ach tak, mieliśmy kiedyś taką kwartę do nabierania wody. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy wodę przynosiło się wiadrami do domu. Wiadra były cynowe, a kwarta pokryta kremową emalią, która w kilku miejscach zdążyła już odprysnąć. Nie jestem zresztą pewna, czy wiem to wszystko z autopsji, bo to ja towarzyszyłam dziadkowi w wyprawach po wodę? A może z rodzinnych opowiadań, bo to moja babka chodziła ze swoim ojcem po wodę? Wiem, że wiadra były w domu dwa, a nawet trzy – wliczając to, które przeznaczone było na – jak to ująć – zlewki, czy odpady. Dzieciństwo w ogóle kojarzy mi się z emalią.

Emaliowane były garnki, miski, a nawet nocniki. Mieliśmy też emaliowaną wannę – stała na podwórku i służyła do „łapania” deszczówki, w której potem myło się włosy. Włosy myło się wówczas rzadko, żeby się nie zaziębić. Najlepiej latem właśnie, tuż po burzy. Nosiło się końskie ogony i potrząsało głową na lewo i prawo, trzepiąc włosami po oczach chłopców, siedzących obok w ławce. Chłopców waliło się też po głowie workami ze strojem na W-F, za co się stało potem w kącie. Dziś te męsko-damskie sprawy załatwia się już zupełnie inaczej.

Pamiętam z dzieciństwa taką scenę: jadę tramwajem, za oknami pada deszcz. Dojeżdżamy do przystanku. Patrzę przez okno, a tam, po przeciwnej stronie ulicy, na podwórku biegają – ubrani w kolorowe gumiaki – moi rówieśnicy. Bawią się, wbiegając z impetem w wielką otchłań kałuży. Jakaś kobieta – może ich matka – stoi na progu i je woła, ale one wcale nie reagują. Co jakiś czas, te pogańskie dzieci wyciągają w górę ręce, jakby chciały nałapać w dłonie wody. Wyglądają jak młodzi szamani, wspaniali zaklinacze deszczu, którzy świętują, bo bogowie wysłuchali ich nabożnych próśb. Patrzę i zazdroszczę im – tak bardzo chciałabym się do nich przyłączyć. Świętować razem z nimi w moich nowych czerwonych kamaszkach.

***

Dziś nie masz humoru. Wyczuwam to na odległość. I dziś wyglądasz na swoje lata. Twoje usta zaokrąglają się w przypływie nagłego ziewania, które i mnie się udziela. Czuję zmęczenie twoich mięśni po nieprzespanej nocy. Próbujesz skupić się na pracy, ale nie potrafisz ujarzmić myśli zalewających twoją głowę powodzią, nad którą nie masz żadnej władzy. Synoptycy ostrzegali: „Warunki biometeorologiczne niekorzystne dla meteopatów”. Drży ci nie tylko głos, ale i ręka. To niebezpieczne w twoim fachu. Jeden nieprzewidziany ruch… Przepraszasz więc ostatniego klienta, petenta, pacjenta, że musisz wyjść -nagła sprawa. Nagła sprawa zawsze jest nagła, co dopiero miłość?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Możliwe, że słowo „miłość” jest zbyt podniosłe, zbyt skończone, ale dobrze się komponuje, a jednocześnie nadaje dramatyzmu całej scence. Mamy bowiem blisko pięćdziesięcioletniego mężczyznę, który zaliczył już program obowiązkowy: dom, drzewo, no cóż… mała wpadka – córka. Mężczyznę, który słucha teraz już tylko wiatru w kominie i ogląda liście pod słońce – a jakże! Dba o rodzinę i rabatki w przydomowym ogródku, a od czasu do czasu, uprawia zdrowy hedonizm, trenując pod okiem instruktora. Mężczyznę, który zamiast stu lat samotności wybrał – z pełną premedytacją – sto lat obowiązku.

W jego uporządkowanym świecie pojawia się ona. Zjawia się nagle i z takim impetem, że wraz z jej przybyciem wszystkie kartki na jego biurku podrywają się do lotu jak spłoszone ptaki i po chwili lękliwie przysiadają na podłodze. Ona wygląda tak, jakby targała ze sobą wiatr na smyczy.

Czytaj dalej „Sezon na gumowe kamaszki”

Wyróżnione
Opublikowany w Proza

Wolność

notesPrawie wcale nie wychylam nosa spod ich legowiska. Nie wiem, która to doba. Szósta, może siódma? Najgorsze były pierwsze trzy dni. Chciało mi się jeść, pić, ale nie miałem odwagi stąd wyjść. Wszystko jest tu obce, zwłaszcza zapach. Jedynie ich legowisko pachnie znajomym mi miejscem. I nimi, ale to akurat mnie nie wzrusza. Siedzę więc tutaj i obserwuję, co się dzieje wokół. Widzę ich stopy. Łażą, szurają butami, wnoszą kartonowe pudła, przesuwają meble. Tak bardzo chciałbym wskoczyć do takiego pudła. To dopiero byłaby zabawa! Kiedy się nudzę, kładę się na grzbiecie i przesuwam, odpychając łapkami od materaca. Ona wtedy zagląda pod łóżko i mówi: „A nie mówiłam, że żyje”. I śmieje się jak szalona. Nie lubię tego. Jej głos potem jeszcze długo wibruje mi w uszach.

Czwartej nocy, kiedy oni spali, wymknąłem się i obwąchałem teren. To bardzo interesujące miejsce. Jest tu wiele zakamarków, schowków, schodków, skrytek i tajemnych przejść. Pamiętam, jak go przekonywała do przeprowadzki: „To będzie istny raj na ziemi” – mówiła. I miała rację. Szczególnie zainteresowały mnie strome schody, które prowadzą na jakąś niższą kondygnację. Kiedy się po nich sturlałem, okazało się, że na ich końcu znajdują się drzwiczki zbite z desek, zamknięte jedynie na haczyk. Na dole jest w nich spora szpara. Udało mi się nawet wcisnąć w nią głowę. Niestety, w moim przypadku nie sprawdza się powiedzenie, że jak głowa przejdzie to i cała reszta się zmieści. Jestem tym nieszczęsnym wyjątkiem, który potwierdza regułę. W każdym razie, kiedy tak niuchałem, co jest za tymi drzwiczkami, wyczułem specyficzną woń. Taki wyrafinowany bukiet może dawać tylko wilgoć, stęchlizna, starzyzna i… myszy. To na pewno nie jest moja ostatnia tam wyprawa!

Któregoś dnia wreszcie zostałem w nowym domu sam. Ona wróciła do pracy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego, bo często mówi, że „nienawidzi tej roboty”.  Albo go straszy, że sobie wyjedzie do Mediolanu, albo Paryża, bo — jak mówi — tam jest jej miejsce. Nie chciałabym, żeby wyjechała. Daje mi rano dużo większe porcje paszteciku, niż on, który na tym smakołyku zawsze skąpi. Zatem — ona wróciła do pracy, a on wyjechał na kilka dni na jakieś sympozjum naukowe. Mogłem więc spokojnie eksplorować dom także za dnia. Niestety, drzwi do kilku pomieszczeń były zamknięte. Zaniepokoiło mnie to nieco, bo w poprzednim miejscu mogłem zaglądać we wszystkie kąty. Tylko jedne drzwi pozostawały dla mnie niedostępne — te „na świat” — jak je nazywali. Kiedy on skądś wracał, poznawałem odgłos jego kroków na klatce i szedłem w kierunku drzwi, żeby go powitać. Jak tylko zamek zachrzęścił w zamku i on pojawiał się w progu, przybiegała ona i zaraz piskliwie krzyczała: „Uważaj, żeby ci nie uciekł”. Nie mogłem znieść tych wysokich tonów i wkrótce przestałem przychodzić, żeby się z nim powitać. Ale nie żałuję, że ona pojawiła się w naszym życiu. Ma to wiele dobrych stron. Daje mi większe porcje jedzenia, a czasem podrzuci mi jakiś kawałek  surowego,  więc niedozwolonego dla mnie mięsa. A wtedy mówi: „Jedz szybko, żeby pan nie zobaczył”. Z tym „panem” to jednak przesadza. Raz na nią syknąłem, ale tak się wystraszyła, że więcej już tego nie próbowałem.

Kiedy oglądałem nowe lokum za dnia, zbadałem też przydatność parapetów. Są kamienne i miło chłodzą skórę — będzie z nich pożytek. Ale to, co zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie, to widok za oknem — zupełnie dla mnie nowy. Nie było tu żadnych wysokich zabudowań, tylko otwarta przestrzeń. Znowu zamarzyłem o wolności.

***

Czasem śni mi się, że dostojnie kroczę po czerwonym dachu jakiegoś domu. Wróble uciekają przede mną w popłochu. Ale ja mam czas. Jeszcze zdążę je przydybać. Przede mną rozpościera się wspaniała panorama — na pierwszym planie jest prostokątne podwórko w kocich łbach, nieco dalej różany ogród, na środku którego stoi rozłożysty orzech.  Na jego konarach przysiadają ptaki. Teren ten okala wysoki mur z cegły obrośnięty winem. To jest mój rewir. Dalej widać szarą ulicę, a równolegle do niej leniwą rzekę, która niczym salamandra zmienia swój kolor, przystosowując się do odcienia nieba. Tam, za ten czerwony mur, zapędzam się rzadko. Czytaj dalej „Wolność”

Opublikowany w Filmy, Recenzje

Sumienie milicjanta

Film „Jestem mordercą” w reżyserii Macieja Pieprzycy miał premierę w 2016 roku, ale ja obejrzałam tę produkcję całkiem niedawno, bo przy okazji pokazów filmowych na tegorocznej warszawskiej Script Fieście. 

Po seansie czułam się nieco skonfundowana — oglądając wcześniej trailer, spodziewałam się zupełnie innego filmu, a może trafniej: o kimś innym. Choć historia nakręcona przez Macieja Pieprzycę inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami, a dokładniej postacią „Wampira” — seryjnego mordercy kobiet, który w latach 70’ grasował na Śląsku, to na pierwszy plan wysuwa się inny bohater — milicjant Janusz Jasiński. W tej roli oglądamy Mirosława Haliszewskiego, a postać Wiesława Kalickiego vel „Wampira” wykreował Arkadiusz Jakubik. Czytaj dalej „Sumienie milicjanta”

Opublikowany w Książki, Recenzje

Twórca – blaski i cienie wolnego zawodu

Chcecie wiedzieć, jak pracują ludzie, których podziwiacie — poczytni pisarze, znani rysownicy, sławni artyści? To koniecznie musicie przeczytać książkę Agaty Napiórkowskiej pt. „Jak oni pracują. Rozmowy o pracy, pasji i codziennych sprawach polskich twórców”. To zbiór około sześćdziesięciu inspirujących wywiadów. Wśród rozmówców znaleźli się m.in. Łukasz Orbitowski, Michał Rusinek, Tadeusz Rolke, Sylwia Chutnik, Zbigniew Libera, Jerzy Pilch, Mariusz Szczygieł, Katarzyna Bonda, Edward Lutczyn, Jan Koza czy Zbigniew Lew-Starowicz. Czytaj dalej „Twórca – blaski i cienie wolnego zawodu”

Opublikowany w Książki, Recenzje

Autos znaczy sam…

Kwiecień jest Światowym Miesiącem Wiedzy na Temat Autyzmu. A co Wy wiecie o tym zaburzeniu? 

Wyraz autyzm wywodzi się z języka greckiego – pochodzi od słowa autos, a oznacza sam. Autyzm nie jest chorobą, ale zaburzeniem. Osoby autystyczne nieco inaczej postrzegają świat i rzeczywistość. Czytaj dalej „Autos znaczy sam…”

Opublikowany w Proza, Słowa

Okruchy nocy

Noszę tak wiele historii, które warte są opowiedzenia, ale nie umiem ich ubrać w słowa — zapisać, czy choćby głośno wypowiedzieć. Kłębią się w mojej głowie jak rój os, oblepiają umysł jak cukrowa wata. Wielobarwny kalejdoskop obrazów bez przerwy obraca się pod moimi powiekami, nie pozwalając zasnąć albo wprowadza mnie w sen transowy, męczący, nie przynoszący odprężenia. Wreszcie nad ranem budzą mnie pełne pretensji i żalu głosy bohaterów moich opowieści. Nigdy nie powołani do życia, zawodzą jak dusze czyśćcowe, nie będąc ani tu — w realnym świecie, ani tam — w książkowej fikcji, zawieszeni pomiędzy bytem i niebytem, moją ręką, a kartką papieru.

Dzisiaj obudziłem się przed wschodem słońca. Bezimienny szary gołąb spacerował po moim parapecie i głośnym gruchaniem dopominał się o swoją codzienną porcję okruchów. Było jednak zdecydowanie za wcześnie na wizytę ptasich gości. Wstałem z łóżka i poszedłem do kuchni. Chciałem wypić szklankę wody i sprawdzić na zegarze, która jest godzina. Dawno już bowiem pozbyłem się elektronicznego zegara w sypialni. Widok zielonych jak oczy kota cyfr, które świeciły w ciemnościach, irytował mnie za każdym razem, kiedy wybudzałem się w środku nocy.  Budzik nie był mi do niczego potrzebny — otwierałem oczy na długo wcześniej, zanim zadzwonił.

Usiadłem na drewnianym stołku, sączyłem chłodną wodę i gapiłem się bezmyślnie w fioletowy kwadrat okna. Szary gołąb przespacerował się wzdłuż parapetu kiwając na boki i po chwili odleciał, trzepocząc skrzydłami z impetem. Na jego miejsce przyfrunął wielki gawron, ale i on nie zabawił długo. Spojrzałem na duży ścienny zegar, który zamiast wskazówek miał widelec i nóż — ten ostatni przecinał czas z satysfakcją sadysty. Była piąta rano.

Gdyby to był normalny dzień tygodnia, po prostu zacząłbym swój poranny rytuał: długi prysznic i golenie, potem kompletowanie garderoby, skazane na porażkę poszukiwania skarpetek do pary i karkołomne ubieranie się w uniform luzaka. Ale to była niedziela — ten dziwny dzień nanizany na nitkę tygodnia między innymi szarymi kartkami z kalendarza. Dzień, z którym nie wiadomo, co począć, jeżeli nie świeci słońce.

Nigdzie się więc nie śpieszyłem. Włączyłem ekspres, wrzuciłem do urządzenia kapsułkę wypełnioną kofeiną i nacisnąłem odpowiedni guziczek. Po chwili czarny strumień napełnił mój kubek pachnącą cieczą. Usiadłem z parującą kawą przed laptopem, chociaż dobrze wiedziałem, że na serwisach internetowych nie będzie żadnych newsów. Co się mogło wydarzyć w weekend? Jakieś rodzinne pikniki, demonstracje, może — nie daj Boże — gradobicie. Wchodziłem na różne strony, ale żadna się nie odpalała. Za każdym razem był ten sam komunikat — „error”. Podszedłem do routera, ale wszystkie diody paliły się prawidłowo. Na wszelki wypadek zresetowałem jednak urządzenie i wróciłem do komputera. Nadal żadna ze stron, które zwykłem przeglądać, nie działała. Sieć była jednak dostępna. Skype także działał, ale było zbyt wcześnie, żeby do kogoś o tej porze dzwonić. Napisałem więc wiadomość do Elizy: „Odezwij się, jak się obudzisz. Mam jakiś problem z komputerem”. Dopiłem zimną już kawę. Nie chciało mi się wchodzić pod prysznic. Bez większych ceregieli ubrałem się w dres i sportowe buty. Przepasałem się parcianym paskiem z saszetką, do której włożyłem telefon komórkowy i opakowanie herbatników. Przelotnie spojrzałem na ekran — było już w pół do szóstej. Zamknąłem drzwi mojego mieszkania na klucz, a potem dwa razy potrząsnąłem klamką, żeby się upewnić, że nikt niepożądany nie wejdzie do mojej fortecy. Wyszedłem na ulicę. Planowałem pobiegać nad Brdą.

Bydgoszcz_Trzy_Gracje_obraz

Świat wyglądał zwyczajnie, przynajmniej na tyle, na ile może wyglądać o tej magicznej porze, kiedy noc przeistacza się w dzień. Powietrze było rześkie, przejrzyste i chłodne, ale zapowiadał się ładny, pogodny dzień. Teraz jednak, żeby nie zmarznąć musiałem zacząć biec. Truchtałem więc przed siebie, a fioletowa kurtyna powoli unosiła się w górę, odsłaniając solarny spektakl. Purpurowa łuna, która przez chwilę otulała miasto rozpłynęła się, ustępując miejsca młodemu słońcu poranka.

Po kilkunastu minutach nieśpiesznego truchtu dobiegłem na Stary Rynek. Szary prostokąt, wokół którego pyszniły się kolorowe kamienice sprawiał wrażenie większego niż zwykle. Pewnie dlatego, że oprócz mnie i gromady gołębi nie było tu o tej porze żywej duszy. Usiadłem na ławce. Po chwili otoczyła mnie skrzydlata szarańcza. Niektóre z gołębi przysiadły obok mnie, inne dreptały tuż pod moimi nogami, machając transowo głowami w przód i w tył. Wyciągnąłem paczkę herbatników, otworzyłem ją, pokruszyłem kilka ciastek i rzuciłem okruchy przed siebie. Chmara ptaków uniosła się na moment w powietrze, żeby po chwili opaść na brukową kostkę i rozpocząć wielką degustację. Nie pierwszy raz karmiłem tutaj gołębie, ale dziś musiałem przyznać, że było coś niepokojącego w tej hordzie ptaków.

Postanowiłem ruszyć dalej. Kierowałem się w stronę ulicy Mostowej i po chwili wbiegłem wprost na most. Spojrzałem w prawo, swoim zwyczajem chciałem pomachać ręką „Przechodzącemu przez rzekę”, ale nie dostrzegłem znajomej rzeźby. Jedynie jaskółka trwała w swym nieruchomym locie. Przystanąłem zdumiony, oparłem się o balustradę i spojrzałem w dół, ale oprócz zielonkawej tafli leniwie płynącej rzeki, nic tam nie ujrzałem. Przybiegłem most i skierowałem się stronę ulicy Stary Port. Kiedy byłem już na bulwarze, zwolniłem kroku. Dopiero teraz zwróciłem uwagę na to, że — jak dotąd —nie minąłem na swojej drodze żadnego człowieka. Tymczasem dawno już wybiła godzina szósta, a o tej porze miasto zawsze tętniło już życiem. Bulwary o świcie upodobali sobie miejscowi żule, którzy wraz z ze wschodem słońca wychodzili ze swoich miejskich kryjówek i rozpoczynali codzienną pielgrzymkę w poszukiwaniu zużytych puszek, czy plastikowych butelek. Dopiero bliżej południa mościli się na ulicach w centrum miasta, żebrząc o jedzenie albo pieniądze. Dzisiaj jednak nie spotkałem żadnego ze znanych mi z widzenia żuli. Nie dostrzegłem też głośno hałasujących śmieciarek, samochodów dostawczych, czerwonych tramwajów, autobusów czy samochodów. Miasto było puste i przypominało teatralne dekoracje.

Dotarłem do budynku Poczty Głównej i z przerażeniem odkryłem, że po Trzech Gracjach pozostał jedynie cokół. Co się z nimi stało? Czy trwająca wiele lat pogawędka, tak bardzo je znudziła, że postanowiły się rozejść i wrócić do swoich domów? Czy zamiast nieśmiertelności jaką dawał im odlew z brązu, wybrały zwyczajne, proste, ale prawdziwe życie? Złapałem się na tym, że wiodę zupełnie bezsensowne rozważania w świecie, który został sprowadzony do absurdu.

Nad moja głową zatrzepotał skrzydłami gawron — byłem pewien, że ten sam, który nad ranem przysiadł na moim parapecie. W słońcu, na jego czarnej nodze, zaskrzyła srebrna obrączka. Sprawiał wrażenie jakby chciał mi coś powiedzieć albo po prostu pokierować. Zrobił kilka kółek w powietrzu i zaczął lecieć przed siebie, a ja posłusznie zawróciłem i pobiegłem za nim. Skręciłem w ulicę Pocztową, potem w Jagiellońską, żeby po chwili skręcić w Gdańską. Nie minął kwadrans, gdy dotarłem na Słowackiego, skręciłem w lewo i po skosie wbiegłem w zadrzewioną uliczkę Parku Kochanowskiego. Gawron zniknął wśród drzew. Zwolniłem kroku i odruchowo zacząłem iść w kierunku posągu Łuczniczki. Miałem jednak przeczucie, że cokół będzie pusty. I rzeczywiście, Łuczniczka przepadła podobnie jak Trzy Gracje i Przechodzący przez wodę.

Miasto opustoszało z ludzi i posągów. Ptaki opanowały Bydgoszcz. To do nich należały ulice, skwery i parki. Miałem nadzieję, że Przechodzący przez wodę odnalazł Łuczniczkę i wiedzie u jej boku szczęśliwe życie. Sam byłem niewolnikiem, który za cenę iluzorycznego poczucia wolności wybrał starokawalerski stan. O nikogo dotąd nie zabiegałem, nie walczyłem. Byłem tchórzem i zakładnikiem własnych przekonań i uprzedzeń. Kiedy tak stałem pośrodku parku i zastanawiałem się nad miałkością mojego życia, usłyszałem znajomy trzepot skrzydeł nad głową. Stary poczciwy gawron musnął swoim skrzydłem moją czterdziestoletnią twarz.

Bydgoszcz_Spichlerz_obraz

Opublikowany w Książki, Recenzje

Przyrodę podziwiam z daleka

Nigdy nie miałam inklinacji, aby zostań botanikiem, ornitologiem, entomologiem, czy dendrologiem. Przyznam szczerze, że przyroda mnie na tyle onieśmiela, że staram się trzymać od niej z daleka. Zapytacie, dlaczego więc sięgnęłam po książkę „O ziołach i zwierzętach” Simony Kossak wydanej przez Marginesy? Książka wydała mi się interesująca, bo jest pięknie wydana — nie brakuje w niej rycin, ciekawych bardzo szczegółowych ilustracji i przypomina zielnik. 

Rozdziały książki „O ziołach i zwierzętach” są krótkie i ułożone w kolejności alfabetycznej, a każdy jest poświęcony innej roślinie lub zwierzęciu. Nie czytałam tych rozdziałów po kolei, tylko wybierałam najpierw te, które najbardziej mnie ciekawiły. Szybko okazało się, że ta książka to niezwykle wciągająca lektura nawet dla takich botanicznych ignorantek jak ja… Na dodatek lektura tej książki nastroiła mnie sentymentalnie. Czytaj dalej „Przyrodę podziwiam z daleka”

Opublikowany w Rozmowy

Międzypokoleniowe starcie

kawkaaMoje dzieciństwo upłynęło pod znakiem wieczorynek oglądanych na czarno-białym teleskopowym telewizorze. Roman nie musiał się domyślać, jakiego koloru są Smerfy. Dla mnie idolem był jasnowłosy Janek z serialu „Czterej pancerni i pies”, dla Romana – Chuck Norris. Ja w tym roku skończę czterdziestkę, on będzie świętować swoje dwudzieste siódme urodziny. Z autorem bloga Romansidło.pl dzieli nas więcej niż dekada, ale czy jest między nami pokoleniowa przepaść? Postanowiliśmy to sprawdzić. Zapraszamy Was na pierwsze międzypokoleniowe starcie. Dwie rundy, po jednej na każdym blogu. Odpowiadamy na te same pytania – wspominamy czas dzieciństwa oraz młodość „chmurną i durną”. Zapraszam!

Ulubiona wieczorynka

ROMAN: Jako gówniarz przepadałem za Smerfami. W któreś Boże Narodzenie nawet znalazłem pod choinką kasetę magnetofonową z czwartą częścią „Smerfnych Hitów” (gimby nie znajo). Co najbardziej podobało mi się w tych niebieskich dziwadłach w kalesonach? Dzisiaj myślę, że przewidywalność i przerysowane charaktery poszczególnych Smerfów. Dobrze wiedziałem, że Maruda każdą kwestię rozpocznie od „nie cierpię…”, Ważniak dostanie kopa w poślady, gdy tylko zacznie się wymądrzać, a Zgrywus jak zawsze będzie się realizować jako bojownik Al-Kaidy, z ładunkami wybuchowymi ukrytymi w pudełkach na prezenty. Czytaj dalej „Międzypokoleniowe starcie”